Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 1-19.02.2015

Canaima wreszcie

12-02-2015

Jesteśmy na śniadaniu bardzo wcześnie, nie możemy się doczekać Canaimy – podobno to mocny punkt programu. Zatem przepakowani do małych bagaży, bo lecimy tam wyczarterowaną awionetką stawiamy się na lotnisku o wyznaczonej godzinie. Tu jak zwykle trochę zamieszania z odprawą, formalnościami ale o czasie udajemy się przed drzwi, przez które wreszcie dzielnie wmaszerowujemy na płytę lotniska do podstawionej awionetki. Zajmujemy 9 z 19 miejsc i lecimy. Krótki lot, widoki za to coraz ładniejsze. Na miejscu wita nas gorąc i widoki zapierające dech w piersiach. Czeka na nas miejscowy przewodnik, najpierw jednak musimy odbyć kontrolę paszportową, zapłacić wstęp do parku a przy okazji rzucamy okiem na liczne stragany, na których mnóstwo pamiątek z Canaimy.

Mamy niedosyt kupowania pamiątek i zamierzamy to nadrobić.

Ale to może potem, pakujemy się do ciężarówki i powoli suniemy w stronę rzeki.

Po drodze pierwszy przystanek nad małym wodospadem. Jest bardzo urokliwy, a to dopiero wstęp. Nasza lodża jest niedostępna z drogi, musimy zatem wskoczyć dosłownie na kilka chwil do łódki, wysiadamy w magicznym miejscu. Zielono, małe domki, przystrzyżona trawka, hamaki przed każdym domkiem. Zasiadamy do koktajli powitalnych a potem od razu kawy i herbaty.

Siedzimy sobie w zieleni, przed nami szmerzy rzeka, ćwierkają ptaki dookoła, nikomu nawet nie chce się ruszyć. Jednak na chwilę przed bardzo smacznym obiadem rozchodzimy się do naszych pokoi, po drodze wypatrujemy mnóstwo motywów fotograficznych, są tu wielkie iguany, małe jaszczurki, duże papugi i małe kolibry. Wystarczy gdzieś stanąć by nagle jakieś stwory i stworki czmychały spod nóg.

Kiedy jesteśmy przy drugim daniu zaczyna kropić, typowa ulewa w tropikach, najpierw leniwe pojedyncze krople, potem rzęsisty deszcz i nagle wszystko pachnie zupełnie inaczej, z dachu krytego strzechą spadają sznureczkiem niczym perełki pojedyncze krople deszczówki.

Obserwujemy deszcz, który po niespełna kilkunastu minutach wycisza się.

Musimy przygotować się na popołudniową wycieczkę, najpierw łódka, potem kawałek samochodem – ciężarówką i znowu łódką płyniemy do wodospadu Hacha. To wyjątkowa atrakcja bo możemy przejść pod wodospadem. Z perspektywy śmieszne były nasze przygotowania, wodoodporne kurtki, stroje pod kurtkami, podwinięte nogawki, sandały, by dostać się pod wodospad musieliśmy przejść przez kurtynę deszczu. Nikomu nie udało się nie zmoczyć, i nikt nie wyszedł suchuteńki. A przecież trzeba jeszcze wyjść spod tego samego wodospadu. Tylko niektórzy wnoszą ze sobą aparat szczelnie otulony woreczkami, kurtkami, płaszczami i tuląc go mocno do piersi. Zabawa jest przednia, woda w wodospadzie bardzo przyjemna i ciepła. Mokrusieńcy spotykamy się po drugiej stronie wodospadu, pamiątkowe zdjęcia i ruszamy na mini spacer do kolejnego wodospadu Sapo. Trasa wiedzie przez las, skrajem wzgórza, zaczepiamy o plażę,  gdzie niektórzy wskakują do wody a potem oglądamy wodospad z bliska, ten nie jest już tak imponujący, wszystko zależne jest od pory roku, w porze suchej akurat role się odwracają i to Hacha jest bardziej imponujący. Wchodzimy na sam szczyt wodospadu, skąd wygląda równie imponująco, a dominujące nad całą okolicą tepuyes nie mogą się nam dać opatrzeć. Sesja z tepuyes z bliska i z daleka, z dziećmi z lokalnej wioski, z ich mamami, z trawą i bez, z łódki i z brzegu.

W naszym obozowisku przebieramy się w drugi i ostatni komplet rzeczy jaki zabraliśmy ze sobą w małych bagażach i zasiadamy do bardzo smacznej i sympatycznej kolacji.

Niektórzy z nas rozważają nocleg w hamakach, jednak tylko dwójka skusi się na spanie po wenezuelsku.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: