Relacje z podróży ESTA Travel - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 22.09-11.10.2019

Zaskakujący dzień pełen przygód


25-09-2019

Cóż to był za dzień!

Ale wszystko po kolei… Najpierw obudziliśmy się z wieloma wrażeniami po nocy w nowym miejscu. Już wieczorem, kiedy kwaterowaliśmy się w pokojach, okazało się, że nie ma prądu, ale działał generator, o czym nie wszyscy wiedzieliśmy od początku. Co ktoś z nas w swoim pokoju włączał bojler to korki padały, co ktoś próbował włączyć czajnik to samo, a prąd włączało się na ścianie pokoju 9 przesuwając włącznik patykiem, który był w zestawie i leżał na ziemi. Tyle że my mieszkaliśmy w pokojach 1,2,3 i do włącznika trzeba było lecieć za każdym razem po omacku.

Etiopia unplugged

Wreszcie sprawę nam ułatwiono, bo około 22 prąd wyłączono na dobre, siadły wiatraki, zgasły lampy i poszliśmy spać. Nikt nie wie jak długo nam dane było spać, bo pierwszy kogut i to ten wydawałoby się tuż za oknem każdego z pokoi, tak przynajmniej to odbieraliśmy, zaczął piać już około 3, a może 4, a potem to chyba już co 10 minut, a może i częściej.

Nie mamy wątpliwości co zamówimy na dzisiejszą kolację; oczywiście, że grillowanego kurczaka, był nam zaproponowany już wczoraj z uwagą, że trzeba na niego dłużej poczekać, bo jeszcze żyje i zanim go przygotują to trochę czasu zajmie, więc my w dobrej wierze darowaliśmy kurakowi życie a on niewdzięcznik budził nas w środku nocy.

Mile zaskoczyło nas śniadanie, które sprytnie zamówiliśmy już wczoraj wieczorem, by całą sprawę usprawnić. I to był bardzo dobry ruch taktyczny. Śniadanie czekało na nas, a nie na odwrót.

Jedną nogą w Kenii

Gotowi do drogi wybraliśmy się w stronę granicy z Kenią, by zobaczyć plemię Dasanech. Przeszliśmy kontrolę paszportową, wsiedliśmy do wydrążonych w figowcach dłubanek i przepłynęliśmy rzekę. Znaleźliśmy się nawet na chwilę w Kenii, gdzie zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia przy słupku granicznym. Krajobraz się nam wypłaszczył, sucho tu wszędzie.

Odwiedzamy wioskę. Jesteśmy jedynymi turystami. Auta, które spotkaliśmy przy odprawie paszportowej pojechały na szczęście dla nas do innej wioski. Jak tylko zatrzymamy się przy płocie, z chatek wybiegają dzieci i dorośli. Są dla nas bardzo przyjaźni, nie nadążamy z robieniem zdjęć. Same czarne czupryny lgną nam do obiektywów. O samotnych portretach nie mamy co marzyć. Jest gwarno, wesoło, dzieciaki z zaciekawieniem oglądają siebie na wyświetlaczach naszych aparatów i telefonów.

Kiedy nasycimy się wspólnymi zdjęciami, ku obopólnej uciesze, co warto podkreślić, ruszamy na spacer po wiosce. Udaje się nam nawet zajrzeć do wnętrza jednego z domków.

Żal odjeżdżać...

Zanim jednak pożegnamy się z wioską, zostawiamy im prezenty, jedną walizkę z rzeczami przywiezionymi dla dzieciaków z Polski oraz dwa worki łusek po kawie. Trwają wprawdzie jakieś dyskusje, ale niestety nie wiemy czego dotyczą.

Czas na nas. W drugiej wiosce przystajemy tylko na zakupy. Oczywiście głównym towarem są świecidełka, korale i bransoletki — nasze kolekcje się powiększają.

W drodze do Turmi zamawiamy lunch telefonicznie, zaskakuje nas jak sprawnie się nam to udaje, ale jak dotrzemy na miejsce, nie mamy już złudzeń, dlaczego to działa tak dobrze. Lodge bardzo przyjemna, obsługa sprawna, dania pyszne. Oczywiście mimo zamówionych dań z naszej karty, zawsze podglądamy co akurat dzisiaj zamówili nasi kierowcy. Jak się okazuje, codziennie jadają to samo: injera z dodatkami, jednak już wiemy, że w każdym miejscu będzie ona inaczej wyglądać, smakować oraz zostanie inaczej podana.

Zwyczajem i okazaniem gościnności w Etiopii jest częstowanie gościa kęsami jedzenia wkładanymi prosto do buzi przez Etiopczyka. Teraz i my jesteśmy karmieni z ręki przez naszych kierowców.

Zawiła ceremonia plemienia Hamerów

Posileni pędzimy dalej. Przed nami atrakcja ponadprogramowa, mamy ogromne szczęście, bo akurat w wiosce 45 km od Turmi odbywa się dzisiaj ceremonia inicjacji chłopca z plemienia Hamerów. Na dzisiaj przypada trzeci ostatni dzień ceremonii, zwieńczony chłostaniem kobiet oraz skakaniem przez grzbiety byków. Robię mały wstęp odnośnie tej tradycji, ale na miejscu okazuje się, że coś, co wydawało się nam trudne do zrozumienia, teraz kiedy stajemy się naocznymi świadkami tych obchodów, jest jeszcze bardziej zawiłe.

Nagle znajdujemy się w samym środku obchodów intymnej uroczystości wejścia w dorosłe życia młodego chłopka. Bez trudu wypatrujemy go pod skórą kozy — zawstydzony przesłania swoje nagie ciało. Z boku zgromadzone kobiety podśpiewują i podskakują bardzo rytmicznie. Mężczyźni zgromadzeni w drugim końcu przypatrują się całej sytuacji, udzielają najpierw błogosławieństwa bransoletek, a potem na samym końcu przekazują chłopakami błogosławieństwo ojców.

Cała uroczystość jest dla nas bardzo ciekawa. Dzięki temu, że zapoznaliśmy się wcześniej z zasadą obchodów łatwiej nam teraz obejrzeć i poskładać kolejne elementy na całe zdarzenie. Niektóre jej fragmenty jak chłostanie kobiet po plecach witkami czy erotyczne głaskanie jałówki przez chłopaka – bohatera wydarzenia wydają się nam zupełnie odmienne kulturowo. Musimy to wszystko spróbować zrozumieć oczami miejscowych.

Skosztować miodu prosto z ula

Po ceremonii, kiedy miejscowi udają się w pośpiechu do wioski młodego, by tam jeść i pić, turyści udają się do swoich samochodów, my zostajemy jeszcze sami na wielkim placu pod akacją. Robi się cicho, opada ostatni pył i kurz, wreszcie jest spokojnie, uzupełniamy sobie pewne informacje i zmierzamy także my do aut. Po drodze wpadamy na pomysł, to Wacek i Asia, że chcielibyśmy skosztować miodu prosto z ula, wielkiej tuby, jakich tu wiele na drzewie. Nasz przewodnik chcąc spełnić i to nasze życzenie już obmyśla plan.

Na parkingu, gdzie mieli czekać na nas kierowcy okazuje się, że nie ma nikogo. Podobno w obawie, że suche jak pieprz koryto rzeki, którym dotarliśmy na miejsce, mając przez ostatnie 5 km prawdziwy off road może się nagle wypełnić wodą, kierowcy pojechali sugerując, że powinniśmy te 5 km brodząc w piachu dojść pieszo. Oczywiście, na to nie przystaliśmy, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na miód.

Miejscowy Hamer po krótkich negocjacjach wraz z kolegą dają się namówić, Wacek na szczęście ma i zapałki i nóż i za chwilę rozniecamy pod wielką akacją, na której są dwa ule, małe ognisko, od którego chłopaki podpalają pochodnię i wspinają się po konarach do ula.

My wstrzymujemy na chwilę oddech, ale okazuje się, że chłopaki robią to na tyle sprawnie, że nic nam nie grozi i już za chwilę objadamy się cieknącym pysznie miodem. Tak świeżego nikt z nas nie jadł jeszcze nigdy.

Rzeka, która pojawia się i znika

Objedzeni i osłodzeni wracamy do aut i dalej korytem rzeki do drogi. Po prawie 40 km, kiedy mamy już szykować się do kolacji nagle, ni stąd, ni zowąd, na naszej drodze staje rzeka. Wierzcie lub nie, ale kiedy jechaliśmy tą samą drogą przed 4 godzinami, nie było tu choć odrobiny wody w korycie, obok w dwóch sadzawkach było widać pojedyncze osoby, które napełniały swoje kanistry na wodę, ale rzeki ani  śladu. I co teraz?

Wysiadamy z samochodów, nurt bardzo bystry, woda głęboka, jeden z kierowców podwija nogawki i próbuje przeprawić się pieszo na drugi brzeg. Nic z tego – nie ma szans, piasek podmókł i kierowca zapada się niemal po pas.

Zostaje nam czekać, nikt nie wie jak długo. Kierowcy naprędce szykują nam ognisko, Beata znajduje przekąski i naleweczki, które akurat miała ze sobą. Robi się nawet przyjemnie, słońce zachodzi, mija dopiero 10 minut. Siedzimy tak sobie, dołączają do nas kolejni kierowcy, którzy podobnie jak my utknęli za rzeką. Jeden hardy podjeżdża swoją ciężarówką chcąc wjechać do rzeki, jednak po oględzinach wycofuje się. Mija godzina. Poprawy nie widać, wody ubyło może na 3 cm, ale głęboko jest nadal. Zaczyna padać, chowamy się do samochodów, porządkujemy zdjęcia, słuchamy muzyki, znowu wracamy do ogniska. Mija 1,5 godziny, po dwóch po raz kolejny oglądamy sytuację, nie jest lepiej. Ciężarówka decyduje się jednak przejechać rzekę, niestety prawie przed końcem zakopuje się i to solidnie, bez pomocy nie uda się jej wyjechać.

Po 2,5 godzinach trzeba zacząć działać, mamy do wyboru albo przeprawę przez rzekę pieszo, albo nocleg w autach. Wybieramy przeprawę przez rzekę, w samych majkach i bluzach, z rzeczami pod ręką. Każdego z nas prowadzi kierowca, nie jest to takie straszne, po kilku minutach w komplecie stajemy po drugiej stronie rzeki. Hurrra!

Teraz tylko musimy zamówić auta by nas przewiozły do lodge na kolację, ale przed nią obmywanie nóg. Niektórzy z nas mieli szybkie mycie nóg jeszcze przed wejściem do samochodów, bo były nieziemsko zapiaszczone.

Kiedy wreszcie zasiadamy przy wspólnym stole nie wiadomo od czego zacząć omawianie naszych przygód. To był wspaniały dzień.

Następny dzień

Pojechali i napisali: