Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Tajlandia i Kambodża 8.02.-1.03.2011

Zwiedzanie Chiang Mai, kurs gotowania

21-02-2012

Dziś spotkaliśmy się z Ekim o 9:00 i wspólnie pojechaliśmy zwiedzić świątynię mieszczącą się na wzgórzu po zachodniej stronie Chiang Mai. By dojść do niej trzeba było się wspiąć po 306 schodkach ale dla naszej świetnej kondycyjnie grupy nie było z tym żadnego problemuJ Turystów było niestety niesamowicie dużo, ale piękne zdobienia schodów w postaci mitycznego węża Naga i bogato inkrustowany wewnątrz wat rekompensowały wszystko. Po zewnętrznej stronie świątyni małe dziewczynki prezentowały różnorodne tańce tajskie, a z tyłu był punkt widokowy z panoramą na całe miasto ( dla nas akurat troszkę zamgloną, ale mimo wszystko pięknąJ) Tu zrobiliśmy również skromne zakupy w postaci świątynnych dzwoneczków, materiałowych obrazków czy małych ptaszków, które kupuje się po kilka w koszyczku, po czym uwalnia, co ma przynieść pomyślność w przyszłym życiu. Ludwik, Maria i Krystyna kupili ptaszki głównie by jak najszybciej je uwolnić z małego koszyczka i tak też się stało.

Kolejny w programie był kurs gotowania, którego co niektórzy bardzo się obawiali myśląc o swoich zdolnościach kucharskich i o tym, że będą musieli jeść własnoręcznie przyrządzone potrawy, co mogłoby zakończyć się rozstrojem żołądka. Okazało się jednak, że cała grupa świetnie sobie poradziła z wszystkimi przyrządzonymi potrawami. Zaczęliśmy jednak od wizyty na targu, gdzie nasz prywatny przewodnik opowiedział nam trochę o składnikach, które mieliśmy później używać i o innych, które często stosowane są w tajskiej kuchni. Pojawiło się więc mleczko i krem kokosowy, seler chińska, kolendra, grzybki, chili, żółte, zielone, czerwone curry, pasta z krewetek czy pasta z ryb i wiele innych. Dojechaliśmy w końcu do miejsca przeprowadzenia kursu. Każdy z nas otrzymał osobisty fartuszek, deskę do krojenia i koszyk z produktami na parę. Zaczęliśmy od przystawek – sajgonki z odpowiednio przyrządzonym farszem, pieczone na pełnym oleju. Następnie zielone curry z mlekiem z kokosa, kurczakiem i bakłażanem, oraz makaron ryżowy z grzybami, jajkiem, kiełkami i bazylią. Po tych 3 daniach byliśmy już syci, a to jeszcze nie był koniec. Na deser przyrządzaliśmy pieczone banany z cukrem z kokosa i gałką lodów. Wszystkie dania pieczone w woku na oleju sojowym bądź kremie kokosowym. Godnym uwagi jest również, że Ludwik i Bogusia często zmieniali narzucony nam przepis mówiąc, że nie lubią cukru w potrawach obiadowych ( Tajowie używają go prawie do każdej potrawy). Wywołało to wielką konsternację u naszego przewodnika, który przed podaniem lodów zapytał mnie czy osoby nie dodające cukru do potraw nie są aby diabetykami i czy potrzebują lody bez cukru. Wszyscy śmiali się z zatroskania naszego szefa kuchni a ja szybko wytłumaczyłam, że słodkie lody jak najbardziej nam odpowiadają. Jako niespodziankę na pożegnanie otrzymaliśmy ryżowe whisky tajskie ze spritem oraz małą książeczkę kucharską z najważniejszymi przepisami tajskimi.

Po prawie 4 godzinach kuchcenia odwieziono nas do hotelu, gdzie pożegnaliśmy się już z naszym kucharskim przewodnikiem. Nadszedł czas na sjestę. Większość spędziła miły czas w hotelu, my z Ulką poszłyśmy zaś na mszę do pobliskiego kościoła chrześcijańskiego. Msza katolicka w Tajlandii bardzo nie różni się od naszej. Jest jednak kilka azjatyckich innowacji, a mianowicie: Mali ministranci bądź ministrantki chodzą na boso, wierni, gdy klęczą, również ściągają buty, a podczas przekazywania sobie znaku pokoju Tajowie zamiast podawania ręki pokazują sobie podstawową mudrę buddyjską, używaną również przez Tajów przy powitaniu (ręce złączone dłońmi do góry na wysokości klatki piersiowej). Kościół nie miał również naw bocznych, konfesjonałów, a zamiast organów, z boku ołtarza stał fortepian. Pieśni były wyśpiewywane w stylu tajskim, ale wszystkie niesamowicie czysto, i czasami również na głosy. Nie zrozumiałyśmy zbyt dużo z kazania księdza, ale uczestnictwo w takiej mszy na pewno zrobiło na nas ogromne wrażenie. O 19:00 wszyscy spotkaliśmy się na kolacji u Ludwika i Krystyny. W stałym menu były mango oraz pomelo. O ile mango z dnia na dzień jest pyszniejsze o tyle pomela trafiły nam się mało smaczne, choć na pewno będziemy mieli okazję trafić jeszcze na pyszne i soczyste. Dyskusjom wieczornym nie było końca, ostatecznie ok. 21:30 pożegnaliśmy się, bo przed nami dzisiaj jeszcze pakowanie. Jutro już na Phuket – wyspa na południu Tajlandii. Pozdrawiamy!:)


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: