Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Przelot do Kambodży, jezioro Tonle Sap, nocne Siem Reap

25-03-2011

Dzisiaj wyjątkowo krótko. Jesteśmy już w Kambodży. Dziękujemy za wszystkie troskliwe smsy i telefony. U nas wszystko w porządku. Szykujemy się do zwiedzania świątyń w Angkorze. Obiecujemy uzupełnić jutro opowieści z dzisiaj. W galerii sporo nowych zdjęć!

P.S.

Dziewczyny!  - Tata Włodek w pełni sił.

I tak zagoniono mnie do pracy mimo północy. Zabieram się najpierw za opis wczorajszego dnia. Rankiem byliśmy jeszcze w Laosie. Leniwe śniadanie w naszym hotelu i przejazd na lotnisko. Udowodniliśmy naszemu przewodnikowi lokalnemu, że jak się chce to można nadać bagaże także bez pasażera i przekazać nam gotowe karty pokładowe. Odprawa na granicy bardzo sprawna. Samolot wystartował nawet 10 minut przed czasem gromadząc komplet zorganizowanych pasażerów.

W zaledwie półtorej godziny dotarliśmy do Kambodży. A tu zimno, tylko 29 stopni, po kilku ostatnich dniach, które przyzwyczaiły nas do bardzo wysokich temperatur to rzeczywiście "duża" różnica. Na lotnisku wypełniamy kolejne karteczki, przygotowujemy zdjęcia i ustawiamy się w kolejce po wizy kambodżańskie. Bardzo szybko i sprawnie przesuwamy się w kolejce. Odprawa graniczna i już z bagażami, które tym razem doleciały bez najmniejszych problemów udajemy się na spotkanie z naszym przewodnikiem. Autobus tym razem mamy duży i do tego kanarkowy. Ładujemy walizy i rozsiadamy się wygodnie. Kilka słów na wprowadzenie i po krótkiej przerwie w hotelu wybieramy się nad jezioro Tonle Sap. Poziom wody jest bardzo niski. To widać już w wiosce przez którą przejeżdżamy zatrzymując się na krótki spacer i zdjęcia. Oczywiście dzieciaki czują przez skórę, że mamy w torbach łakocie i zabawki. Z niedowierzaniem kręcimy głową widząc niektóre domy. W porcie duży ruch. Pakujemy się na naszą łódź obsługiwaną przez parę młodych chłopców. Zdradzają nam swój wiek, ale podejrzewamy ich o małe kłamstewka.

W trakcie rejsu musimy bardzo uważać by nie osiąść na mieliźnie, wody naprawdę nie ma tu zbyt wiele. Ale chłopcy mają wprawę i długie drewniane tyczki, które okazują się być bardzo pomocne.

Wreszcie z wąskiego gardła, gdzie jest dość tłoczno, bo prócz miejscowych rybaków, osób zbierających drewno na opał nie brakuje tu łodzi, które podobnie jak my albo dopiero zamierzają zobaczyć pływające wioski, albo właśnie po takiej wizycie wracają na ląd wpływamy na jezioro. Nie jesteśmy sami. Tym razem otaczają nas mniejsze drewniane łodzie, na których prócz osób dorosłych jest kilkoro dzieciaków, może kilkuletnich a na ich szyjach owinięte wielkie cielska pytonów. Powtórka z ucieczki przed wężami. Ania i ja sparaliżowane strachem stoimy wtulone w siebie na środku łodzi. Reszta wyjmuje z toreb ostatnie słodycze i przybory szkolne. To chyba tylko rozpaliło oczekiwania kolejnych łodzi, których przybywa w zastraszającym tempie. Podpływają do nas z każdej strony otaczając wianuszkiem.

Chcemy jak najszybciej odpłynąć ale jak na złość w śrubę wkręciła się nam siatka rybacka i musimy tkwić i czekać aż nasi chłopcy poradzą sobie z chwilową niemocą. Wreszcie załączamy silnik i wpływamy do wioski na wodzie. Tu już pusto, cicho i skromnie. Robimy mały rejs pośród pojedynczych łodzi, dostrzegamy kościół, sklepik, szkołę. Wracamy na ląd.

W miasteczku czeka na nas kolacja. I to największy kontrast dzisiejszego dnia, dopiero co w skrajnej biedzie nie mogliśmy znieść widoku łodzi, pytonów i dzieciaków, a teraz siedzimy w eleganckiej restauracji prowadzonej przez Francuza zajadając się wymyślnymi daniami. Wprawdzie podejrzewamy kuchnie o czary - mary. Przygotowano dla nas zupę rybną, zakładając i to niesłusznie, że jesteśmy wszyscy zwolennikami ryb. Nagła zamiana przyjęta została ku niezadowoleniu kucharzy, ale godnie zapisano nasze uwagi i przyniesiono ten sam wywar, tyle że zamiast kawałków ryby pływały w niej kawałeczki kurczaka. Ale życzenie Klienta zostało spełnione.

Wieczorem udaje mi się mimo zapowiedzi bardzo wczesnej pobudki wygarnąć Towarzystwo do miasta. Propozycja bardzo kusząca, bo najpierw przejażdżka tuk-tukami a potem masaż rybkami. Jest nas spora grupa, która chce spróbować lokalnego spa z rybkami. Wysiadamy blisko centrum i znajdujemy z łatwością akwaria z rybkami. Negocjujemy cenę i wybieramy najbardziej głodne stworki. Zasiadamy na wyściełanych kanapach i nie możemy powstrzymać śmiechu. Ale łaskoczą. Po chwili przyzwyczajamy się i jest bardzo zabawnie. Wcale nie zamierzamy zbyt szybko zrezygnować z takich przyjemności.

Uzupełniamy: Ania i Włodek tym razem nie zamienili się paszportami i każde z nich wjechało na swoim do Kambodży. Wcześniej bywało różnie, Ania przekraczała już granicę z dokumentem Włodka i nie zostało to wypatrzone przez pogranicznika. Staszek oddał swoje całe pranie do pobliskiego sklepu spożywczego... Teraz bardzo się martwi, czy i co dostanie jutro w zamian. Pani tylko zważyła całą torbę nie zaglądając nawet do środka i tyle. Czekamy i my na efekty jutro.  


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: