Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Seszele i Madagaskar 16.11-5.12.2016

Szafiry afrykańskie

02-12-2016

Opuszczamy Park Isalo i naszą lodge, która bardzo się nam podobała. Po wczorajszej rozmowie reprymendzie z managerem lub szefem sali, do końca nie wiemy kim był ten pan, okazuje się, że dzisiejsze śniadanie jest dużo bogatsze niż to wczoraj.

Dobrze zaczynamy dzień i jedziemy do miejscowości Ilakaka. To kolejny przystanek bo chcemy tutaj zobaczyć prawdziwe kopalnie szafirów. Trafiamy do sklepu a przedtem w rzece, która przepływa przez miasto widzimy jak wiele osób angażuje się w płukanie piasku i poszukiwanie małych drobinek kamieni szlachetnych. Poza kamieniami w rzece trwa normalne życie czyli kąpiele poranne, pranie rzeczy.

Pan manager wybiera się z nami w teren. Na nasze szczęście prace wykopaliskowe trwają w najlepsze. Mężczyźni i chłopcy pozwalają nam sobie zrobić zdjęcia, z podziwem patrzymy na ciężką pracę i głęboki lej, który udało się im już wykopać z nadzieją na znalezienie kamieni.

Obok mnóstwo małych studni, drążonych w poszukiwaniu nowych znalezisk.

Nieopodal trafiamy na mniejsze studnie, które dopiero zwiadowczo są drążone by dowiedzieć się czy warto kopać dalej. Mimo usilnych starań i pytań Staszka jak to działa, kto może kopać, ile to kosztuje, kto komu płaci i ile za kamienie nie udaje się nam ustalić czy jest to opłacalny biznes czy nie. Pan chyba udziela nam odpowiedzi tak by niczego nie zdradzić.

Musimy obejść się domyślnymi teoriami a nie konkretami.

Przejeżdżamy przez wioskę, gdzie pełno sklepów skupujących kamienie, widać wyraźnie, że to biznes zdominowany przez Hindusów.

Kolejny postój w fabryce rumu. Brzmi dumnie, wygląda jednak zupełnie inaczej. To po prostu bimbrownia pod chmurką. W jednej z małych miejscowości w wiosce przy głównej trasie z północy na południe miejscowa ludność pędzi swój własny rum z trzciny cukrowej. Nasz kierowca jest bardzo oporny i nie chce przystać na mój pomysł by się tu zatrzymać. Ale oboje pamiętamy, że ten temat poróżnił nas przed rokiem i wtedy też był taki sam rozkład sił, czyli on na nie a ja na tak. Tym razem ja nadal na tak a on wreszcie ulega by mieć święty spokój. Wizyta okazuje się nie aż taka straszna, liczymy się z tym, że przyjdzie nam zapłacić za pobyt tutaj i zrobione zdjęcia ale to nie odosobnione miejsce które żąda od turystów zapłaty.

W proces powstawania rumu zaangażowana jest cała wioska, produkt końcowy sprzedawany jest w plastikowych butelkach przy drodze. I podobno rząd karze tych , których złapie na produkcji nielegalnego alkoholu. To jak wytłumaczyć to co widzimy tutaj? Oficjalną fabryka to nie jest, nie da się tego nie zauważyć, bo zajmuje pół wsi, a poza tym cały tłum nas oprowadza, pokazuje, zachęca do degustacji i zakupów. Bieda straszliwa, poza tym wielu tutejszych mieszkańców chyba nader często próbuje tego trunku bo zieje alkoholem.

Koniec tej wizyty, przed nami jeszcze jedna, tym razem szkoła, pierwsza wspomagana przez Hiszpanów stoi pusta, bo nauczyciel ma wolne i pojechał to Tulaer. Ale druga za to jest pełna, trwają zajęcia, właśnie zaczęła się II zmiana. Dzieciaki wybiegają by nas przywitać po czym karnie wracają do klasy. Na moją prośbę śpiewają nam piosenkę ale z jakim przejęciem i jak bardzo głośno, wyraźnie artykuują każde słowo. Siadają na wprost nas, pozują do zdjęć, chwalą się swoimi zeszytami. Pan nauczyciel opowiada trochę o ilości uczniów, nauczycielach, zasadach tutaj panujących. Nie jest łatwo. Ani uczyć się tutaj ani nauczać. Rozdajemy nasze ostatnie zapasy, mamy jeszcze kredki, długopisy, słodycze.

Tulear wita nas deszczem co podobno się tutaj nie zdarza, bo na południu pada bardzo rzadko, a właśnie zaczęło, oczywiście to typowy afrykański deszcz. Czyli poza kilkoma wielkimi kroplami nie pada ani zbyt długo ani zbyt wiele.

W restauracji w centrum miasta lunch. Karmi dzisiaj Włoch, Carlo, który zresztą przechadza się po restauracji pośród stolików kontrolując zadowolenie Klientów. Najpierw składamy zamówienie, a potem ku naszemu zaskoczeniu dostajemy wielkie przystawki, które na dobrą sprawę mogłyby być całym naszym posiłkiem, porcje są wielkie i bardzo smaczne. Jednak to nie koniec bo po nich będą jeszcze zamówione przystawki, gigantyczne, niektórzy z nas dali radę się nimi najeść i oddając talerz panie kelnerki dwukrotnie pytały czy oby na pewno nam smakowało, bo miały wrażenie że niczego nie tknęliśmy. Zamówione przez nas na II danie ryby w całości spokojnie zajmowały cały stół. A gdzie dopiero deser. Ten był wielkością dopasowany także do wcześniejszych dań, wielki krem w rozmiarze XXL.

Objedzeni ruszamy do Ifaty, nadmorskiej miejscowości na południu kraju by skorzystać przed powrotem do stolicy z ostatnich chwil nad basenem i na plaży.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: