Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Nowa Zelandia i Australia 27.10.- 23.11.2011 (27)

Przejazd do Christchurch, zwiedzanie miasta

14-11-2011

Przed nami ostatni dzień w Nowej Zelandii. Ruszamy o różnych porach bo mamy różne plany. Część z nas udaje się bezpośrednio do Christchurch, inni postanawiają zrobić kilka przystanków na zdjęcia i pyszne jedzonko po drodze. My ruszamy jako ostatni, dzielimy się wolnym czasem, ja trochę pracuję korzystając z dobrego Internetu a A. i B. oraz Maciej zwiedzają miasteczko i szukają nadal małych pamiątek z Nowej Zelandii. Wspólnie zanim opuścimy Dunedin jedziemy w poszukiwaniu najbardziej stromej ulicy na świecie. Brawurowo wjeżdżamy na sam jej szczyt a potem oczywiście ku uciesze maszerującej tam akurat grupy japońskiej zjeżdżamy. Jak się okaże ten śmiały pomysł nie tylko nam przyszedł do głowy, wcześniej tak jak i my wjechał Maciek i Rysio. Czyli cała grupa była na samym szczycie, choć podobno potrzebne są do tego specjalne pozwolenia.

Na dobre spotykamy się już w kolejnym hotelu w Christchurch gdzie mamy ostatni nocleg. Czyli zielona noc w Nowej Zelandii. Już zgodnie z tradycją pierwszą rzeczą, którą robimy jest pranie. To wielka wygoda, w większości naszych apartamentów na trasie każdy z nas ma swoją prywatną pralkę, a jeśli mamy hotel to pralnia do naszej dyspozycji. A. i Zosia lubią prasować, i często widać je z żelazkiem. Jesteśmy trzy tygodnie w podróży i stale w walizce czyste rzeczy.
Wybieramy się grupkami na spacer po mieście. Każdy z nas słyszał o trzęsieniu ziemi w Christchurch, nawet nasze media poświęciły temu kataklizmowi sporo miejsca. Jednak nikt z nas nie spodziewał się, że mimo upływu tak długiego czasu, to już prawie dziewięć miesięcy nieszczęście to jest tak bardzo widoczne. Całe centrum otoczone jest kordonem policji, która nie wpuszcza do środka nikogo, drogi pozamykane, wytyczone objazdy, całe centrum miasta świeci pustkami. W oknach hoteli powiewają firanki, nikt tam nie mieszka.
Wszędzie pusto i smutno, opustoszałe domy, przedszkola, zawalony dach katedry, pozdejmowane klimatyzatory, powywracane meble, wszystko nas przygnębia. Nie tylko nas wieczorem spotykamy pozostałych „naszych” i wszyscy mają takie same przemyślenia. To wprawdzie ostatnie miasto już na naszej trasie ale jednocześnie mocny akcent na sam koniec.
Na smutno kończymy zwiedzanie Nowej Zelandii. Kolacja trochę oddala nas myślami od miasta i trzęsienia ziemi. My u Hindusa, Rysio i Dziewczyny u Taja, a u Mariusza aż zza drzwi pomidorowy zapach kolejnych pyszności przygotowywanych pod bacznym okiem Maćka przez Mario i Agę.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: