Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Peru i Boliwia 5-25.10.2007

Pustynia Siloli, laguna Colorada, Uyuni

16-10-2007

Po powrocie kolacja jest już prawie gotowa. Niestety Janusz A. nie czuje się wcale lepiej. Wzywamy lekarza, który przy okazji bada także naszą Olę, której dokucza kaszel i ból gardła. Kolacja gotowa. Zajadamy ze smakiem przepyszną zupę. Znowu uznajemy posiłek przygotowany w tych warunkach za mistrzostwo świata. Dzisiaj niedziela, mamy urodziny w grupie. Jest wielki tort, który specjalnie zamówiony przyjechal aż z Uyuni (ok. 5 godzin drogi), mamy prezent - album z wpisami wszystkich uczestników, tyle tylko, że nasz Jubilat - chory leży w łóżku. ( Dzisiaj jest właściwy dzień urodzin Janusza A.) Postanawiamy jednak uczcić nawet jeśli zaocznie Jego święto. Z gromkim "sto lat" na ustach cała grupa pakuje się do maleńkiego pokoiku; życzenia, uściski, całusy. Zajadamy się tortem i popijamy lokalnym winem. Jak się okaże skutecznie, bo Janusz powoli wracać będzie do formy.

Dość wcześnie ruszamy dalej na południe. Zbliżamy się do granicy z Chile. Pamiątkowe zdjęcia pod wulkanem. Dzisiaj do przejechania aż 250 kilometrów po bezdrożach boliwijskich. Zachwycamy się widokami. Już wiemy, że Boliwia i wyprawa w głąb tego kraju była dobrym pomysłem. Dzielnie znosimy trudy podróży. Zżywamy się z naszymi kierowcami i kucharkami. Pojawiają się pierwsze laguny. Każda kolejna podoba się nam coraz bardziej. Są też flamingi, całe stada. Fotografujemy je z każdej strony. Po obiedzie czeka na nas pustynia Siloli i znowu bardzo ciekawe formacje skalne oraz słynne skalne drzewo. Na sam koniec naszej wędrówki docieramy nad brzeg Laguny Colorada. Jest pięknie. Nie możemy się nasycić widokami. Wreszcie udajemy się na nocleg. I właściwie tu dopiero po raz kolejny już podczas trwania naszej wycieczki zaczyna się nasza przygoda. Parkujemy przed budynkiem, który z zewnątrz nie budzi naszych większych zastrzeżen. Wiemy, że warunki bedą skromne, ale że aż tak...? Sale wieloosobowe - to udało się nam opanować dość szybko, mamy trzy sale. Łazienki na końcu korytarza. Wszystko jasne. Prysznica brak. Ciepłej wody jak na lekarstwo. A firanki w pokojach powiewają od wewnątrz. Zegarek Jurka pokazuje 4780 metrów. Tak wysoko jeszcze nie spaliśmy. Choroba wysokościowa przechodzi z Janusza na Danusię A. My staramy się ogrzać. Najpierw przy gorącej kawie i herbacie, potem nakładając kolejno na siebie warstwy naszych ubrań. Wyglądamy jak Eskimosi. Na szczęście do kolacji udaje się nam rozpalić prowizoryczną kozę, i tym samym ogrzewamy się trochę. Rozochoceni ciepłem zaczynamy przypominać sobie piosenki. Dostaję zadanie bojowe od Eli sporządzenia śpiewnika na kolejne wyjazdy. Jesteśmy mistrzami pierwszych zwrotek i refrenów, poza tym lalalalala. Wreszcie ok. 20.30 bierzemy głęboki oddech i decydujemy się zagrzebać w naszych śpiworach i iść spać. Aby skrócić sobie noc postanawiamy wyruszyć już o 5 rano.

Tak szybko nie wstawaliśmy jeszcze nigdy. Wsiadamy niczym kokony albo mumie do aut i jedziemy. Nie jesteśmy odosobnieni w naszych pomysłach, towarzyszą nam w ciemnościach światła wielu innych jeepów z turystami. Na okna naszych aut wkrada się najprawdziwszy mróz. Za oknem - 6 stopni. Pierwszy postój przy czynnych gejzerach. Wszędzie kłębi się para. Przy wschodzącym słońcu widoki znowu oszałamiające. Dalej gorące źródła. Nie odważamy zanurzyć się w nich całkowicie ale kilkoro z nas zanurza chociaż stopy. Gorąca woda działa rozgrzewająco na całe ciało. Czas na śniadanie. A potem dalsza podróż do Laguny Zielonej. Rzeczywiście jest zielona, przepięknie odbija się w niej wysoka góra tworząc tym samym dwie góry jedna nad drugą. Po drodze oglądamy jeszcze skały Dalego i wracamy na miejsce kąpieli w termach. Stąd ruszamy objeżdżając Lagunę Colorada na północ do Uyuni. Dzisiaj znowu kawał drogi przed nami. Do przejechania ponad 450 kilometrów, cały czas zostajemy na drogach szutrowych. Po drodze zaglądamy do kościoła San Cristobal. Do trzech razy sztuka, tym razem udaje się nam zwiedzić kościół także od środka. Gnamy przed siebie, żeby przed zachodem słońca dotrzeć do Uyuni. Bardzo mi zależy, żeby zobaczyć stożki soli, tam gdzie ona nadal jest wydobywana przez miejscową ludność. W ostatniej chwili wpadamy ponownie na teren salarów. Widzimy nawet ostatnie pracujące jeszcze grupki ludzi oraz stożki z solą. Sesja zdjęciowa. Piękne zwieńczenia dnia. Był wschód słońca na salarach, a teraz jesteśmy świadkami pięknego kolorowego zachodu słońca.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: