Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 29.10-13.11.2016

Kolejką linową do nieba

04-11-2016

Merida: przyjechaliśmy wczoraj zbyt późno żeby docenić piękno miejsca gdzie mieszkamy. Dzisiaj jest już spokojniej, ale wcale nie później. Okazuje się, że nadarzyła się niezwykła okazja wjazdu kolejką linową na wysokość 4765 metrów by zobaczyć z bliska najwyższe szczyty tutejszych gór. Z kolejką jest cała historia, od zawsze była największą atrakcją Meridy, która przyciągała wszystkich i miejscowych i turystów. Najdłuższa bo mierząca 12,5 kilometrów trasa i najwyżej położna stacja kolejki muszą robić wrażenie i są znane na całym świecie. Od 2009 kolejka była remontowana, jej ponowne otwarcie planowano na 2012 rok a w efekcie została otworzona dopiero przed kilkoma dniami.

Oczywiście nie trzeba nas było długo namawiać by chcieć spróbować zdobyć bilety i wjechać na szczyt. I teraz nadszedł ten moment, bilety mamy, staramy się dotrzeć do kolejki jak najszybciej by nie stracić okazji wyjazdu w góry. Oczywiście jak się człowiek spieszy to nie przyjeżdża autobus, ale akcja błysk z taksówkami i podzieleni pomiędzy 5 autami podjeżdżamy do samej kolejki. Tu najpierw kontrola biletów, potem kontrola paszportowa, potem jeszcze jedna i ostatnia bagażowa i jesteśmy przy pierwszym wagoniku. Od razu widać, że inwestycja jest bardzo nowa. Piękna architektura, nowoczesne kształty, miejsca pracy dla dziesiątek osób, które nas wpuszczają, wypuszczają, opowiadają, itd.

W sumie przejazd ma nam zająć około 45 minut i mamy pokonać ponad 3000 metrów przewyższeń. Pogoda jak na życzenie, piękne słońce, chmury wysoko, malowniczy widok na to co przed nami z bliska.

W wagoniku najpierw siedzimy w pierwszym rzędzie, na kolejnym podjeździe będziemy stać by potem znowu zamienić się miejscami.

Widoki coraz ciekawsze, zmienia się szata roślinna i odsłania coraz bardziej szeroki widok na okolicę.

Jesteśmy zachwyceni a to dopiero połowa drogi. Widzimy jak Wenezuelczycy ubierają kolejne warstwy ubrań: czapki, kurtki, rękawiczki a my tylko narzucamy jedną warstwę rzeczy i ruszamy dalej. Na stacji 3 już czuć wysokość, ale póki co bezpiecznie.

Natomiast na stacji końcowej już jest dość chłodno, z jednej strony chmury więc korzystamy z okazji by móc zrobić zdjęcia pamiątkowe jak tylko chmury zostaną trochę przewiane przez wiatr.

Ale mieliśmy szczęście, że nam się udało. Jest to na pewno frajda i przygoda. Wysokość oczywiście dała się we znaki, wielu  z nas dokuczał ból głowy lub przyspieszone tętno.  Ale i tak jesteśmy bardzo zadowoleni, że byliśmy tak wysoko. I zgrała się z naszymi planami pogoda, wjeżdżając mieliśmy piękny widok na całą okolicę. Na górze oczywiście zdjęcia ze szczytem, figurką Matki Boskiej a nawet flagą wenezuelską.

Teraz przebieramy się zdejmując puchowe kurtki i wysokie buty, na dole pogoda jak zwykle bardzo letnia. Obrywa się nam, że nie powinniśmy tego robić ot tak przy wejściu do kolejki ale jesteśmy już prawie gotowi. W locie oddajemy rzeczy Sławka do prania, bo walizki nadal nie ma i szukamy miejsca na śniadanie.

Rezygnujemy z restauracyjek i kawiarni przy kolejce z nadzieją, że na starówce będzie milej. Jednak Plaza Bolivar to główny plac w Meridzie gdzie mieści się kilka małych restauracyjek ale o 11 trudno o śniadanie, tu już trwają przygotowania do obiadu. Jednak udaje się nam skompletować garnitur dań dla nas wszystkich. Oczywiście trwa to trochę i burzy ład i porządek w kawiarni, która nie przypomina w niczym naszych starówkowych miejsc. Grunt to że się posililiśmy.

Wchodzimy do katedry, wspominamy wizytę papieża Polaka tutaj, robimy rundę po placu. W Ratuszu napotykamy pomnik Chiaveza i bardzo gorliwą jego fankę, która w konwulsjach odprawia jakieś modły, śpiewa, tańczy a na koniec pada krzyżem.

Jakoś dziwi to tylko nas, bo reszta wydaje się nie zwracać na nią większej uwagi. Dopiero kilku policjantów wynosi ją na sam koniec. Pomniki Chiaveza są wszędzie i nadal bardzo czczone.

Kolejny punkt programu to wyczekiwane przez nas zakupy. Udajemy się do Mercado Prinicpial by wpaść w wir shoppingu. Problemem są oczywiście pieniądze, które niesiemy ze sobą w workach no bo jak inaczej. Najpierw przebiegamy razem z naszym przewodnikiem stoiska z kakao, rumem i kawą by potem samodzielnie wybierać pamiątki: magnesy, lalki, figurki, obrazki.

Na sam koniec udaje się nam jeszcze znaleźć beczkę z mielonym kakao, idealnym do ciast i deserów. Opróżniamy beczkę tak skutecznie, że aż zabraknie kakao, musimy się podzielić wewnętrznie.

Jesteśmy trochę głodni po małym ale późnym śniadaniu, na najwyższym piętrze są lokalne tradycyjne małe restauracje i tam zamawiamy sobie zupy. Jest zupa z kury, nie mylić z kurczakiem, zupa z wołowiny, zupa andyjska z serem i mlekiem i flaczki. Na stole pełen przekrój dań plus sałatka caprese dla Pawła.

Zbliża się popołudnie, hacjenda za miastem z kawa zamknięta, zatem udajemy się na autentyczny targ z warzywami i owocami. Ależ mamy tu raj, jest kolorowo, słonecznie i pachnąco. Od razu rzucają się nam w oczy wielkie awokado, których na próżno szukać w takich rozmiarach u nas, za to brakuje nam mango, które tu wygląda bardzo mizernie. Zagłębiamy się w różnice pomiędzy bananami i kupujemy kilka rodzajów owoców, także tych egzotycznych na spróbowanie. Mirek nawet kupuje garść dwóch rodzajów fasoli do wysadzenia w Polsce. Zobaczymy co z tego urośnie.

Na koniec jeszcze nabywamy świńską prażona skórkę i tak posileni jedziemy na lody. Coromoto to znana lodziarnia w Meridzie prowadzona przez 86 letniego Portugalczyka. Jest tutaj dzisiaj, od razu wpada mu w oko Natalia, z która się fotografuje i daje jej nawet autograf. A my najpierw zapoznajemy się z różnymi smakami lodów i ustawiamy się w kolejce. Najbardziej odważne wybory to mięso i szynka oraz ser, poza tym nie brakuje lodów z dodatkiem alkoholu czy smaków owocowych. Są dobre, jak na warunki Wenezueli unikatowe, u nas niestety nie zostałyby okrzyknięte najlepszymi lodami w mieście.

I po takich kilku małych posiłkach mamy teraz dylemat czy warto iść na kolację czy nie, jednak zostajemy przy planie wyjścia na kolację wieczorem. Chwila przerwy w Posadzie i ruszamy prawie w komplecie do restauracji słynącej z mięsiw. Nie wszyscy wybierają mięso, na stole dzisiaj zdecydowanie króluje awokado i pstrąg, oba dania przewijały się w trakcie opowieści o mieście, czyli są jak najbardziej zasadne. Jedzenie bardzo smaczne, jednak porcje wielkie a na deser sernik.

Wracamy by jeszcze trochę porozmawiać w patio i spakować się bo jutro rano jedziemy na równiny,

I na sam koniec przypomniało mi się, w kontekście bydła, że wizytę na targu zaczęliśmy od koktajlu z byczymi oczami. Niektórzy czytali relację z poprzedniej wyprawy do Wenezueli i wiedzieli czego można się spodziewać jednak co innego czytać o tym, a co innego widzieć na własne oczy jak pani miesza w shakerze owoce, lód, mąkę, mleko, alkohol i na koniec wkrawa i wyciska oczy wołu.

Jednak nie brakuje pośród nas śmiałków, którzy nawet nie słuchają jakie to dobroczynne działanie ma ten koktajl i piją duszkiem do dna. Są nawet dokładki.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: