Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mongolia 4-19.09.2017

My u szamana

15-09-2017

15.09.2017

Nie mieliśmy pomysłu na dzisiaj. Wszystkie atrakcje wymienione w ulotce dotyczącej naszego obozowiska a sprawdzone przez nas wczoraj okazały się już nieaktualne. Zatem po bardzo chłodnej nocy na pewno na minusie spotkaliśmy się w restauracji na śniadaniu. Tendencja spadkowa, po wczorajszej królewskiej uczcie pierogowej jedno małe sadzone jajeczko na spodeczku wyglądało dzisiaj nader śmiesznie. Ale kiedy wzmocniliśmy i podsycyliśmy śniadanie naszymi resztkami zapasów okazało się, że jesteśmy dość najedzeni. 

Naszemu przewodnikowi udało się potwierdzić konie, jest nas siódemka i o 11:00 ruszamy w teren. Przedtem część z nas wybiera się na spacer. Ja z Asiunią maszerujemy aż na koniec cypla wychodzącego w jezioro. Zapowiedzi słońca się sprawdziły, niebo błękitne, toń wody idealnie gładka, przepiękny widok jak okiem sięgnąć. Sesja zdjęciowa w pełni.

Kiedy wracamy do obozu konie już przed płotem.  Mamy także dwóch opiekunów, każdy z nich w tradycyjnym stroju mongolskim i pięknej czapce. Zaskakuje nas profesjonalne przygotowanie sprzętu, każdy z nas dostaje parę czapsów z delikatnej skórki i toczek. Tak wystrojeni szykujemy się do przejażdżki. Mamy grupę początkujących i zaawansowanych ale zgodnie decydujemy się na wspólną przejażdżkę po okolicznych ścieżkach.

Na początku Michał i Gosia, potem Ula z przewodnikiem, a my zmieniamy się naprzemiennie. Pierwszy odcinek trasy wiedzie nad jeziorem, potem zbaczamy wydeptaną już przez konie ścieżką do lasu. Droga zaczyna się piąć coraz wyżej i wyżej. Jedziemy sobie pomiędzy modrzewiami, las staje się coraz gęstszy. Co jakiś czas w przecince pojawia się spektakularny widok na jezioro. A te w słońcu zupełnie nie przypomina zwykłego jeziora, bardziej podobne jest do morza albo oceanu mieniąc się kolarami błękitu i zieleni.

Wszyscy jesteśmy zgodni, że to świetny pomysł. Na samym szczycie wzgórza zsiadamy z koni i robimy sobie sesję zdjęciową z widokiem na jezioro Chubsugulskie. Wspaniałe widoki, przestrzeń, konie. Zachwyt wokół nas.

Strome zejście w stronę wody pokonujemy pieszo, sprowadzamy konie. Na plaży kolejny przystanek na zdjęcia, nasi opiekunowie dokładnie znają każdy kąt i wiedzą  dokładnie gdzie należy skręcić, gdzie wejść na kamienie a gdzie z nich zejść. Udaje się nawet trochę przyspieszyć a dwa konie nawet galopują.

Na sam koniec wycieczki Wacek wraca się po okulary, które zapewne zgubił gdzieś po drodze. My kontynuujemy spacer i docieramy po dwóch godzinach na miejsce.

I tak z nijakiego przedpołudnia zrobił się wspaniały dzień, pełni wrażeń przeglądamy zrobione zdjęcia i nakręcone filmiki. Zaraz obiad.

Bez szału i wielkiego zachwytu, ale zawsze coś ciepłego. Na płocie przed wejściem do restauracji kolejna susząca się jeszcze świeża skóra z kozy. Jesteśmy już przyzwyczajeni i do widoku i do zapachu. Ale i dzisiaj jest niespodzianka kulinarna, Asia i Marylka, które nie pojechały na koniach do lasu wyczarowały w tutejszych warunkach wspaniałe ciasto drożdżowe z jagodami i kruszonką. Jak to zrobiły wiedzą tylko one.

W kuchni pachnie ciastem, a my nie możemy się nim nasycić, zjadamy wszystkie okruszki. Nasi kierowcy i przewodnik kiwają po raz kolejny z uznaniem dla naszej kuchni i oczywiście naszych talentów.

Prawie płynnie kolejna zbiórka, tym razem łódką wyprawa po jeziorze na wyspę spełnionych marzeń. Wyspa okazuje się wprawdzie półwyspem, a wycieczka tylko przejażdżką ale i tak warto było. Jezioro prezentuje się niesamowicie od każdej strony.

Zatem po zejściu na ląd przechodzimy na plażę i wspinamy się na klif.

Po powrocie wszyscy ofiarnie spacerujemy trasą naszej konnej przejażdżki w poszukiwaniu okularów Wacka, niestety bez efektu.

Ale nadzieja jest w szamanie. Wybieramy się w 10 do wsi na spotkanie z szamanem. Nasz przewodnik, który jest szamanistą bardzo nas uczula na okoliczności, zapowiadając niestworzone rzeczy, ale prosząc, by nikt z nas się nie śmiał, nie robił zdjęć z fleszem, to nie będzie żadne show tylko prawdziwy rytuał.

Oczywiście ciekawi tego jak to będzie przyjmujemy do wiadomości wszystkie warunki, które oczywiście zamierzamy spełnić.

Przy wyjeździe z obozowiska na motorze czeka na nas przewodnik lokalny, który ma nas dowieźć do szamana. Po kilku kilometrach motor staje, bo zabrakło benzyny. Zabieramy chłopaka ze sobą.

My jako auto numer 1 zostajemy na chwilę w sklepie by kupić dla szamana mleko, alkohol, papierosy i cukierki. Niezły zestaw ale nikt nie komentuje jedziemy dalej. Przed jurtą już czeka nasza grupa, wchodzimy zajmujemy miejsca na rozstawionych łózkach. Jesteśmy mocno zawiedzeni, kiedy okazuje się, to to ten sam chłopak który dopiero co był przewodnikiem, teraz ma być szamanem. Jego żona, a potem okazuje się, że może jednak siostra, przebiera go w buty ze skóry, specjalny strój z piórami, ozdobami i dredami. Nakłada na głowę czapkę i pióropusz. Do ręki podaje bęben i uchyla wieko kozy by wydobyć trochę popiołu. Szaman nagle zaczyna tańczyć, skakać, krzyczeć, w ten sposób przywołuje duchy i wciela się w postać jednego z nich.

Cóż, kąciki ust nam lekko podrygują, ale nie wypada się nam śmiać pełną gębą.

Wreszcie jest czas na pytania i odpowiedzi, na pierwszy ogień idzie nasz przewodnik lokalny, który chce dowiedzieć się czy i kiedy znajdzie żonę. Tłumaczy nam co chce i jak chce z bełkotu w starym mongolskim. Cały rytuał wróżenia trwa kilka minut. Potem na dywanik do szamana idzie Krysia, wypytuje o swoją córkę. Kiedy czeka w napięciu na odpowiedź, a my razem z nią, szaman odpala kolejne papierosy, które ciągnie przez fifkę - załamuje się i zapada łóżko  na którym siedzimy. To już przerasta naszą wstrzemięźliwość i wybuchamy śmiechem. Nawet nasz przewodnik nie kryje uśmiechu, tylko szaman nadal pomrukuje i szuka odpowiedzi na zadane pytanie. Po Krysi szaman sam wybiera sobie Ulę, potem Michała i znowu Gosię i Michała.

Przepowiada, ostrzega, opowie, wróży. Część z wróżb jest dość łatwa do spełnienia.

Atmosfera w jurcie się zagęszcza, jest parno i nie mamy już czym oddychać kiedy szaman odpala kolejnego już papierosa. Po wcieleniu się w mędrca teraz przeszedł w ciało kobiety i śpiewa nam piosenkę. Na sam koniec powraca do swojego wizerunku i w swoje ciało. Nie wiemy co o tym wszystkim myśleć, dyskutujemy trochę w drodze do obozu i przy kolacji.

Są tacy co wierzą i tacy, którzy zupełnie nie wierzą. Czas rozstrzygnie kto z nas miał rację. Na kolację dzisiaj po raz pierwszy i pewnie ostatni ryba i to z lokalnego jeziora. Szału smakowego nie ma, ale zawsze to chociaż minimalne urozmaicenie naszej diety w Mongolii.

Na sam koniec dnia spotykamy się w jurcie Asi i Maćka. I tak oto z zupełnie  nudnego dnia zrobił się arcyciekawy dzień nad jeziorem.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: