Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 2-17.11.2015

Park Królowej

08-11-2015

Oj zaczniemy wierzyć, że szczęście podróżuje z nami. Budzimy się i po raz kolejny mamy słońce i bardzo nas to cieszy, bo zaraz wybieramy się na spacer po wiosce.

Najpierw jednak śniadanie, odbiór butów trekkingowych, które zostawiliśmy wczoraj do czyszczenia po trudach wspinaczki w błocie.

Ruszamy do miasteczka, gdzie miły i kompetentny przewodnik zabiera nas na spacer. Pierwszy przystanek to plantacja kawy, choć słowo plantacja jest trochę nad wyraz, to śmiało można nazwać te kilkanaście krzewów kawy ogrodem przydomowym. Nie same krzewy są jednak dla nas najważniejsze, pani przystępuje do demonstracji jak robi się kawę, a końcowym etapem ma być degustacja. Mamy na tyle czasu by poprosić naszego kierowcę o dowiezienie nam kubeczków jednorazowych, bo mimo tego, że miejscowe kubki nie nadają się do picia, to sama kawa jest pyszna.

Wzbogaceni o wiedzę powstawania kawy idziemy na drugą stronę drogi do browaru. Bacznie przyglądają się nam dzieci, niektóre z nich rozpoznajemy, były wczoraj na występach i dostały zabawki oraz ubrania. Dzisiaj niedziela więc jest zasadna okazja by ubrać się w nowe rzeczy i pokazać wszystkim swoje nowe zabawki.

Dzieciaki robią sobie z nami zdjęcia i ciekawe swoich odbić oglądają efekty na naszych wyświetlaczach.

W browarze zaczynamy od tego, że zajmujemy miejsca na ławeczkach i pniu drzewa – korycie. Jednak jedna z ławeczek nie wytrzymuje i spadamy jak kury z grzędy.

Pana jednak nie wybija to z rytmu i dzielnie nadal kontynuuje opowieści i prezentację produkcji piwa, bimbru i ginu.

Tu powstrzymujemy się od degustacji ale za to idziemy dalej do plantatora herbaty. Starszy pan dumnie pokazuje nam poletko krzewów herbacianych i opowiada jak rozsadza się herbatę, jak hoduje sadzonki i ile kosztuje kilogram zebranych liści. Niestety bardzo mało a pracy mnóstwo.

Nie mamy okazji by zaparzyć sobie na miejscu lokalną herbatę, za to przed nami strome podejście obok małej elektrowni wodnej do wioski Pigmejów. Byliśmy już w jednej, stamtąd wynieśliśmy bardzo mieszane uczucia, tu od samego początku zapowiada się na lepszą bo bardziej autentyczną wizytę.

Plemię to przesiedlone ze swojego naturalnego środowiska zostało zmuszone do życia w obcych sobie warunkach. Oczywiście poradziło sobie i znalazło sposób na życie ale nie jest lekko. Poznajemy kilka ziół, którymi leczą się Pigmeje, dokładnie przyglądamy się niewielkiej posturze Pigmeja – szamana i wodza wioski a potem jego żylastej budowie ciała. Mocno podpada nam podany przez niego wiek, ale nie dzielimy włosa na czworo.

Zmierzamy wprost do wsi by spotkać pozostałych jej członków, są kobiety i dzieci, w tym zaledwie tygodniowy noworodek, który podskakuje ze swoją mamą na plecach kiedy ta wraz z innymi tańczy i śpiewa przed nami. Druga mama dziarsko wali w bęben także z maluchem na plecach.

My za to podziwiamy występy, taniec z chochołem, sami wchodzimy na parkiet a na sam koniec wódz wioski prezentuje swoje umiejętności polowania i strzela z łuku bardzo celnie bo trafia w świnkę.

Oczywiście drewniana świnka przeżyła już całkiem sporo takich polowań i ma sporo ran. My także próbujemy swoich sił w polowaniu a potem po małych zakupach wracamy do samochodu i do lodży. Lunch, akurat kiedy tylko nasi kierowcy zapakują nasze bagaże zaczyna mocno padać. Kończymy jedzenie, deszcz ustaje.

W drodze do Parku Królowej Elżbiety zatrzymujemy się na zakup herbaty od Ciotki jednego  z naszych kierowców, my znajdujemy kończąca się właśnie mszę niedzielną z mnóstwem wiernych częściowo jeszcze w kościele, w większości już przed. Widzimy ich strojne, bardzo odświętne ubrania, nawet kilka par z dziećmi do chrztu. Wychodzi nam naprzeciw ksiądz, który bardzo ciepło i serdecznie się z nami wita i w kilku słowach opowiada o swoim kościele.

Zaprzyjaźniamy się natychmiast z dzieciakami i ich rodzicami, ale musimy pędzić dalej. To jedyna okazja by dzisiaj przymknąć oko. Zaraz wjedziemy do Parku Isasha, którego jedyną atrakcją są lwy śpiące na drzewach. I rzeczywiście i tym razem udaje się nam podjechać pod drzewo, na którego grubych gałęziach wylegują się lwy. Jest ich 9, w tym sam lew, kilka lwic i małe.

Niektóre z nich śpią i to głęboko, widać tylko jak rytmicznie opadają ich brzuchy, wydają się być bardzo objedzone, bo takie grube. Małe lewki śpią i pewnie śnią bo przez sen ruszają łapami. Jedynie lwica nie może znaleźć sobie miejsca i jest bardzo niespokojna. Jedna z naszych Koleżanek stwierdza, że jest w ciąży, my jednak podejrzewamy, że stała się taka niespokojna z powodu naszej obecności.

Robi się powoli późno i dlatego żegnamy lwy i ruszamy do naszej lodży, która pięknie jest położona na półwyspie pomiędzy dwoma jeziorami.

Docieramy kiedy jest już ciemno. W reflektorach naszego samochodu widać chmarę małych owadów, podejrzewamy komary, ale okazuje się, że to muchy jeziorne, niegroźne dla ludzi i nie przenoszące żadnych chorób.

Na dosłownie kilka kilometrów przed lodżą, już na samej grobli widzimy lamparta. Nasz kierowca pęka z dumy, bo wcale nie łatwo jest go znaleźć.

Nasz przechodzi przez drogę i wspina się na niewysoką skarpę by zaraz schować się za kępą trawy i tyle go widzieliśmy, jednak wiadomo, że był, wystarcza na dzisiaj. Przed nami jutro także dzień w tym samym parku.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: