Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 29.10-13.11.2016

Mamy mrówkojada!

06-11-2016

Kolejny dzień na równinach Los Llanos. Zaczynamy go wcześnie w zupełnych ciemnościach przy mocnej kawie. Brakuje nam tylko Natalii, poza tym jesteśmy w komplecie. Pewnie że niedospani i zmęczeni ale ptaki są ważniejsze, poza tym jak się ma w grupie Mirka to ptaki nabierają szczególnej wagi. Zatem pakujemy się wszyscy do ciężarówki i jedziemy za płot naszego ranczo gdzie czekamy pod drzewami aż wstanie słońce i wszystkie nocujące na gałęziach ptaki poderwą się do lotu. Nie jest to aż tak bardzo spektakularne jak myśleliśmy, bo nie odbywa się naraz. Ale i tak ilość ptaków jest imponująca. Oczywiście nie brak tu elementów wenezuelskich czyli ranek, ptaki silnik diesla, kiedy prosimy pana by wyłączył auto nie może bo silnik nie zaskoczy po raz kolejny. Chyba że popchniemy, taki jest warunek. Oczywiście, że popchniemy i mamy co chcieliśmy, cisza, słychać tylko ptasi śpiew.

Jak pan powiedział tak się stało, silnik nie chce zaskoczyć. Zatem wszyscy z wozu i nasi panowie wraz z miejscowymi pchają wielką ciężarówę i wszystko jest już ok.

Jedziemy dalej, a po drodze widzimy czaple białe, czaple siwe, tarczowniki, tygryski rdzawo szyje, długoszpony, ibisy, kormorany, karu karu, hoacyny, rybołowy, kaczki gwiżdżące, gęsi z Orinoko, żabiru. Specjalnie wymieniam te nazwy których nauczyliśmy się dzisiaj by nam nie uciekły. Choć powtarzaliśmy je na tyle często, że pewnie się nam już utrwaliły.

Kto nie był na Los Llanos naprawdę wiele stracił. Jesteśmy wszyscy pod wielkim wrażeniem bezkresu tych mokradeł. Takiej ilości ptaków nie widzieliśmy jak dotąd nigdzie na świecie, ponad 300 gatunków samych ptaków i to na wyciągnięcie ręki. Nie wspominamy o zwierzętach, kapibarach i kajmanach, których jest tutaj całe mnóstwo.

Śniadanie w lodży i chwila oddechu by za chwilę ruszyć na kolejne safari tym razem rzeczne w łodzi. Okrętujemy się i wypatrujemy nowych gatunków ptaków. Pojawi się ich sporo, wieziemy ze sobą śwież płucka wołowe dla drapieżników, które wiedzione zapachem i smakiem towarzyszą nam całą drogę. Te same przysmaki mamy też dla kajmanów, które wynurzają się chciwie z wody kłapać zębami na odległość. Mamy szczęście bo na jednym z zakrętów udało się nam wypatrzeć wydrę olbrzymią, ciekawie wystawiała wielokrotnie głowę by się nam przypatrzeć a potem figlarnie nurkowała zwodząc nas i płynąc w zupełnie inną stronę. Ale udało się nam ją zobaczyć. Cały czas szukamy anakondy, ale wody jest jeszcze sporo i ciężko ją znaleźć przy takiej głębokości, ale to nie ostatnia okazja. Obiad dzisiaj same smakołyki: awokado, banany na słodko, wołowina oczywiście też. Przyjmujemy zakłady na ile sposobów można nam podać wołowinę. Były już medaliony grillowane, duszone, paseczki smażone i gotowane, i z pewnością to nie koniec wariacji z wołowiną.

Krótka przerwa i ruszamy na ostanie dzisiaj safari samochodem, na pace. Cele są dwa konkretne: mrówkojad i anakonda. Nikt nam niczego nie obiecuje ale wszyscy mamy wielką nadzieję, że uda się ziścić nasze marzenia.

Najpierw znana nam już trasa poprzedzona wizytą w małym ośrodku ochrony gatunków żółwi i krokodyli z Orinoko. Oglądamy je z bliska i popieramy całym sercem taki pomysł.

Oczywiście najwięcej jest ptaków, potem kapibar które wprost uciekają nam spod kół i małe i duże i pojedyncze i całe rodziny. Niemniej jest kajmanów, które leniwie wskakują do wody kiedy zbliżamy się z warkotem silnika, a inne nie robiąc sobie z nas nic leżą udając niewzruszone. To także ogromna ilość iguan i waranów, które teraz kiedy zrobiło się bardzo ciepło wylegują się na gałęziach drzew albo leżą w trawie przy drodze.

Udaje się nam znaleźć kilka nowych gatunków ptaków bardzo podobają się nam ibisy scarlett i warzęcha. Żabiru paraduje blisko nas na swoich długich tyczkowatych nogach. Na mostku robimy przerwę na łowienie piranii. Nikt się tu nie bawi w wędki i spławiki. Dostajemy żyłki bardzo długie i haczyki i kawał wołowiny i już tyle. I co? I piranie same rzucają się nam na haczyki. Wyciągamy jedną za drugą. Ale mamy frajdę nawet nie potrafię napisać kro ile wyciągnął tak się wciągnęłam w to łowienie. Zamawiamy piranie na kolację, nasi panowie muszą wkroczyć do akcji by złowić ich dość na posiłek.

Kiedy uzbieraliśmy już całe wiaderko piranii jedziemy dalej nową trasą. Tu wreszcie pojawiają się krowy. Bydła jest tu aż 40000 a my widzimy zaledwie kilkaset sztuk ale w połączeniu z kapibarami i ptakami robi to niesamowite wrażenie i ten bezkres ciągnących się równin z pojedynczymi chmurkami i zachodzącym słońcem: rzadko coś może się tak podobać.

Trzeba mówić o szczęściu jakie mamy, nagle wprawdzie daleko ale dobrze widoczna jest sylwetka mrówkojada. Widzimy wyraźnie jego ryjkowaty pysk i długi puszysty ogon, wprawdzie do dobrych zdjęć był za daleko ale został przez nas wypatrzony wśród traw. Brawo, brakuje tylko do pełni szczęścia anakondy. Zatem szukamy dalej, oczywiście im bliżej zachodu słońca tym więcej muszek i innych stworów, które wzięły nas sobie za cel. Mamy specyfiki maści różnej i to działa a w grupie tworzy wręcz szczelną kurtynę przeciw owadom.

Kiedy dotrzemy do lodży robi się prawie ciemno, na trawniku przed hotelem tygryska łykająca nietoperza, pojedyncze kolorowe motyle. My odpoczywamy chwilę by zaraz ruszyć na kolację.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: