Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie 14-30.10.2008

Agra

23-10-2008

Wstajemy wcześnie, opuszczamy Park i udajemy się w stronę Agry. Najpierw droga wiedzie przez bardzo dla nas egzotyczne wioski. Korzystając z czasu w autobusie oraz naprawionego mikrofonu opowiadamy o kastach, rolnictwie, kuchni. Wreszcie po wyboistej drodze docieramy do całkiem szerokiej autostrady pomiędzy Jaipurem a Agrą. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów, nagły skręt i jadąc pod prąd wjeżdżamy pod restaurację. Zgodnie z tradycją dzisiaj także mamy wśród nas „niby”Solenizanta. Zabawę w świętowanie podłapał nasz lokalny przewodnik i to On dzisiaj stawiał whisky. Balansowanie z butelką w czasie jazdy to nie lada wyczyn. Teraz pora na rozprostowanie nóg i przerwę w podróży. Korzystamy z kolejnej okazji do zrobienia zakupów. Część z nas kusi na się na przysmaki kuchni indyjskiej. Stajemy się koneserami, potrafimy już rozpoznać i prawie samodzielnie zamówić kilka podstawowych potraw. Smaki są na tyle charakterystyczne, że odróżniamy nawet skład sosów. Krótka sjesta i dojeżdżamy do Fatehpur Sikri –miasta widma. Najpierw meczet potem samo miasto, wybudowane tu przez Akbara, który w ten sposób stworzył miasto, które egzystowało w tym miejscu jedynie przez kilkanaście lat, a potem z braku wody zostało całkowicie opustoszałe.
Już przy autobusie dopada nas cała zgraja dzieciaków, żebrzących Hindusów, kalek i nagabujących sprzedawców. Słonie, bransoletki, koraliki, szachy, mozaiki i wiele innych rzeczy można kupić za bezcen…Mamy dość zaledwie po kilku minutach. Atmosfera dość uciążliwa. Mkniemy jak szybko się da na teren meczetu, ten niestety nie wyeliminował naszych prześladowców, tu wejść mogą wszyscy, w tym także handlujący wszystkim duzi i mali. Skrywamy się po kątach i dość szybko przenosimy się na dalsze zwiedzanie. Nic się nie zmieniło nadal wzbudzamy sensację. Wszyscy chętnie nas fotografują, najczęściej pod pozorem zrobienia sobie zdjęcia łapią nas w swój obiektyw. Szanse są takie same, my z wymierzonymi lufami celujemy w tubylców, a oni to samo robią z nami. Samo miasto zwiedza się już dużo przyjemniej. Przede wszystkim w popołudniowym słońcu czerwone mury nabrały bardzo efektowanego koloru, a większość grup wycieczkowych zwiedzała ten obiekt przed nami. Jesteśmy jedną z nielicznych grup, która dotarła tu popołudniem. Czas na ostatnie kilometry i dojeżdżamy do Agry.
Sam wjazd do miasta zapiera nam dech w piersiach. Stoimy na przejeździe kolejowym czekając, aż szlaban zostanie otwarty. Za oknami autobusu rozgrywa się spektakl przekraczający nasze wyobrażenia. Zamiast dwóch kolejek tworzy się ich niezliczona ilość. Każdy upycha się gdzie tylko znajdzie troszkę wolnego miejsca. Pomiędzy autami, rikszami, motorami, traktorami, wozami przechadzają się krowy. Na poboczu mnóstwo pieszych. Mimo zamkniętego szlabanu wiele osób, w tym mamy z małymi dziećmi, motorzyści przechodzą po torach na drugą stronę. Istne piekło. Nagle pociąg nadjeżdża, gwiżdże, świszcze już z daleka. Szlaban idzie w górę, ale nasza kolejka ani drgnie. Auta z naprzeciwka jadą już powoli sznurem, a my nic. Okazuje się, że jeden z kierowców ciężarówki stojącej na pasie przed nami znużony długim oczekiwaniem zostawił auto na drodze i poszedł coś zjeść do pobliskiej garkuchni…
Dalej wcale nie jest lepiej. Z ogromnym zaciekawieniem ale i przerażeniem śledzimy to co rozgrywa się za oknami autobusu. Przed nami stare miasto w Agrze. Na poboczach całe sterty śmieci, które wpełzają na drogę. Smutne obrazki, gdzie to dorośli i dzieci, zwierzęta rozgrzebują hałdy śmieci szukając w nich czegoś dla siebie. Wszędzie wałęsają się bezpańskie, chude psy. Na drodze leżą leniwe święte krowy. Stragany z warzywami i owocami. Miasto robi wrażenie bardzo zakurzonego. Liście drzew dawno temu straciły swój zielony odcień, teraz przykrywa je gruba warstwa szaro –burej masy. Ludzie zerkają na nas ale wydaje się nam, że mniej przychylnie niż dotychczas. Nawet pewnych rzeczy nie można komentować. To co widzimy, przerasta nas i nasze oczekiwania. Nikt nawet nie stara się robić zdjęć. To co widzimy jest dla nas jak do tej pory najbardziej szokującym obrazkiem z Indii. Jedziemy w stronę centrum, okolica nadal bardzo brudna, na ulicy harmider, tłok, dźwięk klaksonów nie pozwala się nawet wsłuchać we własne myśli. Nasz kierowca manewruje pomiędzy pieszymi, zwierzętami i innymi pojazdami maści przeróżnej, by powoli torować sobie drogę na przód. Po lewej stronie karuzela, a tuż za płotem sterta śmieci i namioty, gdzie żyją ludzie. Cały ich dobytek to rozpięta na gałęziach drzewa albo zwykłym drągu szmata tworząca pseudo namiot. Pod nią czasami łóżko, czasami tylko jakaś derka wprost na ziemi. Tak żyją nie tylko dorośli, widzimy czasem całe rodziny, matki z dziećmi, nierzadko całą gromadką maluchów. W autobusie zapadła cisza. A dopiero co skończyłam czytać opowieść Pałasińskiego o Taj Mahal. Jak mają się te wszystkie wspaniałości do tego co widzimy?


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: