Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Madagaskar

Jedziemy dalej

14-09-2015

Po kolejnym śniadaniu wiemy już na co mamy się nastawić, lunche i kolacje będą obfite i wytworne a śniadania na słodko w stylu francuskim. Czyli bardziej bagietka, rogalik i dżemik. Ale perspektywa lunchu już za chwilę nas krzepi. Pakujemy się do naszego autka, w którym mamy dużo miejsca, więc podróż mija nam bardzo komfortowo i ruszamy. W planach mamy muzeum morskie, jednak jak tylko wjedziemy do miasta rodzi się nam wspaniały pomysł. Mamy ochotę wysiąść tu tak po prostu na środku ulicy i zobaczyć lokalny targ. Mina naszego kierowcy nie zdradza wielkiego zachwytu naszym pomysłem, ale nie jest on dość asertywny by zabronić tego trzem zdecydowanym kobietom. Sam jednak pod pretekstem doglądania naszych walizek zostaje przy aucie. My niezrażone jego niechęcią ruszamy przed siebie. I już po pierwszych krokach odkrywamy morze skarbów, na samym rogu wielkiego skrzyżowania stoją panie z „rosołem” w ręce jak nazywamy liche i chude kurczaki, które  trzymają ze skrępowanymi nogami w rękach wzdłuż ciała, tuż obok stoiska z ziołami, korzeniami, korą i magicznymi liśćmi, zaraz obok warzywa i owoce. Znajdujemy też halę z mięsem i rybami. Mimo obaw, iż nie wszyscy będą chcieli dać się fotografować rzadko kiedy ktoś wyraźnie się wzbrania, jeśli sobie nie życzy, co zdarza się rzadko delikatnie przykrywa twarz ręką co jednoznacznie wskazuje na brak chęci, ale dużo częściej będziemy witane uśmiechem mimo wycelowanych w ludzi obiektywów. Widok białych kobiet na targu jest swoistą ciekawostka także dla miejscowych. Nie spotykamy tu innych białych, żadnych zorganizowanych grup ani wycieczek. Swobodnie przeciskamy się pomiędzy straganami, tylko gdzieniegdzie spod lady proponuje się nam zakup wanilii, z pewnością towaru przygotowanego raczej dla turystów niż dla miejscowych.

Bardzo ciekawe dla obiektywu są kobiety z glinką na twarzy, te świadome swojej urody czasem zakrywają twarze, ale są i takie które przyzwalają na zdjęcia. Po dobrej godzinie, nie umawiałyśmy się z naszym kierowcą na konkretną porę wracamy do samochodu. Widać na jego twarzy ulgę, że znowu jesteśmy razem. Nad zatoką przystajemy przy kilku straganach, gdzie można zakupić pamiątki. Podobają się nam maski, ale Rado rozwiewa nasz zachwyt mówiąc, że nie jest to wpisane w tradycję Madagaskaru i przywędrowały one tu z innych kultur, mamy jeszcze totemy, ale kiedy okazuje się, że często są to oryginalne kawałki rzeźbionego drewna, które zostało ukradzione z grobowców to jest nam nieswojo by zakupić takową osobliwą pamiątkę. Zatem pierwszy targ bez zakupów.

Po drodze do muzeum znowu wydziwiamy bo chcemy zatrzymać się w porcie i to nawet dwa razy. Plaża brudna z pewnością nie nadająca się do kąpania, na niej grupka dziewcząt i chłopców, chodzą po nabrzeżu, śmieją się, pozują nam do zdjęć, jak dzieciaki wszędzie. Starszy pan próbując nawiązać z nami kontakt ostrzega przed bandytami, którzy chcą nam porwać aparaty. Nic z tego, wszędzie jest bezpiecznie. Drugi postój w porcie już bardziej lokalny: łodzie, wózki zaprzężone w zebu, malowani chłopcy.

Muzeum okazuje się bogatym zbiorem muszli, skorupiaków, kamieni a nawet ryb prehistorycznych. Młoda dziewczyna, której angielski stwarza wielki problem, bo używa go zapewne rzadziej niż francuskiego dwoi się i troi by nam przekazać jak najwięcej informacji. Wychodzimy bardzo zadowolone. Jeszcze zdjęcia z autobusu po drodze i jedziemy do Parku Isalo. Po drodze oczywiście nie obędzie się bez kilku przystanków na zdjęcia, a to baobaby, wiemy już które to te fałszywe a które prawdziwe, a to lokalne chatki. Wioski wyglądają tu na bardzo biedne. Prowizoryczne chatynki z trawy i kilku belek nie stwarzają wrażenia przytulnego domostwa. Jakiekolwiek próby zatrzymania się by zwiedzić wioskę palą na starcie, bo jak tylko nasze auto zwalnia dzieciaki a za nimi dorośli podbiegają do nas i już nie ma mowy o tym żeby wyjść, a poza tym to co najciekawsze, czyli ludzie w wiosce opuszczają wioskę i tłoczą się przy nas. Bieda zagląda im w oczy, ubrania znoszone już niemiłosiernie, dzieciaki na bosaka, często z gołymi dupkami a w puchowych kurtkach, widać całkowitą przypadkowość, po prostu każdy wkłada to co ma nie zastanawiając się czy to pasuje do siebie, do pogody, itd. Butów brak, na głowach wielkie kołtuny i gluty do pasa. Na szczęście jest tylko 20 stopni i lekki wiatr nie ma tu aż tak dużo much ani komarów. Smutny widok.

Nasz hotel to oczywiście znowu rodzynek pomiędzy afrykańskimi chatkami. Pięknie położona lodża z basenem, którego najbardziej nam żal, bo mimo tego że wpadliśmy na chwilę by zjeść lunch to lecimy dalej na zachód słońca w górach, a wcześniej chcemy zwiedzić kopalnię szafirów. Może jutro zatem kąpiel.

Kopalnia mieści się w całkiem sporej i bardzo dynamicznej wiosce niedaleko naszego hotelu. Przygarniamy chłopaka przewodnika, który zabiera nas przez pola i łąki w miejsce gdzie wydobywa się szafiry. Przy jednej kopalni dzień pracy się już skończył, ale pracują jeszcze panowie przy starej dziurze sięgającej 12 metrów w głąb ziemi. Podchodzimy na tyle blisko, żeby przyjrzeć się dokładnie nieludzkim warunkom w jakich oni tutaj pracują. Przerażające. W każdej chwili ziemia może się osunąć albo zawalić. Nie ma szans by kogoś uratować.

Na naszych oczach chłopakowi udaje się znaleźć kawalątek szafira. Wydobywa go spod ziemi wyjeżdżając na linie na górę. Oczywiście po kopalni jest i sklepik z wyrobami już z kamieni. Ale żadne wyroby nie trafiają w nasz gust.

Zachód słońca za to w pełni nas satysfakcjonuje. Tu po raz pierwszy spotykamy też innych turystów, którzy podobnie jak my przyjechali by zobaczyć wielką kulę słońca zachodzącą za górami przez okno.

Po kolacji w znamienitych wnętrzach z ładnym widokiem kładziemy się spać. Korzystamy oczywiście z dobrodziejstwa agregata i do 22 jeszcze podsumowujemy nasz dzień, który zaczął się wyjątkowo wcześnie i to wcale niezamierzenie. Nasz poprzedni hotel usytuowany był naprzeciwko szkoły wojskowej i poranny apel oraz trąbka postawiły nas na nogi. Dzisiaj za to słychać tylko z daleka miauki lemurów, nad nami czarna noc i Krzyż Południa oraz pojedyncze ptaki i cykady. Śpimy w namiotach zintegrowanych z budynkami w stylu afrykańskim. Pod kołderkami bo zimna noc przed nami.  


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: