Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Madagaskar

Aleja Baobabów!

25-09-2015

Zapowiada się długi dzień i na pewno jeden z bardziej wymagających. Przed nami przejazd do Morondavy, czyli bagatela 200 km, ale nasz kierowca zapowiada 7 godzin w samochodzie, to i tak niewiele bo jeszcze przed dwoma laty można było spędzić na tej trasie i 13 godzin. Ale by nie zaczynać tylko od przejazdu wybieramy się na rejs pirogami po wąwozie rzeki nieopodal. Przewodnik obowiązkowo wpisany w program wycieczki i przydzielany z tytułu parku czeka na nas już w wiosce. Tu mimo wczesnej pory spory ruch, mamy dwie pirogi złączone ze sobą równolegle by było bardziej stabilnie. Ruszamy na rejs. Po drodze atrakcją będą dwie jaskinie, każdorazowo schodzimy na ląd by je obejrzeć z bliska.

A potem już znana nam trasa do Belo. Rzeczywiście jak z zegarkiem w reku po równo trzech godzinach jesteśmy na miejscu. Ponieważ tu robimy dłuższą przerwę i zatrzymujemy się na lunch, przed jedzeniem idziemy pospacerować trochę po wsi i trafiamy w samym sercu miasteczka na bardzo kolorowy targ. I mimo tego że to już któryś targ z kolei odkrywamy ciekawostki i dla oka i dla aparatu. Sporo bardzo ciekawych motywów.

Jedzenie jak zwykle wyborne, i tak posilone i trochę wypoczęte trafiamy na drogę zresztą krajową numer 8 i kontynuujemy przez kolejne 4 godziny. Zanim jednak szutry i bezdroża to mamy przeprawę promową po znanej nam już z rejsu rzece i dalej nowa dla nas trasa. Na koniec dnia i całej powoli zbliżającej się do końca trasy zostawiliśmy sobie słynną Aleję Baobabów, celujemy dzisiaj na zachód słońca. Podobno ten odcinek trasy ma być jeszcze gorszy niż poprzedni. Nasz wprawny kierowa świetnie radzi sobie z dziurami i wyrwami i jakoś udaje się nam przetrwać. Czas nagli, smucą nas trochę chmurki na niebie, bo nie zapowiadają one spektakularnego złocistego zachodu jaki znamy ze zdjęć w przewodnikach i książkach i na jaki liczymy. Ale póki co delektujemy się tym co  napotykamy na drodze. A przy drodze po prawej i po lewej coraz więcej baobabów, piękne, wielkie, grube i chude, niższe i wyższe, i te smukle i te bardziej pękate. Tworzą niezapomniane widoki. Jednak serce się kroi kiedy widać także bezmyślność miejscowych, albo nieświadomych tego skarbu albo w ogóle nie przewidujących skutków rozprzestrzeniania się ognia przy wypalaniu pól. I co z tego, że nasz kierowca nam tłumaczy, że w ten sposób przygotowują sobie teren pod uprawy, kiedy widać szerokie polany wypalone a upraw ani widu ani słychu.

Zatrzymujemy się na chwilę by w niewielkiej wiosce zostawić naszą paczkę z rzeczami zebranymi jeszcze w Polsce. Starszyzna wioski, w tym przypadku pan poproszony o pomoc przez naszego kierowcę zabiera pakunek i siada dostojnie pod drzewem na kartonie i wysyła dzieciaki po rodziców by sprawiedliwie podzielić się rzeczami. My nie czekamy, bo czas nagli, machamy, częstujemy maluchy cukierkami i jedziemy dalej.

Po drodze mamy baobab uznawany przez miejscowych za święty bo uchodzi za najstarszy w całej okolicy, ma podobno około 700 lat. Robimy zdjęcia, oglądamy rozłożoną wokół baobabu wioskę, fotografujemy pobliskie drzewa. Potem kolejny zjazd to baobab zakochany, gdzie to z jednego korzenia wyrastają splecione ze sobą ciasno dwa pnie. Wyglądają niczym para kochanków.

I wreszcie akurat na zachód słońca docieramy na miejsce. Cóż widok niezapomniany, aleja niesamowita. Nie jest to jednak miejsce sterylnie przygotowane tylko do plenerów. Tu tętni całkiem normalne życie, czyli pod baobabami, które rozlokowały się przy drodze krajowej stoją małe chatki, biegają dzieciaki, kobiety na prowizorycznych straganach sprzedają figurki olbrzymów z drewna, ich nasiona i owoce. Pomiędzy nogami ganiają kury, kurczaki i psy. A do tego parking wypełniony samochodami a plener turystami. Nie ma nas tu bardzo dużo, ale niemożliwe jest zrobienie zdjęcia bez główek gapiów. Na szczęście słońce nie zważając na nic postanowiło na sam zachód wyłonić się zza chmur i zmalować przepiękne widowisko okraszone wszystkimi możliwymi kolorami czerwieni, pomarańczu a nawet różu. Jesteśmy bardzo zadowolone, odjeżdżamy z miejsca jako jedna z ostatnich grup, po zachodzie słońca robi się prawie natychmiast ciemno, i już po zmroku przy drodze majaczą kolejne smukłe sylwetki wielkich drzew.

Do Morondawy wjeżdżamy już w całkowitych ciemnościach. Mieszkamy w hotelu – bajce nad samą wodą. Wielki basen, piękne małe chatki z wielkimi łazienkami, drewnianymi podłogami i widokiem na Kanał Mozambicki. To wielka niespodzianka na koniec trasy i aż szkoda, że nie zostajemy tu dłużej. Kolacja pyszna, widok jedyny w swoim rodzaju, morze szumi, gwiazdy nad nami, jednym słowem zasłużyłyśmy na taki koniec wakacji.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: