Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 1-19.02.2015

Pierwsze zakupy

03-02-2015

Za to na szczęście dzisiaj mamy dwie noce w tym samym hotelu, a że nocujemy w dawnym klasztorze jest pięknie. Śniadanie mało urozmaicone, ale i tak każdy z nas znajduje coś dla siebie.

Potem mamy wycieczkę po ogrodzie botanicznym przynależnym do klasztoru, teraz hotelu. Jeszcze wczoraj mieliśmy informację, że meleksy są popsute i nie będzie wycieczki w autkach, tym bardziej miłe zaskoczenie, kiedy na miejscu zbiórki pojawiają się dwaj panowie a wraz z nimi autka gotowe do spaceru. Bo tak trzeba nazwać to co nastąpi za chwilę. Jest nas w grupie 8 a mamy 9 aparatów i jeszcze do tego telefony, którymi też robimy zdjęcia, zrozumiałe jest zatem, że każdy kwiatek, każde egzotyczne drzewo a tych było co niemiara musi zostać uwiecznione przez wszystkich. Nierzadko panowie będą sobie jechać a my szaleć fotograficznie przemieszczając się płynnie przed samochodzikami, za nimi i obok.

A okazji do zdjęć coraz więcej, laguny, jeziorka, flamingi, małpy, kwiaty, krzewy, drzewa, dookoła aż mieni się w oczach, wybór jest ogromny.

Nie obywa się bez przygód, Beata już drugi dzień z rzędu przyciąga wodę, tym razem zraszacze ale strumień niczym z węża strażackiego, co zresztą widać, nam udało się uciec, ale Beata uciekała nie w tę stronę co my i Ją zmoczyło, potem także oberwało się naszym kierowcom i Victorowi ale ostatecznie ta woda miała też swój urok.

Ogród podoba się nam bardzo, rośliny są tu wypielęgnowane i zasadzone w wielkim porządku i ładzie będąc zaprzeczeniem mentalności wenezuelskiej.

W samym klasztorze oglądamy kaplicę, małe muzeum, na koniec mamy pawia który jak na zawołanie rozkłada swój ogon a potem jeszcze papugi.

I już całkiem na koniec kawa. Dzięki inflacji za 8 kaw i jeszcze tonik płacimy 2 dolary i ruszamy do Tintorero.

To mała miejscowość słynąca głównie z tkactwa i hamaków, ale my przy okazji zaopatrujemy się także w inne pamiątki. Breloczki, misy, figurki, obrazki, tasiemki, kolczyki, kapelusze.

Jesteśmy już trochę głodni do kolacji jeszcze daleko, restauracji tu żadnej nie ma, decydujemy się na arepy, czyli najbardziej popularny posiłek w Wenezueli. Zwykła garkuchnia, specjalizuje się tylko w arepach, czyli placku, dość grubym z kukurydzy, który przekrawa się wpół i nadziewa jajecznicą, to z rana, mięskiem, to przez cały dzień i serem żółtym tartym lub w krążkach – i tę opcje wybieramy.

Zgodnie przyznajemy, że smak tej arepy dużo bardziej nam odpowiada niż dotychczasowe jedzone w hotelu. A sery są tu naprawdę pyszne.

Po drodze do hotelu mijamy pomnik Marii Lionzy, mieliśmy w planach odwiedzić górę, gdzie odprawiane są obrzędy ku jej czci, ale przestrzegano nas po raz pierwszy tak bardzo i z każdej strony, że zmieniliśmy trochę nasze plany.

Za to zyskujemy trochę czasu by wejść do basenu, a wieczorem jeszcze zasiąść do kolacji. Pisząc, że Wenezuela nie sprawdziłaby się jako destynacja do warsztatów kulinarnych nie przesadziłam, dzisiaj oferta kolacji z karty dań. Każdy z nas komponuje sobie swój własny zestaw posiłków, ale wszystko co zamawiamy smakuje inaczej niż byśmy się spodziewali i do tego lokalny smak tych dań nie znajduje u nas zachwytów.

Może jutro.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: