Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Madagaskar

Tulear wita nas

13-09-2015

Na szczęście możemy dłużej pospać, obawiałyśmy się wprawdzie lotu bardzo wczesnym rankiem, ale okazało się, że możemy być na lotnisku o 10:40. A że dzisiaj jest niedziela i nawet w samej stolicy nic nie zapowiada korków, delektujemy się pysznym śniadaniem z rozległym widokiem na całą okolicę. I to po raz pierwszy dzisiaj widzimy ogromny kontrast pomiędzy warunkami gwarantowanymi przez przepiękny hotel a tym co wystaje zza płota. Kolorowe małe domki, częściowo kryte dachówką, inne blachą falistą, z antenami, krzywymi okiennicami, jeden na drugim tworzą kolorową mozaikę pozlepianych ze sobą elementów.

Gdy zerknę w drugą stronę to mamy widok na rozległy staw sztuczny aspirujący do bycia małym jeziorem, jednak w porze suchej to tylko staw, za to z wielką ilością kaczek, ibisów i pewnie żółwi, jak zapewniają tablice informacyjne na brzegu.

Kiedy ruszamy z hotelu okazuje się, że ulice stolicy wcale nie świecą pustkami, ale ruch przebiega tu bardzo sprawnie, większość ludzi w odświętnych strojach zmierza na msze do kościołów. Dziewczynki w bezowych sukienkach, koniecznie z falbankami, bufkami, kolorowymi fartuszkami, panie, zacne babcie i mamy w garsonkach, bluzkach z kokardami i świecących spódnicach i panowie w spodniach w kant i koszulach. Oczywiście nie wszyscy, bo nie brakuje tu taksówkarzy czatujących na klientów, sklepikarzy, którzy właśnie otwierają podwoje swoich małych biznesów czy zwykłych spacerowiczów, którzy już wylegli z domów by posnuć się jak to robią co niedziela po mieście.  Na ulicach Indonezja i jej wpływy. To zresztą widać patrząc na rysy twarzy mieszkańców. Miks na całego.

W drodze na lotnisko mijamy piękne poletka ryżowe, znając już trochę historię wyspy ryż łatwo wytłumaczyć wpływami z Azji.

Na lotnisku jesteśmy o czasie by się odprawić i jeszcze chwilę zaczekać na lot. Wszystko odbywa się zgodnie z planem i rozkładem lotów. Do Tulear lecimy niespełna półtorej godziny, przeraża nas wprawdzie temperatura jakiej mamy się spodziewać po wylądowaniu, pani stewardesa zapowiada 37 stopni. Chciałyśmy Afryki to mamy.

Jednak kiedy nasze koła dosięgają pasa i uchylają się drzwi naszego małego samolotu, uderza nas rześkie powietrze, które z pewnością nie spełnia zapowiadanych bardzo wysokich temperatur. Za chwilę termometr w aucie naszego nowego kierowcy pokaże 24 stopnie. Jest bardzo przyjemnie.

Odprawa bagażowa przebiega bardzo sprawnie i już za chwilę siedzimy w bardzo wygodnym samochodzie i poznajemy się bliżej z naszym przewodnikiem. Choć sam pochodzi ze stolicy ze względu na odległość przyjechał tutaj przed dwoma dniami opuszczając Tanę by nas odebrać i towarzyszyć  nam do końca trwania wyprawy. Od razu przypadamy sobie do gustu. Dzisiaj w planie arboretum, ale najpierw lunch.

Kuchnia zaskakuje nas równie mocno jak standard tutejszych hoteli. Menu bardzo różnorodne, zabarwione francuską kuchnią, ale i zachowujące wpływy lokalne. Zatem zamawiamy sobie upatrzone dania i zajadamy się z apetytem.

Czekamy na swoją kolejkę i idziemy zwiedzać prywatny ogród. Jest on o tyle ciekawszy, że zgromadził najbardziej typową roślinność dla całej wyspy, która jest żywym laboratorium i miejscem występowania w 90 procentach endemicznych gatunków roślin, zwierząt i ptaków. Nasz przewodnik Jean jest bardzo kompetentny i dowcipny. Interesująco przedstawia nam najważniejsze drzewa oraz krzewy. Utrwalamy sobie ciekawostki, ich nazwy i wygląd, okażą się bardzo przydatne w ciągu najbliższych dni.

Docieramy do hotelu już po zmroku, po drodze sporo było jeszcze scen z życia wziętych. Mieszkamy w bardzo stylowym miejscu. Kolacja rozkłada nas zupełnie, jest wyborna, pięknie podana i bardzo smaczna.

Próbujemy także lokalnego wina, bo wypada, ale chyba cieszymy się, że mamy to już za sobą.

Czas na spanie, zanim jednak oddamy się odpoczynkowi mała sesja pogawędek na werandzie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: