Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mongolia 4-19.09.2017

Wreszcie bezkres stepów

06-09-2017

Na 7 zaplanowaliśmy pobudkę, potem wspólne śniadanie i około 8 wyjazd. Krzątamy się w kuchni, gotujemy jaja, mamy własne pomidorki i dobrą herbatę oraz kawę. Z niecierpliwością czekamy na Asię i Maćka, którzy dolatują dzisiaj a równie mocno na bagaże, które nie doleciały z nami wczoraj. Mamy nadzieję, że dzisiaj już wszyscy będziemy mieli nasze torby. Jest sms potwierdzający komplet dobrych wieści.

Jeszcze wspólne śniadanie, ostatnia herbata i kawa.

Przed bramą czekają na nas już 4 jeepy. Prezentacja aut i kierowców, sadowimy się wygodnie i ruszamy za miasto.

Niespodzianka numer 1: korek gigant w mieście, wprawdzie stolica jest jedynym tak wielkim miastem kraju, to z 1,5 milionową populacją musi pomieścić jeszcze około 400 000 aut… co powoduje, że wszystko stoi.

Niespodzianka numer 2: na wylocie z miasta zatrzymujemy się w supermarkecie by zrobić zakupy na drogę, mimo, że mamy wszystko to zawsze znajdzie się miejsce na ciasteczka, owoce, colę, wino, jesteśmy zaskoczeni bardzo tym, że w sklepie można nabyć absolutne wszystko. Niejeden z nas stwierdził, że wybór lepszy niż w Polsce.

Niespodzianka 3:  asfalt, mieliśmy wrażenie, że zaraz za rogatkami miasta wpadniemy na szutry i offroady a tu piękna asfaltowa droga i to jeszcze całkiem prosta.

Tych niespodzianek dzisiaj było więcej więc przestaję je numerować i zaczynam wyliczać ciurkiem.

Na wylocie z miasta szybka kontrola policyjna sprawdzająca trzeźwość wszystkich kierowców. Po prawej i lewej stronie już puste przestrzenie, gdzieniegdzie pojedyncze białe jurty, i wielkie stada owiec, kóz, krów i koni. Te wyglądają najpiękniej. Wygrywa stado, które pławi się w wodzie tuż przy samej drodze. Naszej uwadze nie umknęły dwa wielkie stada wielbłądów, wprawdzie troszkę dalej od drogi, ale to widać tutaj normalka, bo przewodnik nawet nie zwrócił na nie naszej uwagi. Za to jako ciekawostkę, jak lis wybiegł nam spod kół krzyczał jak poparzony taka to tutaj sensacja niby dla nas w jego oczach.

Asfalt biegnie sobie, pnie się i opada, wywija serpentyny, zakręca szerokimi kokardami. Trasa piękna, robimy kilka postojów, mamy po drodze miejsca pochówków, kamienne piramidy, stelle.

Nagle co ważne bez żadnego znaku i żadnego drogowskazu skręcamy i przed nami ostatni odcinek drogi offroad. Kierowcy pokazują klasę i wywijają na trasie sprawnie i umiejętnie omijając największe dziury oraz nierówności. Dopiero teraz widać popis ich umiejętności.  

Po zupełnie płaskim terenie pojawiają się na horyzoncie skały i skałki, przepięknie to wygląda, a że cały czas mamy farta z pogodą i naprawdę idealnie błękitne niebo to kompozycja idealna.

Docieramy do campu gdzie jedna obok drugiej stoją sobie jurty. Tu kolejna niespodzianka, to przepiękne miejsce pośrodku niczego z widokiem po sam horyzont. Widać, że tu o gościa się po prostu dba. Na powitanie wychodzi nam personel, pomagają nam ułożyć nasze walizy na wózku, potem ciągną przed jurty. Wewnątrz łóżka, koza do ogrzewania, choć niepotrzebna bo wcale nie jest dzisiaj tak zimo, póki co zobaczymy jak będzie nocą.

Teraz tylko zostawiamy bagaże w jurtach i pędem na lunch, jesteśmy już bardzo głodni. Zupka brokułowa ku naszemu zaskoczeniu, na drugie wołowinka z ziemniakami i warzywa. Smaczne i pożywne jedzenie, a jeszcze karmelowe cukierki na deser.

I znowu wskakujemy do aut i ruszamy na zwiedzanie. Niedaleko nas mamy źródło uzdrawiająca oczy wodą, potem świątynia. Nie możemy się nadziwić po co komuś profesjonalne boisko do gry w koszykówkę na odludziu. Nie wszystko musimy zrozumieć tak od razu.

Kiedy wracamy wstaje księżyc, nie mogę tego inaczej nazwać, dopiero co żegnaliśmy zachodzące po jednej stronie słońce, a teraz niczym wypchnięty przez słońce od dołu wysuwa się księżyc. Wielki, piękny, lekko różowy, jak nigdzie dotąd.

Pełnia tuż tuż.

W obozowisku czekają na nas z kolacją, zamówiliśmy sobie pierożki z mięsem i opcję z warzywami też się udało przeforsować. Potem mamy jeszcze imieniny Beaty i poważne Polaków rozmowy dzisiaj warunki luksusowe, ciepła woda, toalety, prąd przez całą noc. Zobaczymy jak będzie jutro…

Nadal nie rozumiemy nic po mongolsku, Beata prowadziła dzisiaj odpytywankę z języka ojczystego naszego przewodnika,  sama miała fonetyczny zbiór zapisanych wyrazów z Internetu, jak się okazało miały znaczyć zupełnie coś innego a i wymową znacznie się różniły. Nie poddajemy się będziemy ćwiczyć dalej.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: