Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Filipiny 19.11-03.12.2015

Pierwsza plaża

22-11-2015

I znowu wczesna pobudka. Jest jeszcze ciemno, a to dlatego, że mamy lot poranny, a właściwie dwa przez Manilę. Musimy ruszyć na lotnisko dość wcześnie. Zabieramy śniadanie na wynos, chyba siłą rozpędu także nie nasze śniadanie, ale już za późno, pomylili się w recepcji. Jabłka nadgryzione.

Na lotnisku niesympatyczna, choć myląco uśmiechająca się od ucha do ucha, pani waży nasze walizy i okazuje się, że każdy z nas ma o dwa a nawet trzy kilogramy więcej niż podczas ważenia wczoraj w Manili. Wydaje się to nam nieprawdopodobne i dlatego nie ma nawet mowy o płaceniu za nadbagaż, wyjmujemy książki i buty i przekładamy do bagażu podręcznego, którego tutaj dla odmiany nikt nie waży. Nie dyskutujemy z panią, tym bardziej, że ma więcej problemów, twierdzi, że nie może nadać naszego bagażu bezpośrednio na Palawan i będziemy musieli nadawać go w Manili ponownie. Machamy ręką i idziemy do hali odlotów. Nagrodą za wczesną pobudkę jest wulkan w całej okazałości, nawet z czubkiem, do tego lądujący samolot u podnóża i płyta lotniska.

Oglądamy, czekamy i lecimy do stolicy. Tu czujemy się już jak u siebie. Szybko i sprawnie idziemy do bramek, tak jak wczoraj rano i po chwili jesteśmy gotowi do odlotu. Zaskakuje nas msza celebrowana w rogu terminala odlotów, tak po prostu na płycie lotniska, pośród innych pasażerów, którzy z walizkami, dziećmi, rodzinami przechodzą obok. Ksiądz, choinki, ołtarz, ochrona i najprawdziwsza msza z udziałem licznych wiernych. Chyba pierwszy raz w życiu spotykamy się z czymś takim.

W samej hali odlotów wydeptujemy znajome nam ścieżki i tak najpierw kawa i ciasteczko z cynamonem potem przejście do wskazanej bramki i lecimy do Puerto Princessa, zmieniamy kierunek i wyspę, tym razem będziemy w stolicy dużej wyspy Palawan.

Wita nasz przewodniczka, ruszamy na zwiedzanie. Zmieniamy trochę kolejność by nie zaczynać od lunchu. Shanly pokazuje nam deptak, z którego są bardzo dumni, my tych powodów do dumy nie widzimy, ale wykazujemy zainteresowanie miejscem, ratuje nas wielki 150 metrowy stelaż metalowy szykowany właśnie teraz pod wielką choinkę.

Robimy kilka zdjęć i wracamy do miasta, gdzie mamy katedrę oraz miejsce zbrodni na Amerykanach. Przez płot naszą uwagę przykuwa wioska rybacka, którą widać nad wodą. Przewodniczka zdziwiona i to bardzo naszą prośbą o zjechanie właśnie tam zgadza się niechętnie. Kierowca zostaje szybko przekonany do naszego pomysłu i już za chwilkę jesteśmy w centrum wioski. Wygląda na bardzo ubogą, przy zestawieniu z dopiero co zasłyszaną opowieścią przewodniczki jak to miasto dba o porządek i nakłada kary grzywny włącznie z karą więzienia za śmiecenie, a tu ludzie mieszkają jak na wysypisku nie współgra z obrazem miasta. Wiadomo też skąd obawy naszej Koleżanki przed przyprowadzeniem nas tutaj. My jednak dzielnie skręcamy do wody, po bambusowych tyczkach i żerdziach, balansując pomiędzy dziurami idziemy na molo. Po drodze mijamy wiele domów, maleńkich, w oknach widać leniwe niedzielne życie, panowie w większości nietrzeźwi machają i witają nas, panie przy obowiązkach domowych: pranie, gotowanie, prasowanie, mycie.

Najbardziej radośnie reagują na nas dzieciaki, które pozują do wspólnych zdjęć i odprowadzają nas kawałek.

Bardzo się nam tu podobało, widać tu Filipiny jakich nie chcą nam pokazywać na co dzień.

W miasteczku lunch, trochę zamieszania z zamówieniem, ale udaje się nam po raz kolejny bardzo smacznie zjeść…

Odpoczywamy przy okazji i gromadzimy siły na drugą część zwiedzania. Ogród z motylami i wioska kulturalna, przy czym motyle ładne, do tego kilka insektów i zwierzaków, za to wioska wcale się nam nie podoba i choć chcą nas przybliżyć do swojego życia to znudzenie widoczne na ich twarzy trudno ukryć. Zostaje nam tylko wizyta w małym zakładzie tkackim, gdzie powstają maty, bieżniki, podkładki z trawy. W różnych kolorach.

Wacek nawet zasiada do krosna.

Czas na przejazd do hotelu. Mieszkamy poza miastem, nad samą wodą, od początku naszego pobytu czekamy na pierwsze plaże na Filipinach, i to gdzie: Palawan to wyspa słynąca z bardzo urokliwych miejsc do plażowania i nurkowania. Niestety nie możemy uroku naszej plaży ocenić dzisiaj, ponieważ zmrok zapada tutaj bardzo wcześnie i szybko. Zatem przekładamy to na jutro. A w restauracji hotelowej szlagiery Przytulance europejskie i amerykańskie na żywo. Z nami wygrywa zmęczenie i wczesna pobudka, tylko Wacek się trzyma, wiadomo czemu, przespał całą drogę.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: