Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indochiny 16.03.- 8.04.2011

Poranne karmienie mnichów, zwiedzanie Luang Prabamg

23-03-2011

Dziś bardzo wczesna pobudka. Z budzeniem wyszło jak zwykle, czyli niedokładnie tak jak zamawialiśmy. Prawie wszyscy zostali obudzeni o 15 minut za wcześnie, a kiedy na wakacjach trzeba wstawać po 5 nad ranem liczy się każda minuta. Zbiórka o 6 w lobby hotelowym. Brakuje mi Ani i Włodka, Oni nigdy się nie spóźniają. Niestety przewiduję najgorsze. Nie obudzono ich. Musimy działać szybko. Jedziemy przecież na poranny rytuał zbierania przez mnichów jedzenia. W Luang Prabang zwyczaj ten jest szczególnie malowniczy, bo na ulicach jest bardzo wielu mnichów a jeszcze więcej karmiących z bambusowymi naczynkami wypełnionymi kleistym ryżem. My we Trójkę gonimy grupę tuk tukiem. Docieramy na czas i Ania oraz Włodek szybko klękają w kolejce do karmienia mnichów. Zdążyliśmy. Nadciąga grupa mnichów prowadzona przez znanego nam już przełożonego mnicha, którego poznaliśmy wczoraj podczas modłów w świątyni Mai, a dzięki kulkowatej posturze rozpoznajemy go dziś z daleka. Karmimy mnichów, ubywa nam ryżu z koszyczków. Przejeżdżamy do centrum miasteczka by tu podpatrzeć jak karmią mnichów inni turyści i miejscowi. Sesja zdjęciowa.

Teraz jeszcze spacerujemy po lokalnym targu. Tu mamy przekrój wszystkiego co bardzo tradycyjne, zielone, kolorowe, smaczne. Wielkie kotły z parująca zupą, kawałki mięsa i skóry. Pachnące warzywa i owoce, aromatyczne zioła. Kosze pełne parującego ryżu i wielu dodatków na słono i na słodko. Z tego panie przygotowują paczuszki, które pakują w liście bananowca i sprzedają małe zawiniątka. Jedno takie z ciemnego ryżu z kokosem i cukrem próbujemy przy samochodach. Lokalny deser śniadaniowy.
Czas na prawdziwe śniadanie w wydaniu hotelowym. Krótka przerwa i wybieramy się ponownie do miasta. Tym razem przed nami wycieczka łodzią po Mekongu. Zajmujemy miejsca na charakterystycznej długiej łodzi i w drogę. Oczywiście korzystamy z wielu okazji do zdjęć i ploteczek. Jaskinia z buddami robi na nas duże wrażenie, bardzo urokliwe miejsce. Mając propozycję wejścia po schodach do wyższej świątyni oczywiście wszyscy korzystamy z propozycji i wspinamy się do słabiej oświetlonej ale równie okazałej jaskini zaadoptowanej do roli świątyni buddyjskiej. Teraz czas na lunch. W restauracji nad brzegiem Mekongu jedzenie laotańskie smakuje nam bardziej. Zgodnie rezygnujemy z odwiedzin w wiosce z papierem i tkactwem. Pierwsza wioska, w której poznawaliśmy tajniki wyrobu whisky laotańskiej nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia, stąd decyzja przychodzi nam dość łatwo. W drodze powrotnej znowu rozmowy. Staszek ułamuje kawał łodzi, okazuje się, że drewniane elementy służące jako ozdobne oparcia są tylko przyklejane do burty. Niestety dopasowane do warunków tutejszych nie przewidują opcji większej wagi. To już druga strata, wcześniej w Sajgonie w drodze do miasta, Zbyszek L. usiadł na składanym krześle w autobusie. Niestety krzesło też było z tych mniej wytrzymałych i mimo asystenta na pokładzie i całej skrzynki z narzędziami krzesło wymagało poważnej naprawy. Wracamy do hotelu dość wcześnie, są masaże, relaks, basen, odpoczynek. Wieczorem spotykamy się w mieście. Tu kusi lokalny nocny targ i wiele przytulnych restauracyjek i barów.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: