Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 8-22.02.2008

Park Krugera, San Lucia

17-02-2008

Wyruszamy tuż po śniadaniu, w Parku Krugera zanosi się dzisiaj na bardzo upalny i słoneczny dzień. My musimy dotrzeć bardziej na południe kraju do Parku Hluhlawe, tymczasem kierujemy się do granicy najmniejszego Królestwa w Afryce - Swazilandu. Na granicy najpierw pożegnanie z RPA, pieczątka, potem wjazd do Swazilandu i znowu pieczątka. Korzystamy z toalety i opowiadając sobie o Swazilandzie mkniemy autostradą przed siebie. W autobusie zamiast spać albo marudzić na długość przejazdu same śmiechy i wygłupy. Obserwujemy życie przy drodze, lokalne chatki, ludzi, dzieciaki wracające ze szkoły. Droga mija nam nadzwyczaj szybko. Nie obejrzeliśmy się a dotarliśmy do kolejnej granicy, gdzie całą procedurę musimy powtórzyć ale w odwrotną stronę, to znaczy najpierw pieczątka wyjazdowa ze Swazilandu, a potem jeszcze jedna wjazdowa do RPA. Wacek po opowieściach o tutejszym królu zgłosił swoją kandydaturę na następcę. Radośni, że jesteśmy znowu w cywilizowanym kraju, rozsiadamy się wygodnie w fotelach busa, wiedząc, że przed nami ostatnie kilometry. Chyba pogadanka o lwach i ich zwyczajach wywołała głód. Marek a w ślad za Nim kolejni wołają jeść. Na szczęście nadzwyczaj szybko udaje się nam dotrzeć do hotelu i zakwaterować. Nie spodziewaliśmy się, że przed 16.00 będziemy na miejscu. Artur jak zwykle spisał się na medal. Nieprzyzwoita pora, by ogłosić czas wolny na wycieczce objazdowej. Wpadam na pomysł, żeby spontanicznie zorganizować safari o zachodzie słońca. Chętnych nie brakuje i o 17.00 w składzie: Tereska, Kasia, Małgosia, Ania, Marek, Władek, Wacek i ja ruszamy w trasę. To nasze pierwsze spotkanie z Parkiem Hluhlawe, tym razem wieść nas będzie po nim biały ranger Brad. Słońce pięknie oświetla cudowne krajobrazy parku. Jeszcze przy bramie rozbawia nas do łez rodzinka guźców podczas jedzenia. Maluchy klęcząc podskubują trawę. Wjeżdżamy dalej, mamy pierwsze antylopy. Dojeżdżamy do skąpanej w pomarańczowym słońcu polanki i wreszcie to, na co czekaliśmy i czego nam brakowało w Wielkiej Piątce - nosorożce. Park Hluhluwe słynie z tych zwierząt, zarówno odmiany białej jak i czarnej. My widzimy na wyciągnięcie ręki trzy dorodne nosorożce białe w towarzystwie żyraf. Piękny motyw do zdjęć. Wreszcie po setkach ujęć ruszamy przed siebie. Na trasie będą jeszcze bawoły, słonie, antylopy. Widzimy także zebry. Przed opuszczeniem parku jedziemy łeb w łeb z żyrafami, które prawie odprowadzają nas do wyjścia. Robi się ciemno. I kiedy gotowi na pożegnanie z parkiem chowamy nasze aparaty i kamery, nagle ukazuje się nam sylwetka jakiegoś zwierzęcia. Nie wiemy co to takiego. Zbliża się do nas w dużym tempie, wreszcie nasz przewodnik szepce: hiena. Dwie, trzy cztery... Nie bardzo wiemy o co chodzi i jaki to spektakl rodzinny rozgrywa się na naszych oczach. Obserwujemy tę scenkę z podziwem, słychać dziwne pomrukiwania, śmiech, kwilenie. Wreszcie udaje się nam ustalić wersję: dwa maluchy próbowały namówić swoją Mamę do ustawienia się tak, aby mogły possać mleka. Mama jednak była niechętna i bardzo niezadowlona, a całemu temu wydarzeniu towarzyszył dumny tata. Kiedy postanawiamy ruszać, nasz ranger nie może uruchomić silnika. I powiało grozą. A hieny tuż przy nas, ciekawskie podeszły pod samo auto przyglądając się nam spode łba. Ania i Kasia ze strachem śledzą każdy ruch zwierząt, kiedy Brad wysiada, by wyjąć z bagażnika zapasowy akumulator. Wstrzymujemy oddech. Ale cała historia kończy się szczęśliwie, i w komplecie opuszczamy park. To chyba jak dotąd jedno z najpiękniejszych safari w godzinie simby. Kolacja przy świecach i południowafrykańskim winie. A po kolacji szaleństwo zakupów w hotelowym sklepiku i impreza u Aniołów. Najpierw była planowana w pokoju ale przeniosła się na basen. O reszcie cicho sza...

Lenistwo od rana, wstajemy późno, by po śniadaniu dopiero o 9.00 ponownie wybrać się do parku na safari, tym razem w ciągu dnia. Znowu dopisuje nam pogoda, bo nie ma prażącego słońca. Dzielimy się już zwyczajowo na dwa autka i ruszamy. Oto nasze zdobycze: słoń, nosorożce, antylopy nyali, gnu, koby śniade, zebry, żyrafy, guźce, orzeł, zimorodki, bawoły. Władek nawet wypatrzył węża. I znowy setki zdjęć. Dochodzimy do perfekcji. Robią się nawet specjalizacje wśród nas, są tacy, którzy robią tylko zbliżenia, inni portrety, jeszcze inni widoczki ze zwierzakami, a zapytajcie Grażynę jaką Ona sobie wybrała specjalizację. Pewna część u zwierząt... (mam w grupie dwójkę Nastolatków więc domysły pozostawiam Wam).

Popołudniem przejeżdżamy zaledwie 80 kilometrów by dotrzeć na kolejny nocleg tym razem w San Lucia. Tu o zachodzie słońca wybierzemy się na rejs po rozlewiskach wokół, by obserwować zadomowione tu hipopotamy (ponad 800) i krokodyle nilowe, a na kolację ryby i owoce morza. Póki co ja pracuję, a w lodży błogie lenistwo nad basenem. Niestety zdjęcia są tak duże i tak ich wiele, że serwery nie nadążają z ich przesyłaniem. Nie poddaję się i będę szukać lepszej przepustowości.

Wybieramy się na przejażdżkę stateczkiem po rozlewiskach San Lucia. Najpierw naszym celem stają się krokodyle. Nasz sprawny skiper wypatruje ich kilkanaście sztuk jednego po drugim. Opowiada nam o wydmach, mangrowcach, poszczególnych gatunkach ptaków. Wśród wielu rozpoznajemy czarnego bociana. Wreszcie z daleka Władek wypatruje hipopotama. My z daleka rozpoznajemy tylko fragment jego grzbietu, który widoczny jest ponad powierzchnią wody. Podpływamy bliżej. Zwierz wynurza się łypiąc na nas swymi wielkimi oczami, by po chwili znowu w całości zanurzyć się w wodzie. Przy brzegu obserwujemy całą bardzo liczną gromadę hipopotamów, która wygrzewa się w półcieniu. Po dwóch godzinach wracamy na krótką chwilę do hotelu i wybieramy się na kolację.

Na dziś zapowiedziano owoce morza i ryby. Krzywi się tylko Ania, która nie jada nic co z wody. Dla Niej zamawiamy kurczaka. Teresa i Władek rezygnują z „robaczków” i zostają przy sporej porcji ryby. A my zasiadamy do iście królewskiej uczty. Na przystawkę małże w sosie czosnkowym lub smażony ser grecki. Na danie główne większość z nas zamówiła plater pirata, na który składało się 12 krewetek książęcych, kałamarnice, stek z kałamarnicy, małże w sosie czosnkowym. Pychota. Wacek zjadł nie tylko swoje i swojej Gosi, ale poobjadał talerze najbliższych sąsiadów z prawa i lewa. Na „robaczkach” nie skończyliśmy, po nich przyszedł czas na deser i pudding z toffi lub ciastko greckie. Kulaliśmy się wszyscy do hotelu. Mimo przejedzenia część z nas skusiła się na kąpiel w basenie pod rozgwieżdżonym niebem. Ja przetarłam szlak, za mną byli Gosia i Oskar, potem Marek a na sam koniec dołączyła do nas Grażyna. Bosko!

Na niebie Krzyż Południa, pod stopami Czarny Ląd.

O zachodzie słońca wyspa San Lucia jest cudna,

Laguna – krokodyle – hipopotamów rząd!

Na kolację owoce morza, Wacław zjadł dwa kilogramy.

- lampka wina, koncert cykad, kwiatów woń,

Aż żal wyjeżdżać stąd.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: