Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mongolia 4-19.09.2017

Piękne zakończenie w jurtach

17-09-2017

17.09.2017

Śniadanie, brakuje nam kierowców i przewodnika. Trochę spóźnieni pojawiają się w restauracji. Dzisiaj szaleństwo bo poza ryżem na mleku mamy jeszcze po dwa jajka na głowę, oczywiście wybór był pomiędzy ryżem albo jajkami, nie razem. Na naszej trasie obserwujemy dziwne zjawiska powiększania się lub zmniejszania grup jedzących lub niejedzących np. mięsa, ryża na mleku, codziennie inaczej. Póki co do miski z ryżem zgłosiło się już tylko 2 osoby.

Pakujemy rzeczy pasąc wzrok widokiem na dolinę wyżółconą kolorami liści. Cudo. Wczoraj podczas krótkiego spaceru Maciek i Mirek znaleźli w drzewach nawet koźlarze i podgrzybki, ale mamy już zakaz znoszenia ich do obozu. Sos grzybowy był raz i wystarczy.

Ruszamy dalej, przed nami ostatnia noc w jurtach i pożegnanie z Mongolią. Długa droga szczęśliwie w większości wiedzie asfaltem, mija nam szybko, choć trwa długo. Docieramy na miejsce na lunch. Jesteśmy wyjątkowo zdyscyplinowaną grupą, znamy też już stały scenariusz. Lunch, rozpakowanie bagaży, zwiedzanie.

Jurty bardzo urocze a okolica na tyle cudna, że szybko podczas mini wywiadu wieczorem dotyczącego najpiękniejszych miejsc na trasie staje się dla wielu numerem 1. Cudne słońce, konie za płotem, wspaniałe góry w oddali, szeroki widok upstrzony żółtym brzozami i modrzewiami, białe puchate chmurki, które rzucają cień na dolinę, pojedyncze dostojne białe jurty to tu to tam. Idziemy spacerkiem do klasztoru.

Mongolia nie może poszczycić się zbyt wieloma zabytkami, ale jak już się dotrze do kolejnej atrakcji są powody by wzdychać z zadowoleniem. Ten klasztor zresztą najlepiej zachowany w Mongolii słusznie został wybrany na zwieńczenie naszej trasy. Architektura chińska, piękne wykończenia ceramiczne. Wspaniałe przejścia, zabytki w gablotach. A punktem kulminacyjnym są akurat w trakcie naszej wizyty obchody lokalnych obrzędów. W największej świątyni napotykamy grupę mnichów, trochę gapiów, pośród których są turyści i miejscowi. Za dwa dni klasztor szykuje się do obchodów wielkiego święta z procesją w kostiumach i modłami o pomyślność na kolejne cztery lata. Wszystkiego dowiedzieliśmy się od pani mieszkającej razem z nami w obozie. Ona już czeka na to święto zajmując sobie miejsce noclegowe, z którym potem podobno krucho. Nie do końca wiemy czy to na co patrzymy to zwykłe obrządki mnisie czy próba generalna do święta. Jednak uroczystość jest bardzo efektowna, choć dość monotonna. Na środku świątyni tańczy mężczyzna w tradycyjnym bardzo bogatym i zapewne straszliwie ciężkim kostiumie. Po bokach siedzą mnisi, niektórzy w charakterystycznych żółtych czapkach. Po chwili uważnego przyglądania się im widzimy jak rozmawiają przez telefon, sami nagrywają przedstawienie, podjadają nawet jakieś przekąski, stąd nasz pomysł na to, że to jednak próba a nie codzienne modły. Kulminacją przedstawienia jest zapewne walka ze złem utożsamianym przez rozłożonego na dywanie tygrysa. W miejscu jego serca stoi mały drewniany trójkąt z drewna przykryty czarną szmatką. Mimo wielkiego zapału i dobrych chęci nie doczekaliśmy się końca, bo mężczyzna w kostiumie co się zbliżał do tygrysa to jednak się oddalał i tak stale. Poszliśmy zatem zwiedzać klasztor za świątynią.

Przepiękne słońce, świetne światło do zdjęć, nie trzeba nas było namawiać na spacer do stupy z okiem Buddy na wzgórzu, a tutaj pod rozciągniętymi chorągiewkami trzepoczącymi na wietrze wspaniała panorama na całą okolicę…

Po powrocie do jurty zasiedliśmy do kolacji. Trochę jak ostatnia wieczerza. Jesteśmy jedynymi gośćmi obozu poza panią z Mongolii, która zresztą z czystej sympatii chciała nas porwać w rytmach melodii z lat 80 na dyskotekę użyczając nawet swojego telefonu wzmocnionego głośnikiem. Na pląsy się nie zdecydowaliśmy ale za to przed nami bardzo smaczna kolacja z naszymi kierowcami. Przewodnik jest idealnym pomostem i dzielnie tłumaczy wszystko co mówimy oni i odpowiadają oni. Zaprzyjaźniliśmy się miedzy sobą choć językowo jest to znajomość bardzo ograniczona.

Zgodnie stwierdzamy, że wyprawa powinna się dopiero teraz zaczynać a nie kończyć.

Monika, która opracowała temat kuchni mongolskiej na sam koniec opowiada o znanych nam nawet za dobrze przysmakach mongolskich. Ma też kolorowe zdjęcia i ilustracje. Panowie angażują się w opowieść słysząc znane sobie nazwy tradycyjnych dań.  Śmiechu co niemiara.

Na sam koniec oglądamy filmik ”Operacja koza”, który jeszcze w samochodzie zmontował Michał. Pokazujemy go kierowcom, którzy są bardzo dumni widząc siebie w roli głównych bohaterów gotowania kozy. Śmieją się, chcą dostać kopię, jest super.

Do północy gramy w karty, popijamy resztki wódki Chinghishana. Dobranoc.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: