Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Seszele i Madagaskar 16.11-5.12.2016

Baobaby po raz pierwszy

24-11-2016

Opuszczamy nasz hotel o 7:30, nie mamy wyjścia. Przed nami wprawdzie nieduży odcinek w kilometrach, bo do przejechania 198 km, ale za to bez kawałka asfaltowej trasy. Dlatego pogania nas kierowca bojąc się by zdążyć na czas. My i tak się cieszymy bo to ten punkt programu, który był bardzo zależny od pogody. Gdyby padało nie ruszylibyśmy w ogóle w trasę. Straszą nas wprawdzie kierowcy jadący z naprzeciwka, że drogi nie są zbyt dobre bo padało ale nie przekonuje nas to na tyle by poddać się zupełnie.

Zatem ruszamy, w mieście mimo wczesnej pory duży ruch, ale to typowe dla pory deszczowej i wczesnych wschodów słońca, dzień zaczyna się teraz już kilka minut po 5:00 a o 7:30 to trwa pełną parą, pierwsza tura szkolniaków już ma 1 lekcję, na straganach paruje gorąca kawa i pachną pączki, bydło od dawna na polach. A na targu jak zwykle bardzo gwarno i kolorowo.

Pierwszym punktem naszego programu jest Aleja Baobabów. Mamy na nią jeszcze ochotę zarówno o zachodzie jak i o wschodzie słońca a dzisiaj mamy ją o 8:00 rano. Luksusem jest to, że cała Aleja jest dla nas i tylko dla nas. Dopiero po nas dotrą tutaj pojedyncze samochody z turystami.

A pod drzewami, które jak zwykle i tym razem robią na nas wielkie wrażenie tętni zwykłe wiejskie życie.

Kobiety idą na pole, niektóre z nich wysmarowane glinką wdzięcznie pozują nam do zdjęć, mężczyźni przeganiają bydło, lub powożą wozami zaprzęgniętymi do zebu, dzieciaki wesoło zaczepiają nas nakłaniając do zdjęć, potem wyjmują z traw kameleona, który także wraz z nimi pozuje do zdjęć. Mali biznesmeni, podejrzewam, że ucięli mu nawet kawałek ogona, żeby zbyt szybko nie uciekał i czekał na takich turystów jak my, którzy z litości ale trochę z ciekawości zapolują z kameleonem by pomóc maluchom. Każdy z nas przed przyjazdem tutaj miał swoje wyobrażenie o tym miejscu, i jak zwykle było ono zupełnie różne od tego co zastaliśmy na miejscu.

Aleja w Internecie, przewodnikach wydaje się być dłuższa, bardziej zarośnięta, zupełnie pusta, pozbawiona życia ludzkiego. A tu proszę zupełnie inaczej.

Poza Aleją na trasie mamy jeszcze baobab zakochanych i święty baobab. Przy każdym przystanek na zdjęcia i obserwacje. Całe miejskie życie ustąpiła miejsca życiu bardzo skromnemu i prostemu, wieś pełną parą.

Dzieciaki machają nam wesoło, dorośli ciekawie przyglądają się pozdrawiając, zasadniczo wszyscy są nam bardzo przychylni.

Przy jednej mini wiosce, właściwie odradzającej się dopiero po niedawnym pożarze, który zapewnie w niekontrolowany sposób wymknął się spod kontroli i strawił także całkowicie dom, teraz trwa jego odbudowa.

Naprzeciw wychodzi ku nam gospodyni, młoda dziewczyna z gromadką dzieci, tylko czwórka to jej rodzone dzieciaki, jedno z ich jeszcze u piersi. Pokazuje nam skromny domek, w którym w jednym pomieszczeniu jest łóżko, szerokie jak cała izba a w drugim leżą złożone pod ścianą worki z ryżem, które z pewnością kupione z myślą o porze deszczowej, która za chwilę pokrzyżuje jakiekolwiek plany dalszych wyjazdów po zakupy. Za ścianą powstaje kolejny domek, ten ma nawet mały sklepik, tamtejsza gospodyni bardzo nam dziękuje za przywiezione rzeczy, a w tym samym czasie w chatce numer jeden już trwa przymierzanie i oglądanie rzeczy, mniemamy o tym po odgłosach jakie wydobywają się ze środka.

Jeśli sprawiliśmy im chociaż trochę radości, to też mamy z tego frajdę.

Zanim dotrzemy na lunch czeka nas przeprawa przez rzekę, wielki prom czeka już w porcie, okrętujemy się i płyniemy na drugi brzeg. Woda ma bardzo ładny pomarańczowo-rudy kolor. Na rzece mały ruch, ale bardzo ciekawe obrazki, pływające zebu, małe łodzie wydrążone w pniu drzewa, mniejsze łódki, kilka wodopojów, ludzie kapiący się nago przy brzegu.

Płyniemy dość szybko, zygzakiem, prąd nam sprzyja. W Belo mały ruch, jest za gorąco , nasz termometr pokazuje 41 stopni na zewnątrz, niewiele mniej jest wewnątrz auta. Mimo klimatyzacji jest bardzo gorąco. Jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jak tu jest w grudniu kiedy temperatury bywają najwyższe.

W Belo miła niespodzianka na lunch genialny obiad przygotowywany przez szefa kuchni jak w najlepszej restauracji gwiazdkowej. Już cieszymy się na powrót tą samą trasą by móc zjeść tu ponownie.

Do Bekopaki docieramy tuż przed zachodem słońca. Uda się nam jeszcze wyskoczyć na szybki spacer do wioski w najlepszej porze do zdjęĆ.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: