Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wenezuela 1-19.02.2015

Unesco po drodze

04-02-2015

Pierwsze łzy na wyprawie. I to płacze nasz pan kierowca, który żegna się dzisiaj. Niestety mimo ogromnej sympatii wobec pana kierowcy, jego auto okazało się dla nas zbyt małe, walizki, plecaki podręczne i my – siedzieliśmy upchani jak śledzie, najdłuższe przejazdy dopiero przed nami. Poza tym od trzech  dni staramy się rozszyfrować tutejszy system chłodzenia, albo jest bardzo zimno, tak, że siedzimy opatuleni w polary, albo po naszej prośbie o wyłączenie klimatyzacji robi się na tyle gorąco, że pan kierowca musi otworzyć szyby, wtedy nam wieje i tak w kółko. Na szczęście mamy nowy autobus, dużo większy i na pewno bardziej wygodny, tyle, że jeszcze chwila bo pojechał szukać diesla. To kolejny absurd w Wenezueli, kraj, którego 80% dochodu krajowego stanowi obrót ze sprzedaży wydobywanej wewnątrz kraju ropy nie ma diesla, przekonaliśmy się o tym już wczoraj, kiedy dojeżdżaliśmy do naszego hotelu na oparach bo po drodze na 5 stacjach diesla nie było, a 7 kolejnych było zamkniętych.

Autobus wraca, diesel zatankowany, my usadzeni od razu jest nam wygodniej. Staramy się opanować jeszcze klimatyzację i ruszamy do Coro.

Droga mija nam nadspodziewanie szybko. Kwaterujemy się w hotelu i ruszamy na spacer. Zaczniemy jednak od małej przekąski bo niby nikt z nas nie był głodny, i my tylko próbujemy, ale menu wyglądało tak okazale, że każdy z nas znalazł coś dla siebie. Będąc w Coro należy spróbować koźliny, która jest tutejszą specjalnością, poza tym w menu zupa z fasoli i danie narodowe z wołowiny, sera, fasoli ciemnej i ryżu, wszystko ułożone na talerz na wzór flagi narodowej. Soki, w tym egzotyczne z flaszowca i tamaryndowca.

Objedzeni idziemy na spacer po miasteczku, jest bardzo urokliwe, zasłużenie wpisane na listę UNESCO.

W małym muzeum odkrywamy sklepik galerię z pamiątkami, znajdujemy kilka ładnych rzeczy.

Potem kościoły, katedra – niestety zamknięte i tylko z zewnątrz ale wraz z kolorowymi fasadami domków i wąskimi uliczkami stanowią piękną wizytówkę miasteczka.

Na zachód słońca chcemy zdążyć na wydmy, tuż obok Coro jest Park Narodowy z wietrznymi wydmami, widok  rzeczywiście super. Słońce chyli się ku zachodowi wydobywając najpiękniejsze barwy z kolorów piasku i nieba. My maszerujemy przez kilka wydm i dochodzimy do dobrego punktu widokowego. Pojawia się nagle starszy pan, który proponuje nam przejażdżki samochodem własnej konstrukcji, który całkiem nieźle radzi sobie z wydmami i miałkim piaskiem.

Obok też swe usługi oferuje chłopak z osiodłanym koniem. Każdy z nich znajduje w naszej grupie nabywców i zainteresowanych. Mirela pięknie prezentuje się w siodle, a Victor rozpoczyna cykl przejażdżek z seniorem jego wehikułem. Rzeczywiście jest pięknie i jak wiatr powieje dość mocno piasek bardzo drobniutki wgryza się w każdą odsłoniętą część ciała.

Czekamy aż słońce całkiem zajdzie i wracamy do hotelu.

A tu niespodzianka numer jeden, czyli ciemność  i to taka naprawdę, ale jak tylko my turyści wchodzimy do lobby światło na nowo się pojawia.

Niespodzianka druga to brak ciepłej wody, to co zastajemy to woda bardzo letnia ze wskazaniem na chłodną, twardziele kapię się wraz z włosami by spłukać z siebie pył i piach.

Niespodzianka numer trzy czeka na nas przy kolacji gdzie to szef wybiera za nas i wszystkim proponuje kurczaka zapiekanego w parmezanie. Nie marudzimy, wybór jest trafny, a kurczak bardzo smaczny. Udaje się nam nawet wynegocjować na deser brzoskwinie z puszki z wisienką.

Przy stole obgadujemy aktualne problemy Wenezueli i powoli idziemy odpoczywać.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: