Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 29.10-13.11.2016

Anioł jest nasz!

31-10-2016

Posłuchajcie oto bajka, bo tak rzeczywiście minął nam cały dzień istnie bajkowo. Zaczął się bardzo wcześnie, już o 4:30 pobudka, na zewnątrz bardzo ciemno, piękne gwiazdy na niebie i dżungla dookoła. Kawa na rozbudzenie i okrętujemy się do łodzi dłubanki wzmocnionej pomarańczowym randem wokół. Jest nas 15, zapowiada się piękna pogoda. Trzymamy mocno kciuki, na dzisiaj zaplanowaliśmy podejście pod Wodospad Anioła i potrzebujemy dobrej pogody. Póki co nie pada, rzeka na horyzoncie zaczyna delikatnie odsłaniać swoją lustrzaną gładką toń. Mgiełka znad rzeki unosi się i odsłania piękne i soczyście zielone korony drzew. Czujemy się jak w magicznym i bajkowym lesie, sylwetki pojedynczych drzew i krzewów, splątanych korzeni wchodzą do rzeki, jeszcze szare bez kolorów, bo dzień nie rozbudził się na dobre. Nie potrzebuje jednak zbyt dużo czasu, zaledwie po kilku minutach od początku naszego rejsu nabiera barw, wyostrza kolory i cały świat wokół staje się teraz zaczarowanym ogrodem. Woda w rzece w kolorze herbaty, przezroczysta, bardzo czysta, okrąglaki przebijające się przy brzegu przez gładką taflę wody. Drzewa w bezruchu jak zaczarowane, zastygłe w swoich pozycjach.

Dobijamy do brzegu, przed nami fragment trasy który musimy pokonać pieszo. Zaskakuje nas miękki i miałki piasek, wydeptana ścieżka przebiega przez łąkę pełną traw, rozczapierzone na końcu z kropelkami rosy oświetlone pierwszymi promieniami słońca tworzą miękki dywan. Ponad trawami w dali majaczą dostojne sylwetki gór stołowych, a dachy ze strzechy tutejszych wiosek odcinają się stożkowatymi kształtami na tle błyszczącego już słońca.

Nasza łódź zabiera nas po drugiej stronie, teraz przed nami dłuższy odcinek drogi. Wieje i chlapie, ale nadal jest pięknie. Na rzece zresztą bardzo malowniczej i oferującej nam za każdym zakrętem zupełnie nowe doznania, wspaniałe widoki i niesamowite wrażenia zaczynają się małe przełomy. I choć dla kajaków czy nawet pontonów raftingowych to nie byłoby żadne wyzwanie, to dla naszej wielkiej i długiej dłubanki a tym bardziej dla nas to za każdym razem przygoda. Oczywiście, że chlapie, i że woda wlewa się nam do środka. Jesteśmy już mokrzy my, nasze rzeczy, ubieramy nasze kurtki, pałatki, płaszczyki. Słońce nadal zmaga się z grubą warstwą puchatych chmur starając przedrzeć się przez nie na dobre. Walczy dzielnie, wygrywając póki co tylko małe starcia.

Śniadanie zapowiada się równie obiecująco, potrzebujemy krótkiej przerwy by rozprostować nogi. Jesteśmy mile zaskoczeni wspaniałomyślnością naszych gospodarzy, pyszne śniadanie w indywidualnych śniadaniówkach, gorąca kawa, nawet obrus. A do tego aranżujemy sobie stoły z widokiem na rzekę i mamy zestaw idealny.

Posileni, zachwyceni wypatrzonymi w koronach pobliskich drzew papugami ruszamy dalej, Przed nami kolejne dwie godziny w łodzi. Coraz więcej zakrętów,  przełomów, wody. Słońce wreszcie wygrało pojedynek i teraz już na dobre ogrzewa nas co bardzo się przydaje bo jesteśmy dość mokrzy.

Nasz sternik nadzwyczaj wprawnie manewruje pomiędzy konarami, kamieniami, skałami. Czujemy się bardzo bezpieczni choć co po raz popiskujemy kiedy kolejna fala rześkiej wody wpada nam do łodzi.

Po drodze nie udaje się nam wypatrzeć zbyt dużo zwierzaków, tym bardziej cieszy nas jedna wydra, jedna małpa i kilka ptaków nie wszystkie określone. Wreszcie z wielkiej skały leje się woda. Po raz pierwszy wodospad Anioła, jakże piękny jakże wysoki i dzięki porze deszczowej pełen wody. Widok który zapiera nam dech w  piersiach.

Teraz tylko musimy dojść do punktu widokowego by móc zobaczyć go z bliska w całej okazałości.

Przed nami około godzinny spacer po lesie. A ten wcale nie zapowiada się na zwykły las, jest magiczną plątaniną sieci korzeni, lian, cienkich pni i grubych konarów. Uważnie stawiamy stopy na śliskich kamieniach, nierównych stopniach. Powoli pniemy się w górę. Po godzinie docieramy do punktu widokowego, stąd z półki skalnej mamy wodospad jak na dłoni. Oczywiście korzystamy z przerwy by zrobić sobie zdjęcia, opowiedzieć historię odkrycia wodospadu. Docierają do nas ostatni uczestnicy naszego marszu jesteśmy w komplecie. A wodospad jak na zamówienie coraz bardziej odkryty. Widać go prawie w całej okazałości.

Ale to nie koniec atrakcji tu na górze, 10 minut dzieli nas od naturalnego basenu tuż pod wodospadem gdzie możemy się wykąpać. Wprawdzie duża ilość wody ogranicza nasz zapał bo wszystko wygląda na dość niebezpieczne przedsięwzięcie to nie brakuje w nas wiary, że na pewno ktoś wejdzie do wody. Maszerujemy na wielkie skały, stąd widok na wodospad z zupełnie innej perspektywy. I jaka niespodzianka, teraz chmury przesunęły się już całkowicie i widok jest na calusieńki wodospad. A czwórka z nas już w wodzie. Wydaje się bardzo rześka ale jaka przyjemna. Nasi przewodnicy wskakują jeden po drugim do wody. Aż żal wychodzić.

Zejście jest równie emocjonujące jak wejście, na dole jesteśmy z zegarkiem w ręku. Rafał i Paweł nie czekając na łódkę spływają wpław do naszego obozowiska gdzie czeka na nas wyczekany lunch. Zgłodnieliśmy już znacząco.

A tu taka niespodzianka, nasi panowie sternicy zamienili się teraz w kucharzy w urzekających fartuszkach przygotowali przepyszną sałatkę, równie pyszny ryż, naprawdę smakował nam dzisiaj wyjątkowo a do tego kurczaki z rusztu. Ale jakiego. Wytropiliśmy na tyłach restauracji ognisko z rusztem, a tak naprawdę patykami, na które nabite były kurczaki i w ten sposób wędzone w dymie ogniskowym. Smarowane pieczołowicie oliwą i posypane przyprawami maja pyszną chrupiąca i aromatyczna skórkę i naprawdę pachną tutejszym dymem.

Pychota, są dokładki i dobrze, bo apetyty wielkie.

Deser i ruszamy  z powrotem.

Płyniemy teraz z prądem więc o wiele szybciej. Pogoda jak marzenie, błękitne niebo i dużo słońca, tym bardziej dziwi nas kiedy nagle niewiadomo skąd zaczyna padać deszcz. Najpierw omyłkowo myślimy, że to po prostu woda zza burty, ale deszcz się nasila i za chwilę pada już jak z cebra. Mamy zatem słońce, ulewę i wodę od dołu w jednym. Śmiejemy się i osłaniamy pelerynkami choć trochę.

Chmura ciemna i deszczowa szybko się kończy a my wypływamy znowu w błękit nieba. Spacerek po lądzie odbywa się dużo szybciej niż ostatnio, burza gdzieś przechodzi bokiem, błyska się i grzmi co znacznie nas popędza. Jednak już na sucho dotrzemy do naszego obozowiska. Piękny dzień za nami, i choć widać po nas zmęczenie, pierwszą opaleniznę i mokre rzeczy to uważamy ten dzień za bardzo udany. Teraz jeszcze kawka, kolacja i błogi odpoczynek.

Zapada zmierzch, robi się ciemno, część z nas jeszcze przy muzyce w recepcji wsłuchuje się w lokalne rytmy salsy. Kasia pisze pamiętnik, Mirek szuka szarańczaków w ogrodzie. 


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: