Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Filipiny 19.11-03.12.2015

My już w Cebu

25-11-2015

Dzisiaj Katarzynki, nasza Kasia nie obchodzi jednak dzisiaj imienin. A szkoda. Od rana leniuchujemy, każdy z nas cieszy się, że można pospać trochę dłużej, choć rozsądek wyciąga nas z łóżek i tak dość wcześnie bo wiemy co znaczy słońce już choćby o 10:00. Spotykamy się na śniadaniu, przy owocach, gofrach i sokach. Morze znowu w rewelacyjnych kolorach. Mamy różne pomysły na wolne przedpołudnie. Kasia i Staszek wybierają się na spacer po plaży, Wacek ma ochotę poleżeć na hamaku pod palmami z widokiem na głęboką toń oceanu a my idziemy na powtórkę masażu.

Pani masażystka rozpoznaje nas z daleka, od razu szykuje łóżka, opuszcza zasłonki i masaż czas zacząć.

Mnie ugniata ta sama pani i nie czuję różnicy, jest tak samo mocno i wyraziście jak przedwczoraj, za to Jola ma nową panią, i jak sama podsumuje ta pierwsza masowała uciskając palcami niczym orzechem laskowym, a ta dzisiaj stosuje metodę nacisku jakby mandarynką i to bardziej Joli odpowiada.

Mamy dość czasu by jeszcze się wykąpać i spakować na lotnisko. Przed nami dzisiaj pożegnanie z Palawanem i przelot do Cebu, kolejnej stolicy tym razem lecimy na Visayas.

Zanim jednak samolot to wybieramy się na lunch. Jedzenie na Filipinach to osobny temat. Jest smaczne i bardzo urozmaicone, wegetarianie i weganie nie mają tu łatwo, większość dań obfituje w mięso lub owoce morza albo ryby. Do tego sporo tłuszczu bo chętnie przygotowuje się tu dania na głębokim oleju. Jednak w kartach znaleźć też można międzynarodowe szlagiery. My z szefem kuchni ustaliliśmy wcześniej nasze menu, sama jestem ciekawa jak to będzie smakowało. Szef kuchni miał już styczność z Polakami, bo pływał i kucharzył na wielkich statkach. Dobrze się składa, zna pewnie nasze upodobania, powinno być smacznie. I rzeczywiście jest. Zajadamy się wykwintnymi daniami, choć dość prostymi ale przygotowanymi w bardzo smaczny i apetyczny sposób.

Do tego soki owocowe z parasolkami i ruszamy w drogę. W czasie przejazdu nasi panowie prowadzą głęboką dyskusję o medycynie, rozbierając komórki na czynniki pierwsze. My przysłuchujemy się podziwiając przyrodę i śledząc mijające kilometry naszej trasy. Na lotnisku dość sprawnie i szybko, choć nazwanie hali odlotów lotniskiem jest mocno nad wyraz. Bardziej przypomina to nam terminal autobusowy, grunt, że lecimy. Nasz samolot ma wprawdzie opóźnienie ale nieznaczne i nadrabiamy w powietrzu. W Cebu wita nas przedstawiciel hotelu, który pakuje nas do samochodu, a tu zimne ręczniczki nasączone esencją z dodatkiem trawy cytrynowej, zimna woda i jak zwykle lodówka. Przejazd nie zajmuje nam zbyt wiele czasu, szybko docieramy na miejsce.

Hotel położony znowu na plaży, tym razem jednak już nie tak urokliwie jak na Palawanie Cebu to miasto liczące prawie 4 miliony mieszkańców i trudno znaleźć tutaj odludne miejsce. My zajmujemy pokoje z widokiem na zatokę, przed nami tylko leżaki i hamaki. I ten hotel gotowy jest już na nadejście świąt, z gałęzi tutejszych drzew zwisają piękne gwiazdy, migoczą światełka, w recepcji stoi wielka choinka, na plaży girlandy światełek i gwiazdek. Idziemy na owoce morza wprost z akwarium a potem zapadamy w sen.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: