Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wakacje w Kostaryce 21.06-8.07.2018

Docieramy na koniec świata

04-07-2018

Auto zamieniamy na łódź

Opuszczamy wybrzeże mi dotąd znane, dzisiaj rozpoczynamy przygodę naprawdę egzotyczną. Najpierw musimy pokonać odcinek drogi do Sierpe. Tu nie spodziewamy się żadnych niespodzianek. Droga asfaltowa, naszą uwagę przykuwają przydrożne lokale w poszukiwaniu miejsca na śniadanie. Wydaje się nam, że obstawiliśmy bardzo dobry lokal, poza miłą atmosferą mamy jeszcze sporo smacznych dań do wyboru, soki naturalne, aromatyczną kawę a dzieciaki wyszukują domino i memory, co idealnie wpasowuje się w czas oczekiwania na śniadanie. W Sierpe małej miejscowości słynącej z niewyjaśnionego pochodzenia idealnie okrągłych kul zostawiamy nasza auto i przesiadamy się do łódki.

Teoretycznie wypożyczyliśmy auto terenowe 4x4 i moglibyśmy porwać się na przejazd samodzielny do naszej lodży off roadem, ale ostrzeżenie właścicielki lodży i znalezione we wszystkich przewodnikach opisy drogi, która w porze suchej uchodzi za łagodną i przystępną trasę offroadową ale w porze deszczowej potrafi zmienić się w koszmar dla podróżujących, gdyż na jej szlaku przebiegają koryta bagatela 7 kolejnych rzek, jakoś nas skutecznie przekonuje, że następne trzy dni bez auta to żadne wyrzeczenie i z lekkością serca zostawiamy nasze bagaże zasadnicze przepakowując się tylko w małą walizkę i wsiadamy do łódki.

Płyniemy

Czujny pan kapitan rodzinkę białasów z dzieciakami usadawia na samym końcu łodzi co zwiastuje fale a może i inne niespodzianki. Nie pada, rzeka prezentuje się bardzo okazale. Z daleka słychać już szum fal morskich a za chwilę otwiera się okno na świat i nagle nasza łódź musi się wpasować pomiędzy fale oceanu. Trochę rzuca, trochę poszukujemy własnego ślizgu, ale po chwili jest wszystko ok.

Przybijamy do plaży zastanawiając się jak będziemy wysiadać, okazuje się, że nie ma nic prostszego ot tak po prostu do wody: hop siup i już…

Pomocnicy wynoszą nas i nasze bagaże z łodzi, dzieciaki nawet na rękach.

Hotel czy hostel?

Na plaży skromne powitanie przez parę Belgów, którzy pracują tu na wolontariacie w zamian otrzymują jedzenie i spanie.

Ale pojawia się i sama właścicielka, z którą prowadziłam korespondencję, dziwi mnie jedynie fakt, że zakupiłam domek typu bungalow w hotelu a tu wszyscy jak mantrę powtarzają z naciskiem witamy w naszym hostelu. Nie zrażam się, ale różnicę wysłyszałam.

Dokonujemy od razu płatności, Anna mieszka wprost na plaży a my musimy przejść kawałek w górę wioski na farmę, gdzie pośród magicznego lasu stoi kilka domków. Warunki to sobie Pani sprawiła iście spartańskie do życia na stałe, ponieważ częstuje nas herbatką albo bardziej naparem z lokalnych ziół i pozwala skorzystać z toalety dzieciom, możemy się przekonać jak wygląda jej domeczek… standardów niemieckich nie przypomina. Z pewnością nie wygląda jakoś bardzo okazale.

Zaczyna padać na dobre, z doświadczenia wiemy że nie ma co czekać, bo albo przestanie  albo rozpada się na dobre, zatem idziemy. Przypomina to trochę tor przeszkód, bo już po kilku krokach się okazuje, że mamy do pokonania rzekę, potem musimy wejść po schodach, następnie strome podejście po drodze szutrowej i wreszcie dobijamy do bram wsi. Tu na samym początku wita nas uśmiechnięty pan doktor rasta z dredami i słuchawkami na szyi, potem przejeżdża dostojnie patrol policji – ten jak się okazuje pojawia się tutaj raz na miesiąc czyli mamy ogromne szczęście, widząc go akurat dzisiaj.

Wreszcie jest brama ze szlabanem i nasz hotelo – hostel. Przemiłe miejsce, aczkolwiek rzeczywiście bardzo skromne, choć  my i tak mamy pełen luksus bo wybrałam domek z łóżkami piętrowymi ale i własnym prysznicem i toaletą. Klimatyzacja, wiatraki, ściany, moskitiery mogłyby nie istnieć domek jest zbity z symbolicznych desek ze szparami na przestrzał i będzie się zapewne tu spało jeszcze trudniej niż w dotychczasowych hotelach. Nie o spaniu myślimy ale o kubku dobrej kawy, dzieciaki poznają w ogrodzie Julkę Niemkę, która podróżuje po Kostaryce ze swoją Mamą, zaraz nawiązują wspólny język i grają w różne gry oraz kolorują. Jest piekielnie duszno i parno, rzeczy lepią się do skóry w kilka sekund.

Koniec świata

Ruszamy do miasteczka w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, jedna z rodzinnych knajpek wygląda bardzo zachęcająco. Mamy jak zwykle rybę, ryż z owocami morza i mięsko. Bardzo smaczny posiłek. Po krótkim obchodzie tutejszych atrakcji mamy tylko pewność, że jesteśmy na końcu świata. Zapisujemy się na rejs połączony z nurkowaniem jutro rano.

W hotelu wspólnie z Niemkami smażymy naleśniki, trochę zakłócają spokój tego miejsca dziewczynki, które wybierają się wspólnie do ogrodu. Tyle, że zamiast marchewek rosną tu banany, nie ma dżdżownic ale jadowite węże a na drzewach zamiast pociesznych wiewiórek spotkać można rozrabiające kapucynki. Dziewczyny wyposażone w kalosze i latarki wydają się zamieniać w Indianę Jonesa, ale kiedy po pół godzinie nadal ich nie ma z powrotem z odsieczą rusza misja poszukiwawcza, która na szczęście za drugą rzeką odnajduje je idące dalej i dalej w pogoni za małpami, motylami, czyli klasyka gatunku.

Ulewa życia

O 19:00 jak w zegarku leje, ale jak. Już pisałam kiedyś że przeżyliśmy ulewę życia???  To odszczekuję te słowa i dzisiaj to dopiero leje. A tu prądu brak, ciemno, głucho, dziury w dachu i ścianach, wiatraki stanęły, powietrze kłębi się szukając sobie ujścia ale bezskutecznie gdyż deszcz wtłacza je z powrotem do naszego pokoju. I ten czas, jakby stanął w miejscu, jak my dociągniemy do 7 rano?


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: