Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Madagaskar

Na targu zebu

17-09-2015

Wstajemy wcześnie, jak zwykle rano jest jeszcze dość chłodno. W planach dzisiaj przejazd dalej na północ. Najpierw śniadanie, zwyczajowo na słodko. Opuszczamy nasze namioty stacjonarne i bardzo wygodne i ruszamy dalej. Życie dopiero budzi się na polach, w wioskach już spory ruch. Pojedyncze szkoły rozpoczęły już rok szkolny, widać dzieciaki, które przemykają z plecaczkami do szkół. Przy poboczach stragany z węglem drzewnym, garkuchnie z plackami i tamaryndowcem w cukrze. Musimy uważać, bo przez drogę naprzemiennie przebiegają nie bacząc na nikogo ani na nic psy, kurczaki, koguty, pisklaki, a czasem nawet zebu.

Nasz kierowca ma jednak wielkie doświadczenie i przede wszystkim zna trasę na pamięć, z dużym wyprzedzeniem hamuje kiedy najeżdżamy na kolejną wielką dziurę albo wyrwę w asfalcie. Nie ma tu wielkiego ruchu ale lokalne busiki uchodzące tu za taksówki są przeładowane i to z pewnością podwójnie a może nawet i potrójnie ponad przepisowe normy. Do tego dochodzi ich ładunek na dachu, a tu poezja, limitem jest naprawdę niebo. Worki ze wszystkim rowery, motory, wielkie kosze puste i pełne, żywe kozy, widziana była też jedna świnka, o kurach, kaczkach i indorach nie trzeba wspominać te są na porządku dziennym.

Po drodze mijamy wiele poletek uprawnych, w okolicach przez które przejeżdżamy dominuje uprawa ryżu. I choć mamy teraz porę suchą to na wielu polach widać świeżą zieleń sadzonek ryżu, wszędzie tam gdzie stoi woda i zachłannie odbija chmurki w tafli niezmąconej wody widać świeżo zasadzony ryż.

Przed przystankiem w pierwszej dużej miejscowości zatrzymujemy się w prywatnym parku lemurów. Mamy pana przewodnika i tropiciela, który idąc przed nami wyszukuje rodzinę zwierzaków ukrytą o tej porze dnia w koronach drzew. My maszerujemy gawędząc sobie i spotykamy konkretne zwierzaki, Jest tu ich około 400 więc mamy 100% gwarancji, że na pewno uda się nam spotkać i to z bliska z lemurami katta, czyli tymi najbardziej znanymi z prążkowanymi ogonami. Obiecujemy sobie odświeżyć film „Madagaskar”.

Kolejny punkt programu to targ zebu, tylko raz w tygodniu i tylko w środy spotkać tu można na wzgórzu poza miastem wielkie stada zebu. Ochoczo wylegamy z naszego busika by wejść pomiędzy zwierzaki. Nasz kierowca ma zgoła odmienne spojrzenie na sprawę, ale wie, że za wiele z nami nie ugra. Świetne słońce, zwierzaki podzielone na cielaki, które są tuż przy wejściu, jałówki i na samym końcu najbardziej okazałe egzemplarze byki. Na targu wyłącznie panowie, prócz nas znajdujemy jeszcze dwie lokalne kobiety wtulone za ramieniem swoich zapewne Mężów.

Nikt nie sprzeciwia się gdy robimy zdjęcia, panowiedbają by żaden zwierzak nie chciał nas przestraszyć. Zresztą zebu od małego z ludźmi wydają się nawet na wielkim targowisku być bardzo spokojne. W zagrodzie przy targowisku znakowane i już sprzedane albo kupione jak kto woli zwierzaki. Za chwilę będą pakowane na ciężarówki lub ze swoim przewodnikiem udadzą się w daleką i długą bo trwającą nawet do 3 tygodni drogę. Zebu to największe dobro na Madagaskarze, źródło majątku, pieniędzy, jedzenia i posagu. Trzeba o nie dbać i warto je mieć.

W samym miasteczku czeka na nas jeszcze niebywale rozległy targ z owocami, warzywami, ziołami, suszonymi rybami, makaronem, kremami, solą, cukrem, itd. Mydło i powidło. Nie możemy się napatrzeć i nafotografować. Lunch jak zwykle z akcentami francuskimi. Jeszcze ostatnie zdjęcia na lokalnym dworcu lub raczej postoju taksówek i chwila na zakupy. Ale nie takie po prostu w sklepie tylko w manufakturach. Najpierw poznajemy tajniki powstawania pięknego papieru czerpanego, zdobionego oczywiście ręcznie płatkami kwiatów i kawałkami listków. Potem zaglądamy do fabryki wyrobu i pozyskiwania jedwabiu z dzikich kokonów. Nie do wiary jaka to trudna i żmudna praca. W drodze do Fianar kusimy się na wizytę w jednej z kilku zaledwie na Madagaskarze winnic. Cóż nasze pierwsze wrażenia z degustacji wina lokalnego zostają tylko potwierdzone, niestety trudno się nim delektować. Ale na ulotkach w winnicy znajdujemy coś co nam się podoba więc wracamy by w lokalnym sklepie zobaczyć z bliska haftowane muliną obrazki przedstawiające sceny z Madagaskaru. Robimy zakupy i teraz już gnamy dalej, oczywiście nie zdążymy przed zachodem słońca, bo ten napotyka nas na trasie, ale chwilę po docieramy na nocleg do Fianar. Śpimy w starym kościele, wnętrza stylowe, jeszcze bardziej restauracja i znowu smaczna kuchnia.

Dobranoc.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: