Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wakacje w Kostaryce 21.06-8.07.2018

Rafting i nocleg w Cahuita z rodziną kapucynek

23-06-2018

Gorączka na Dzień Ojca

Niespokojna noc za nami. Olek chory, gorączkował i to mocno, ponad 40 stopni. Na szczęście dobrze wyposażona apteczka podróżna i udało się nam dość szybko zbić temperaturę. Jednak rankiem powtórka, stąd decyzja o podaniu antybiotyku.

Dzisiaj Dzień Taty, wprawdzie nie wszędzie obchodzony jest 23.06, my jednak zostajemy wierni naszej polskiej tradycji. Sto lat, książka w prezencie i rafting, ale to za chwilę. Na zewnątrz pada, a szkoda, bo miejsce z wielkim klimatem. Za oknem kusi basen i jacuzzi. Po drugiej stronie z wielkiego okna w lobby widać imponującą aleję palmową, tu stoi także stół bilardowy i piłkarzy ki. Przewiewne wnętrza i bardzo smaczne śniadanie, także tutaj nie ma zbyt wielkiego ruchu dlatego dostajemy kartę dań śniadaniowych do wyboru.

Rafting na rzece Pacuare

Dzieciaki na słodko, my jajka, startujemy w nowy dzień. Przed Basią i Maćkiem rafting. Przed wieloma laty na rzece Pacuare mieliśmy fenomenalny rafting przede wszystkim widokowy. Chciałam bardzo powtórzyć go i tym razem bo zapamiętałam go jako wyjątkowo urokliwy i przyjemny. Niestety minimalny wiek to 7 lat, czyli nigdzie nie udało się nam upchnąć w komplecie z Olkiem. Wybieram trochę inną rzekę i inną trasę, na miejscu okazuje się jednak, że odcinek Pacuare idealnie nadaje się na spływ razem z Basią. O umówionej porze przyjeżdża po nich przewodnik i kierowca, tym samym mi i Olkowi zostaje nasze wypożyczone auto i być może inne plany w tym samym czasie. Chłopaki z firmy raftingowej pojawiają się nawet przed czasem. Co warte podkreślenia, jeden z nich okazuje się osobą niepełnosprawną bez jednej nogi a świetnie radzi sobie w biznesie raftingowym, jest pełen energii, mocy i uśmiechnięty. Nie sprawdza się jego osobista prognoza pogody wieszcząca deszcz i chmury a nawet chłód na resztę dnia. Jak tylko auto znika za zakrętem niebo staje się niebieskie i wychodzi słońce. U nas oczywiście podobnie, mimo choroby Olka nie ma mowy byśmy darowali sobie basen, o tej porze mamy go tylko dla siebie. Check out z hotelu i to zasadniczo dotyczy większości hoteli na Kostaryce dosyć późno bo o 12:00, co jest nam dzisiaj wyjątkowo na rękę. Zanim jednak wskoczymy w stroje zahaczamy o bilard, Olek sięga brodą już lekko ponad stół czyli mamy równe szanse.

W poszukiwaniu najlepszych ujęć

W basenie super przyjemnie, niestety koło południa kolejny napad gorączki. Musimy uzbroić się w cierpliwość zanim antybiotyk zacznie działać. Póki co leki przeciwgorączkowe skutecznie zbijają gorączkę i za chwilę ruszamy. O 14 jesteśmy umówieni w biurze turystycznym po odbiór Basi i Macieja po raftingu. Po drodze podziwiamy kostarykańską wieś, spory ruch dzisiaj znowu, ale nic już nie przypomina horroru z San Jose. Jest o niebo lepiej. Docieramy na miejsce przed czasem ale akurat na tyle wcześnie by Olek mógł sobie podrzemać w aucie a ja zmieniam obiektyw na duży i buszuję w tutejszych krzakach w poszukiwaniu jaszczurek, żabek, ptaszków. Z sukcesem, fotografowanie ich z ręki nie jest bardzo łatwe ale kilka zdjęć z dziesiątek się udaje.

Wreszcie kilka minut po 14 zjeżdżają raftingowcy, Basia umęczona ale zadowolona. Organizacja nie zawiodła, rzeka też nie.

Biesiada z malowanym kogutem

Teraz głodni jak wilki zajadamy się malowanym kogutem i mięskiem z kurczaka. My dosiadamy się do stołu i biesiadujemy wraz z nimi. Jedzenie bardzo smaczne, dopiero teraz zjeżdżają się inni wycieczkowicze głównie młodzież z USA. Oni byli na dłuższej trasie po Pacuare, są i tacy, którzy rozbijają teraz nad rzeką swoje namioty i szykują się do gotowania kolacji nad ogniskiem, bo wybrali opcję spływu dwudniowego. Nam akurat wystarcza opcja krótka i jedziemy dalej na północ na wybrzeże karaibskie w kierunku Limon. Po drodze coraz więcej ciężarówek, wielkich kontenerów i co jakiś czas pojawia się logo albo Chiquita albo Dole, to potentaci jeśli chodzi o banany i ananasy. Dobrze nam znane marki tu mają swoje magazyny. Ciężko nam przepchać się w kierunku Limon, droga bardzo zatłoczona. Pogoda na przemian funduje raz słońce raz deszcz. W samym Limon zatrzymujemy się w poszukiwaniu lodów, po drodze gramy we wszystkie nam znane gry samochodowe: skojarzenia, przeciwieństwa, kolory, państwa i miasta.

Tajemnica naszej gospodyni

Nocujemy dzisiaj w Cahuita, tuż przy wejściu do Parku Narodowego. Właścicielka jak się okazuje zaledwie 4 pokoi jest Szwedką z francuskim paszportem Erica. Mieszka tu na stałe z kotem na smyczy. Tego oczywiście nam nie mówi sama z siebie, ale szybko odkrywamy jej tajemnice. Za rodzinę obrała sobie całkiem pokaźne stado kapucynek, które rzeczywiście leżakują nad jej domkiem, a codziennie rano i wieczorem robią wielki zamęt i mnóstwo rabanu biegając po dachach naszych pokoi.

Dzieciaki się cieszą bo mamy tutaj łóżka z moskitierami. Zawsze to jakoś bardziej egzotycznie.

Kolacja u Włocha

Na kolację wybieramy się do miasteczka, Erica pokazała nam na mapie swoje ulubione miejsce, brzmi dumnie, menu wygląda imponująco i bardzo włosko. Nie mamy problemu by tam trafić, we wsi są aż trzy ulice i kilka lokali serwujących ciepłe dania. U Włocha okazuje się być nie tylko smacznie ale i bardzo klimatycznie, Tico młody lokales pobierał nauki w Italii a teraz prowadzi swoją własną knajpkę. Klimatyczne miejsce choć wcale na takie się nie zapowiadało. Wracamy dość późno jak na Kostarykę, tu w ogóle dzień kończy się wraz z zachodem słońca czyli w porywach około 20 za to startuje bardzo wcześnie bo już od 5:30 słychać i to nie tylko koguty i biegające po dachu kapucynki. Są już pierwsze kolibry, psy i iguany szukające złaknione pierwszych promieni słońca.

Mieszkamy nad samym morzem, wielkie fale walą o brzeg. Zima ale jaka przyjemna. 

 


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: