Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mali, Burkina Faso, Benin 23.01-09.02.2016

Urodziny u Dogonów

28-01-2016

Wstajemy jak zwykle. Mamy dzisiaj urodziny Małgosi, ale ustalamy między sobą, że świętować będziemy dopiero wieczorem. Czyli najpierw śniadanie, to jedyny dość powtarzalny moment codziennie, bagietki i konfitura.

Dzisiaj w planach krótki pobyt w Mopti, chcielibyśmy zobaczyć meczet, który wczoraj widzieliśmy tylko zza rzeki.

W mieście wielki ruch, motory, koniki, osiołki i jak zwykle sporo dzieciaków dookoła. My jednak idziemy tylko przez chwilę na dworzec autobusowy podglądając co sprzedaje się tutaj na lokalnych straganach. Jesteśmy gotowi do drogi. Kupujemy wodę mineralną, dopakowujemy to wszystko na dach i ruszamy. Nasza droga wiedzie asfaltem, zmienia się krajobraz. Coraz więcej skał i to co równe staje się bardziej zróżnicowane.

Zjeżdżamy z drogi asfaltowej i wjeżdżamy na drogę afrykańską, na początku zapowiada się dość gładko, ale po chwili pojawiają się dziury, piach, wyrwy, wszystko na co czekaliśmy. Wokół poletka cebuli, nie tylko to widać ale też czuć, zapach cebuli roznosi się w powietrzu. Wysiadamy na zewnątrz by zrobić zdjęcia, nie wszyscy dają się nam fotografować, niektórzy zasłaniają się i pokrzykują.

Widoki nieziemskie, po całkowicie suchym krajobrazie, który towarzyszył nam dotychczas, zielona cebulka kontrastuje ze skałami. Wzdłuż zbiornika z wodą małe poletka.

W jednej z wiosek wysiadamy by przejść przez tunel, zanim otworzymy drzwi gromadzi się wokół nas bardzo dużo dzieciaków i dorosłych. Mimo wszystko wychodzimy, maluchy są dość agresywne, starają się wyrwać nam nawet butelki z wodą. Starsi odganiają dzieciaki. Zacieśnia się mimo wszystko krąg wokół nas. Na końcu tunelu ustawia się chór, samozwańczy, ale głos chóralny odbity od sufitu jaskini wraca do nas ze zdwojoną mocą.

Jednak atmosfera nie jest zbyt dobra, po kilku dniach zupełnej ciszy i braku nachalnego towarzystwa teraz czujemy się bardzo osaczeni. Uciekamy szybko do auta.

Jedziemy dalej. Mijamy dużą wioskę, z której świadomie zrezygnowaliśmy uznając, że mamy okazję zatrzymać się w bardziej autentycznym miejscu. I rzeczywiście kosztuje to nas jeszcze kilkanaście kilometrów w aucie, ale za to hostel do którego docieramy jest bardzo klimatyczny. Na obiad dzisiaj kuskus i sosik oczywiście z cebulką i pomidorami. Nie mamy się co spodziewać zbyt wielkiej różnorodności co do lokalnych dań. Po drodze szukając pieczywa na jutrzejsze śniadanie zatrzymaliśmy się obok targu, i zrobiliśmy sobie mała rundę. Poza kilkoma rodzajami warzyw nie było tam zbyt wielkiego wyboru. Zatem kuskus, kurczak i sosik całkowicie nas zadawalają. Jesteśmy jedynymi gośćmi, to także stan constans od początku naszej trasy. Codziennie liczymy, że się to zmieni, ale póki co nic tego nie zapowiada. Podjedliśmy, zatem ruszamy na trekking po wioskach Dogonów. Kiedy obiecany spacer zaczyna się od zaproszenia do samochodu wątpimy w atrakcyjność takiego zwiedzania, ale za chwilę przekonujemy się na własne oczy że cztery (według nich, w rzeczywistości pewnie 8  albo i więcej kilometrów) po piachu i na otwartej patelni w 30 stopniach to nie byłby trekking tylko mordęga. Zatem wysiadamy dopiero w wiosce, gdzie odbywa się akurat dzisiaj targ. To już kolejny na naszej trasie i znowu trochę inny od poprzednich. Dominują kobiety i dzieci. Przechodzimy cały rząd straganów i ruszamy pomiędzy wioskami dalej. To też jeszcze nie trekking tylko spacer. Ale nasi dwa panowie opiekunowie mają ideę fix, prowadzą nas do autentycznej dogońskiej ukrytej wioski.

A ta jak się okazuje jest za górami i za lasami, musimy wspiąć się najpierw na skały by do niej dojść i to już śmiało możemy nazwać trekkingiem, a gdyby mierzyć to naszym zmęczeniem to nawet dużym trekkingiem. Docieramy na czas, wioska prezentuje się genialnie w ostatnich promieniach ciepłego słońca przed zachodem. Wspinamy się by obejrzeć budynki z bliska, i te mieszkalne i przede wszystkim dominujące w  krajobrazie całej okolicy spichlerze. Mija nas sporo osób, jedni wracają z wodą, inni idą prać swoje rzeczy do studni, jeszcze inni wracają z targu. Witają się zgodnie z nakazującym zwyczajem wymieniając całą serię krótkich pytań i odpowiedzi.

Spotykamy starszyznę która popija sobie piwko, nasi panowie zostają zaproszeni do spróbowania napitku. Podobno smakuje jak kwas chlebowy, nas panie ta przyjemność omija. Musimy uważać gdzie stajemy by zrobić sobie zdjęcia, bo wszędzie jest święte miejsce i wszędzie coś zagrzebano, pochowano, poświęcono.

Teraz powoli schodzimy inną drogą by zobaczyć wioskę od drugiej strony. Zgodnie stwierdzamy, że warto było się tu wskrobać.

Wracamy do hotelu. A tu jeszcze tort i sto lat. Ze śpiewaniem poszło nam gładko, z tortem, który w tutejszych warunkach przybrał formę wielkiej babki ze świeczką równie wielką trochę trudniej, ale ostatecznie spędzamy przemiły urodzinowy wieczór z Małgosią. Dzisiaj śpimy na dachu. Materace i moskitiery już przygotowane, tylko spać się nam jeszcze nie chce.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: