Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Paryż 29.03-02.04.2017

Pierwsze ślimaki w Paryżu

30-03-2017

Zanim zacznę opisywać kolejny dzień muszę jeszcze na wyraźne życzenie Marcina wspomnieć o jak dotychczas jedynej porażce kulinarnej. Było to w środę, od razu po przylocie do Paryża, wybraliśmy się na spacer po okolicach Bazyliki Sacre Cour, a potem przysiedliśmy na kolacji. Nasi dwaj panowie zamówili z ciekawości na przystawkę uszy świńskie. Najpierw długo dociekaliśmy jak będą przygotowane, wszystko wydawało się z grubsza ustalone. Kiedy podano im zgodnie z zamówieniem uszy świńskie okazało się, że pod stertą sałaty są kawałeczki przemielonego miesza wymieszanego z chrząstkami z uszu świni, do tego ostre, pikantne, kwaśne, octowe. Już po opisie było widać, że nie był to zbyt trafny wybór.

Podkreślam, dotychczas to jedyny taki zgrzyt kulinarny.

Mam nadzieję, że teraz już Marcin będzie  zadowolony z opisu pełnego środy, zatem opisuję czwartek. Poranna pobudka, śniadanie w bistro naprzeciwko naszego hotelu. Oczywiście nasz obiekt dysponuje także śniadaniem hotelowym, ale jednogłośnie wybieramy opcję zjedzenia posiłku na zewnątrz. Pogoda wspaniała, choć jest jeszcze rześko i dlatego decydujemy się na stoliki wewnątrz. Pyszna bagietka, chrupiąca, podobno na zakwasie, w naszej grupie, wszyscy pieką i gotują i na pewno znają się na kuchni. Rogalik chrupki, lekko ciągnący się, z prawdziwym masłem i dżemem – idealny początek dnia. Sok z miąższem z pomarańczy, intensywny i bardzo smaczny a na koniec kawa. Tak miało być -  tu rozczarowania nie było.

Posileni, w słońcu ruszamy do miasta. Zaczynamy od spaceru z Kasią po tutejszym targowisku. Od razu zostajemy rzuceni na głęboką wodę, wątróbki, nóżki, boczek, kury, kaczki, koguty, mięsko. Potem warzywa i sery. Nie obejdzie się bez degustacji. Ana i Marcin zakupują truskawki, Kasia wybiera nam 3 różne gatunki serów do deski z serami. Cmokamy, wąchamy, robimy zdjęcia, zajadamy się lokalnymi specjałami. Na targu jesteśmy bardzo mile pozdrawiani przez sprzedawców, większość z nich pochodzi z Afryki Północnej: Egipt, Tunezja, Maroko. Cały świat stoi tu w warzywach i owocach. Degustujemy melona, ale pyszny i słodki. Kasia zaskakuje nas swoją przezornością w torebce ma deseczkę i nożyk.

Spacerem zahaczamy o stoisko z rybami i owocami morza. Przyglądamy się dokładnie ślimakom, jeżowcom, przegrzebkom i innym skorupiakom. Potem już niektórzy z nas mieliby ochotę by przysiąść na kawie, a że marzenia się spełniają idziemy do małej cukierni, która słynie z wypieku najlepszych magdalenek i tu zamawiamy kawę, jemy magdalenkę wielką jedną podzieloną na 9 części, a Marcin pod fontanną myje zakupione przed chwilą truskawki i mamy już naprawdę smaczny i bardzo kolorowy posiłek. Czas na czekoladę i fabrykę czekolady. Dodatkową atrakcją są wyroby z czekolady z wielkanocnymi motywami, mamy króliczki, pisanki, jajka, wszystkie bardzo pomysłowe i kolorowe, smaczne.

Ponieważ to wyjazd kulinarny już około południa zasiadamy do lunchu. Zapowiada się bardzo smacznie. Pani kelnerka jest bardzo kompetentna i dobrze doradza. Zamawiamy różne pyszności, ale raczej przekąski niż dania główne. Wyjątek robi Marcin, który zamawia sobie Pokemona, tak nazywamy danie dnia Poke bowl. Wygląda bardzo apetycznie, kolorowe warzywa, przyprawy ułożone są w okręgu okalając marynowanego łososia a leżąc na ryżu.

Zazdrośnie zaglądamy w talerz Marcina. Pocieszamy się jednak sałatą z przegrzebków, bruschettą z pomidorami, wspaniałą zupą warzywną.

Po lunchu czas na deser, zaglądamy do ulubionego cukiernika Kasi, tu nauczeni doświadczeniem  zamawiamy kilka ciastek do podziału i do spróbowania. Najwięcej ochów i achów usłyszymy nad tartaletką z bazylią i limonką. Jest pyszna, świeża, lekka, wiosenna.

Pijemy po kolejnej kawie, tu dołącza do nas Ewa nasza przewodniczka i już wspólnie udajemy się do St. Chapelle. Tu mała kolejka, ale idzie bardzo sprawnie i już po chwili jesteśmy we wnętrzu obiektu. Bardzo się nam wszystkim podoba, tym bardziej, że przy dzisiejszym słońcu można w pełni docenić grę światła padającego przez te witraże. Stąd przez targ kwiatów z mnóstwem wiosennych roślin i pachnących małych drzewek udajemy się dalej do katedry Notre Dame.

Długa kolejka przesuwa się bardzo płynnie. Wnętrza wielkie, pompatyczne, piękne. Na sam koniec dnia zostaje nam spacer po La Marais. Piękna butikowa dzielnica z galeriami, butikami, sklepikami z indyjską odzieżą czy biżuterią etniczną. Nas jednak ciągnie s w stronę falafeli czyli małych klopsików z nadzieniem warzywnym . Teraz to już tylko pożegnanie z Ewą i przejście do restauracji położonej na Wyspie Ludwika. Tu zajmujemy szereg miejsc przy oknie i zamawiamy jedzenie. Pomyłka tylko jedna jak na takie zamówienie to wyjątkowo dobry wynik. Próbujemy ślimaków. Są sałatki, bardzo smaczne dodatki, foie grais.

Zmęczeni, mając kawał Paryża w nogach a jeszcze większy jego kawał w żołądkach, zadowoleni wracamy do hotelu.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: