Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kuba 27.04-07.05.2017

Papa Hemingway i my

29-04-2017

Dla odmiany dzisiaj w planach wyjazd poza miasto. śladami Hemingwaya chcemy zobaczyć jego willę, małą miejscowość rybacką skąd wypływał na marlina a potem wrócić do Hawany.

Dzień budzi się tu bardzo leniwie, o 7 jest jeszcze ciemnawo, by za chwilę zrobiło się jasno i słońce zaczęło swój nowy dzień. Piękne bezchmurne niebo i dzisiaj, cudna pora na spacer po okolicach naszego hotelu. Niestety Kapitol przesłonięty przez rusztowania ale i tak wygląda imponująco, wokół niego rabaty z kwiatami, pojedyncze dumne palmy królewskie i idealnie oświetlone fasady kolorowych budynków. Mimo soboty ruch akurat do zdjęć, pojedyncze taksówki, riksze rowerowe, wózki z towarami, panie w grubych rajstopach kryjących w swoich mundurkach zmierzające do pracy, pojedyncze dzieciaki wystrojone w odświętne stroje wraz ze swoimi dumnymi rodzicami.

My najpierw zasiadamy do śniadania a potem autobusem ruszamy poza miasto. To dla nas pierwsza okazja by zobaczyć trochę Kuby poza ścisłym centrum. I od razu widać zmianę zabudowy oraz rozmach budynków. Ciasne budynki ustawione jeden obok drugiego zamieniają się w pojedyncze niskie baraki, niektóre z nich wyglądają raczej na opuszczone i rozpadające się ale kiedy przyjrzeć się bliżej to są to jak najbardziej po dziś dzień zamieszkałe małe domki. Na ulicach spory ruch, każde rozłożyste drzewo i jego cień wykorzystane są na przystanek. W długiej kolejce rząd ludzi czekających na autobus. Obok małe stragany z owocami. Kolejki ludzi przed sklepami spożywczymi, gdzie na półkach prawie nic ale w workach jutowych ryż, sól kamienna, cukier, fasola, wszystko na wagę.

Docieramy do willi Hemingwaya. Nie jesteśmy tu sami, spotykamy nawet inną polską grupę. Jednak jakoś rozluźnia się i za chwilę zwiedzamy już sami pięknie położoną willę. Cudny widok. Przestrzenne pomieszczenia, na chwilę przenosimy się w lata 50 kiedy Hemingway pisał tu swoje książki i podejmował zacnych gości. Wielkie trofea przywiezione z Afryki, wspaniałe obserwatorium w wieży. Na koniec jego osobista łódź Pilar i cmentarzysko ulubionych kotów.

Na parkingu kolejna porcja starych aut, te nie mogą nas nacieszyć, i tym razem oglądamy je z wielkim podziwem, robimy zdjęcia a potem przysiadamy w tutejszym małym barze. Oczywiście mimo pory z muzyką na żywo. Bardzo żywiołowy ciemnoskóry wokalista z wielką energią ale i wspaniałym głosem porywa nas do tańca. Ku uciesze wszystkich jeden z naszych uczestników pyta skromnie czy może gitarę. Z pewnością muzycy nie wiedzieli na co się godzą, już za chwilę śpiewa cała grupa. Zespół instrumentalny wpasował się w rytm gitary i zarówno kontrabasista jak i bębniarz przygrywają naszemu koledze, a my śpiewamy i grzechoczemy. Zupełnie zamieniamy się rolami, to teraz miejscowi nagrywają i fotografują nas a nie my ich. Z uznaniem mówią o talencie Kolegi i z żalem pozwalają nam odejść.

Przed nami tanecznym krokiem Cojimar, mała miejscowość rybacka, gdzie możemy zobaczyć marinę Hemingwaya, bardzo urokliwy mały fort i przysiąść na daiquiri.

Zupełnie przypadkowo jesteśmy świadkami bardzo ostrej wymiany zdań pomiędzy dwiema paniami, jedna zaparkowała wielką ciężarówkę przed sklepem tej drugiej zasłaniając jej całą wystawę. Najpierw są krzyki, potem machanie rękami aż tu nagle jedna drugiej wymierza siarczysty policzek. Kuba…

Wracamy do stolicy. Przed nami Fort Morro, statua Chrystusa i lunch z ładnym widokiem na wodę i armaty. Potem koniecznie musimy zajrzeć jeszcze do Bodeguity Del Medio gdzie Hemingway chadzał na najlepsze mojito w Hawanie, a na sam koniec odwiedzamy zupełnie nietypowe miejsce stworzone przez lokalnego artystę w oparciu o miks wierzeń Kubańczyków i Afrykańczyków. Podziwiamy jego prace malarskie, bogato zdobione fasady budynków, wanny przerobione albo na dzieła sztuki albo na ławki do siedzenia. Nie mamy zdania czy się nam to podoba czy nie ale robi na pewno wrażenie.

Koniec części ze zwiedzaniem na dzisiaj.

Wieczorem ruszamy na kolację, znowu nietypową. Wygrywamy, że znamy takie miejsca. Dom willa zupełnie zwykła, obrośnięta bluszczem, z małym okienkiem, tylko mała tabliczka przy drzwiach zdradza to miejsce, którego szukamy. Drzwi zamknięte. Trzeba zadzwonić. Dzwonimy, otwiera nam kelner ubrany zupełnie normalnie i zaprasza do środka upewniając się, że mamy rezerwację. A tu w oryginalnych domowych wnętrzach stoliki ale tylko kilka. Właściciel schodzi do nas i opowiada piękną historię powstania tego miejsca i jego nazwy. Nas zachwyca tutejsza porcelana, stara, oryginalna, z różnych serwisów, piękne kryształowe kielichy i szklanki, wspaniały wystrój wnętrz z epoki i przede wszystkim bardzo smaczne dania. Siedzimy i siedzimy, zajadamy się kolejnymi potrawami. Na koniec oczywiście najlepszy kubański rum. Az żal stąd wychodzić. Z pewnością warto było tu dzisiaj być.

Robi się późno i nic z naszych planów tanecznych ale w lobby naszego hotelu muzyka na żywo i wcale wieczór się nie kończy…


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: