Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 29.10-13.11.2016

Czy to nasz raj?

08-11-2016

Miał być lot o 9, jest o 7 co znaczy że już o 5 musimy być na lotnisku. I tak dajemy sobie więcej czasu bo o 5 dopiero startujemy z hotelu, docieramy na lotnisko o 5:20 i ku naszemu zaskoczeniu jesteśmy pierwsi. Całkiem pierwsi czyli nawet przed pracownikami lotniska. Tego jeszcze nie było, wyjmujemy bagaże i rozsiadamy się w  całkowitych ciemnościach na schodach wiodących do małego lotniska obsługującego tylko loty czarterowe. Hmmm, i co teraz będzie.

Po pół godzinie jest nadzieja bo w sali przemyka cień człowieka, Kasia wypatrzyła panią z ochrony. Ta jednak ignoruje nas całkowicie i udaje, że nas nie widzi. Ale po kilku minutach zza rogu wychodzi pan z ochrony, który otwiera drzwi i wpuszcza nas do środka. Wybiła 6 a my nadal siedzimy, tyle, że już nie na schodach a w sali wylotów. Ściany zdobią wielkie murale Fidela Castro, Che Guevary i Chiaveza.

A przy okienku odpraw nikogo nie widać. Szczęśliwie dla nas pojawia się jeszcze jeden turysta, który tak jak my czeka na nasz lot.

A czas biegnie obawiamy się, że wrócimy do wersji pierwotnej naszego lotu czyli że jednak ruszymy o 9:00. Podobno brakuje jeszcze pani, która zechciałaby przyjąć nasz bagaż.

Nie wiadomo po co bo i tak za chwilę będziemy go targać osobiście do awionetki… Wreszcie panowie biorą nasze paszporty, ręcznie wypisują karty pokładowe, tworzą listę pasażerów przepisując wszystkie dane paszportowe co oczywiście odpowiednio długo trwa i teraz bagaże. Ważenie komisyjne i zbiorowe, dokładają tak długo aż zbiorą nadwagę zmieniając wcześniejsze ustalenia z 15 dopuszczonych kilogramów na 10.

Nawet to nas nie wyprowadza z równowagi, płacę wymaganą kwotę i czekam co będzie dalej. Ruchy oczywiście powolne i właśnie wybija 7. A my nadal w hali odlotów.

Teraz okazuje się, że nadane bagaże mamy zdjąć z wagi i musimy maszerować za panem, czyli jedne schody, drugie schody, rampa, druga hala. Złośliwie chyba upycha nas pod klimatyzatorem by nas zamrozić, mamy powoli dość rajskich wakacji.

Nasza pani przewodniczka na niewiele się zdaje, siedzi sobie na kanapie i śmiga w internecie.

Ale my się nie poddamy, to dla nas nie pierwszyzna, widzieliśmy już trochę w Wenezueli i bierzemy się na sposób: każą czekać to czekamy, każą iść to idziemy i to nas ratuje. Wreszcie poddają się, muszą nas sprawdzić, nadać i skierować na płytę lotniska. Teraz jeszcze tylko 300 metrów marszu i rozsiadamy się w awionetce. Pan kapitan i pani pilot przejmują nas w swoje ręce, drzwi do kokpitu otwarte, humory nam wracają i lecimy.

Zaledwie półgodzinny lot i ładne widoki za oknem.

Lądujemy na małym i krótkim pasie startowym.

Po pasie biegają psy, jest sielsko anielsko jak na wyspę przystało. My wysiadamy, odbieramy nasze bagaże i pakujemy je na wózki bagażowe, które podstawili nam pod awionetkę nasi panowie z posady. Idziemy pieszo bo innego transportu tu nie ma do naszego hotelu. Przed nami najdłuższy pobyt bo aż 4 doby w jednym miejscu. Jest upalnie, małe kolorowe domki, leniwie, pachnie kawą i cynamonem. Nabieramy orientacji w terenie ponieważ nasza posada leży na przeciwległym końcu wyspy.

Zasiadamy do śniadania, dostajemy pokoje i walczymy z klimatyzacją, wodą, albo raczej brakiem ciepłej wody, pojawiającym się internetem widmo. Ale przecież przyjechaliśmy tutaj dla plaży i rajskich widoków. I co się okazuje, że plaży tu nie ma. Oczywiście nie wierzymy na słowo i czasie wolnym podzieleni na grupy udajemy się na spacer po wyspie, jednak kiedy spotykamy się w porze lunchu okazuje się, że rzeczywiście by dotrzeć na plażę jak z folderów musimy przepłynąć tam jedną z łódek, to dla nas zaskoczenie, tego się nie spodziewaliśmy.

Ale na próbę dzisiaj wszyscy pakujemy się do jednej łódki i płyniemy na Cayo położone najbliżej naszej wyspy. Z daleka już widać namorzynową roślinność i długą białą plażę. Panowie rozbijają nam parasole, rozkładają krzesła z poucinanymi nogami by łatwo było się wbić w piasek i posiedzieć nad wodą albo w wodzie.

Póki co plaża jednak nas nie zachwyca. A kiedy pierwsi wejdą do wody i będą przestrzegać przed meduzami i kawalątkami parzących koralowców to już zupełnie entuzjazm z plażowania nam odchodzi. Tyle, że co robić kiedy na lądzie atakują nas meszki i to ile naraz? Woda okazuje się wybawieniem, tyle że tu szczypią korale.

Tak, a łodzi nie ma, wróciła do portu i pojawi się dopiero za cztery godziny. No to się ugotowaliśmy. Lunch zabrany ze sobą, zimne piwo i napoje poprawiają nam na chwilę nastrój, ale meszki są bardziej żarte niż gdziekolwiek do tej pory.

Podpatrujemy jednak innych, którzy siedzą kawałek dalej, im jakby nic. Nie oganiają się nerwowo od owadów, ba nawet niczym nie smarują. Musimy wybadać teren, okazuje się, że na końcu cypla dość mocno wieje i to jest zbawienne, meszek tu nie ma. Szybko ewakuujemy się z naszego dotychczasowego miejsca, stwierdzając zgodnie, że albo zdobywaliśmy odznakę zucha albo nasi panowie nas chcieli skutecznie zniechęcić do plażowania.

Na końcu cypla okazuje się, że woda jest bardzo przyjemna, nic nie gryzie a i widoki mamy nie najgorsze.

Jest lepiej. Ale to i tak nie to, czego oczekiwaliśmy.

Wracamy na naszą wyspę, kąpiel i o 19:30 zasiadamy na kolację. Mamy nadzieję, że nie będzie wołowiny. Nie ma ale jest o wiele smaczniej i lepiej niż gdziekolwiek do tej pory. Może wpływy włoskie, właściciel jest Włochem. Pyszne carpaccio z cukinii, potem pasta z warzywami a na sam koniec ryba smażona i deser: flan karmelowy.

Kawa, caipirinha, Cuba libre, zaczyna być wakacyjnie.

A i mamy plany na jutro. Udało mi się wynegocjować inną wysepkę dla połowy grupy, a my płyniemy na długą trasę by wybadać czy oferowana wycieczka warta jest swojej ceny i czy rzeczywiście jest aż tak atrakcyjna.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: