Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Bhutan 29.03-13.04.2014

Zwiedzanie Guwahati

01-04-2014

Prima Aprilis Śniadanie, najwięcej psikusów robi nam pan od smażenia jajek, zamiast dwóch robi cztery, zamiast sadzonego przygotowuje jajecznicę, itd. Już nas to tylko śmieszy. Jeden z kelnerów zapytany o to jak po hindusku jest Polska bez chwili namysłu odpowiada: CHICKEN. Super, klasa.

No to już najedzone chickeny ruszamy na zwiedzanie Guwahati, długie ono nie będzie, bo miasto skromne w zabytki i atrakcje turystyczne. My wybieramy dwie:  wzgórze ze świątynia, gdzie dzisiaj akurat aż czarno, a bardziej czerwono od ludzi i sklep TATA z herbatą organiczną. Ruszamy do granicy z Bhutanem. To dzisiaj przekraczamy granicę i będziemy w Bhutanie.
Najpierw jednak 100 km do pokonania. Co to dla nas, półtorej godziny i już. Kierowcy są jednak realistami i od razu rozwiewają nasze wątłe marzenia o czasie, informując, że potrzebują minimum trzech godzin na pokonanie tego odcinka. Cóż musimy się dopasować. Po drodze robimy postój na toaletę w zajeździe typowym dla miejscowych kierowców tirów, ciężarówek, itd. Jesteśmy jedyną białą grupą a my jedynymi kobietami. Wszyscy zgodnie podnoszą wzrok znad talerzy ,kiedy wchodzimy. Jeszcze bardziej dziwią się kiedy podejmujemy decyzję o jedzeniu. Ta akurat przychodzi nam spontanicznie, jest 14, jesteśmy głodni a do Bhutanu kawał drogi.
Na szybko wymyślam menu analizując co w karcie. Reszta akceptuje wybór. I po około kwadransie na stół wjeżdża ryż biały, ryż  żółty, warzywa, dal czyli soczewica, nan z masłem, ser paneer masala. Najpierw mieliśmy kilka próśb, takich przyziemnych, by nas posadzić razem na zewnątrz, potem by nam wymyć obrus z ceraty, oddaliśmy szklanki wymieniając je na plastikowe kubeczki, wymyliśmy sobie talerze i sztućce. Ale teraz nie mamy już żadnych oporów: wszyscy zgodnie zajadamy się wybranymi daniami chwaląc ich smak. To był świetny pomysł, jedzenie jest tutaj bardzo smaczne, dobrze doprawione i cena… Płacimy za 12 osób z napojami tyle co wczoraj za jedno thali.
Czas na sjestę w autobusach, bo mamy aż dwa, żeby nam było wygodniej. Docieramy do granicy indyjskiej, która nie wygląda jakoś okazale. Nasz przewodnik zabiera paszporty i znika na chwilę, potem pas ziemi niczyjej i ogrody herbaciane. A przy kolejnym przejściu czeka na nas już nasz opiekun i przewodnik bhutański. Przechodzimy tylko przez bramkę bezpieczeństwa i wracamy do autobusu. Mamy tak dobrze, że nasz przewodnik z paszportami i wnioskami, które sobie wypełnimy zaraz w hotelu wróci na granicę sam i dopełni za nas wszelkich formalności. A my w tym czasie tylko na szybko pijemy kawkę i herbatkę w hotelu, zajmujemy pokoje i czekamy na bagaże. Zaraz potem ruszamy na spacer po miasteczku. Jedyną atrakcją jest dzwonek modlitewny, który jest tuż przy naszym hotelu. Spacerujemy sobie po miasteczku, oglądamy Bhutańczyków a oni nas, robimy zdjęcia i wszyscy zgodnie przyznajemy, że rzadko kiedy zdarza się tak duża i tak bardzo widoczna różnica przy przekroczeniu granicy jak tutaj. Głośne, hałaśliwe Indie, zatłoczone i chaotyczne ustąpiły miejsca cichemu, bardzo przyjaznemu Bhutanowi. Inni ludzie, inne stroje, mniejszy ruch, cisza, spokój, mało samochodów. Inny świat. Z niecierpliwością czekamy na kolejne dni i kolejne atrakcje tego kraju. A przed nami zaraz kolacja.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: