Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Floryda 19.07-08.08.2016

Jeśli nie chcesz mojej zguby...

28-07-2016

Budzi nas wcale nie odgłos startujących i lądujących samolotów ale słońce, które zagląda wprost do naszego gigantycznego łóżka przez wielkie okno. Biegiem na śniadanie. Dzisiaj hotel sieciowy i duży, więc marzy się nam jajecznica i nutella. Wszystko wprawdzie jest, najpierw jednak wracam po bluzy bo siedzimy jak w zamrażalniku. Niestety tutaj także plastik i papierowe kubki, ale wybór większy za to głośno.

W planach dzisiaj sporo atrakcji. Najpierw farma aligatorów na obrzeżach Parku Everglades. Jedziemy kawałek, ale dzięki częstym pobytom w Miami podczas tego wyjazdu i okolicach lotniska znamy już świetnie wszystkie rozjazdy. Docieramy akurat na czas by po wykupieniu biletów załapać się na wszystkie największe atrakcje.  Gorąco jak diabli, ale niewzruszeni ruszamy najpierw na obchód wszystkich klatek. Olek i Basia zachwyceni: węże, aligatory, jaszczury, legwany, iguany.

Pierwszy pokaz to spotkanie z wężami, mi się wcale nie podoba, tym bardziej, że pan macha nam wężami nad głową, ściska je, przytula, wcale nie podzielam jego zachwytu nad tymi gadami. A kiedy zaprasza parę dzieciaków do podtrzymywania wielkiego pytona mam ochotę uciekać. Niestety tylko ja, bo Basia czeka na zdjęcie z pytonikami, i co robi pan, po zakończonym show wyjmuje z pudła kilka pytonów i zostawia je w rękach tłumu dzieciaków i ich rodziców i odchodzi. Moja wyobraźnia podnosi wieko pudła i już widzę wypełzające stwory, wydaje mi się jednak, że jestem odosobniona w tych wizjach. Reszta już szaleje fotograficznie z pytonami przekładając je sobie z rąk do rąk. Basia oczywiście w kolejce korzysta z nadarzającej się okazji i tuli węża. Ale to Tata zostaje mianowany fotografem i robi jej zdjęcia, ja tchórzę.

Potem czas na air boat. Ustawiamy się w kolejce, pan rozdaje nam słuchawki na uszy bo ma być głośno. Siadamy i ruszamy na rozlewiska. Air boat to skrzyżowanie łódki, roweru wodnego z wielkim wiatrakiem i amboną. Takie cudo co to najpierw leniwie wypływa z przystani, furkocze straszliwie i robi więcej hałasu niż można sobie wyobrazić. Oczywiście próby oglądania czegokolwiek z pokładu takiego wehikułu graniczą z cudem. Po przepłynięciu krótkiego kanału wpływamy na bardzo malownicze wielkie połacie obrośnięte wysoką trawą. Pan pokazuje na co stać jego sprzęt. Kręci z nami bączki, ochlapuje woda osoby siedzące w pierwszym rzędzie i na skrajnych miejscach. I to jest największą atrakcją tej wyprawy. Czy warto? Jak zwykle powiem, że tak. Bo air boat wpisany jest w klimat tutejszej okolicy, która obfituje od zajazdów, oferujących te atrakcje. Czy warto powtarzać – nie warto. Poznaliśmy wszystkie możliwości łódki.

Zatem przed nami drugi pokaz: teraz bohaterem będzie aligator, wcale nie taki mały, tylko całkiem spory, pan ten sam co przed chwilą tresował węże teraz wyciąga go z bajorka za ogon i pokazuje nam kilka sztuczek. Osobliwe doznania, ale wierzę, że pan się cieszy i jest z siebie bardzo dumny. Oczywiście po zakończonym pokazie atrakcja dla widowni, kilka małych aligatorków trafia w nasze ręce by móc zrobić sobie zdjęcia. Tu jestem jakoś dziwnie spokojna o efekty – Basi natomiast udziela się atmosfera zwinnych aligatorów, które wyślizgują się z rąk i nie pozuje już tak spokojnie jak z wężem.

Na tym kończymy wizytę na farmie i jedziemy dalej w stronę Naples, miasta gdzie dzisiaj nocujemy.

Po drodze wiele zajazdów i farm z aligatorami, jeszcze więcej air boatów. My jednak chcemy zajrzeć jeszcze do Parku Everglades. Tu jest tramwaj, którym można wybrać się na dwugodzinną przejażdżkę po parku wypatrując dzikich zwierząt. Docieramy akurat 3 minuty po tym jak ostatni na dzisiaj skład odjechał. I oczywiście nie możemy już nigdzie po drodze do niego dołączyć. Zostaje nam zatem spacer po rozlewiskach, który okazuje się wcale nie takim zły pomysłem. Jest ciepło, grają cykady, w bagienkach pomrukują żaby, widzieliśmy nawet kilka aligatorów na szczęście dla nas w wodzie, Olek z radością goni raki, które niczym w każdej bajce uciekają przed nim cofając się szybko.

Ten spacer szybko równoważy nam stratę po tramwaju zatem jedziemy do naszego hotelu. Ponieważ jesteśmy już głodni, w ciągu dnia przekąsiliśmy tylko kawałki mięska z aligatora tzw. tutaj gator snack, zatrzymujemy się w jednej z tutejszych restauracji. Oczywiście od kilku dni mamy wrażenie, że jesteśmy we Włoszech a nie w USA wszędzie tylko kuchnia włoska, przynajmniej z nazwy. Bo menu już bardzo międzynarodowe, a nawet jeśli nazwa włoska to samo danie z Włochami nie ma nic wspólnego. Jak zwykle pada na ryby, mule, mięsko. Smaczne, ale jakoś jeszcze nie udało się nikomu nas ująć kuchnią i podbić nasze podniebienia swoją finezją. Tu dodatkową atrakcją jest dancing, dwójka podstarzałych artystów, która z wielkim zaangażowaniem, większym niż talent gra i śpiewa naśladując mistrzów. I tak do kotleta śpiewa nam sam Sinatra, albo Armstrong.

W hotelu cisza i spokój i czas na basen.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: