Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 14.01-1.02.2008

Morella, Taxco, stan Oaxaca

20-01-2008

Zjazd na parking dolny już nie był taki straszny i bardziej śmialiśmy się niż drżeliśmy z przerażenia. Przesiadka na nasz autobus i droga do Morelii. Czasu ubywało a ja jeszcze bardzo chciałam pokazać miasto. Wpisane na listę UNESCO zachwyciło nas wszystkich. Niechcący wyszło na zwiedzanie Morelii by night. Zaczęliśmy od pięknej katedry, dominującej w centrum, następnie Pałac Gubernatora, Św. Róża i na sam koniec spacer pod dom Murellosa. Po drodze złapaliśmy grupę grajków, która bawiła nas przez chwilę skocznymi rytmami meksykańskimi. Wróciliśmy do hotelu wprost na kolację. Smakowała nam wyjątkowo dobrze. Zmęczenie dało znać o sobie. Tylko część z nas wyszła jeszcze raz na spacer. Gromadzimy siły na jutro. Taxco - srebrne miasto przed nami.

Wyjeżdżamy dość wcześnie. (wiem, co by powiedział Ludwik: dużo za wcześnie). Przed nami znowu długa droga. Codziennie spędzamy sporą część czasu w autobusie na przejazdach. Odległości są znaczne. Korzystamy z czasu na opowieści o Aztekach. Oglądamy kolejny film o Majach. Poza tym podziwiamy widoki. Ostatni etap drogi pnie się dość ostro pod górę. Nasza Hania przez chwilę ma dość krętej górskiej drogi, na szczęście to ostatnie kilometry przed Taxco. Zatrzymujemy się na punkcie widokowym, by zrobić zdjęcia całego miasta. A potem już tylko zwiedzanie. Zaczynamy od wizyty w kopalni srebra. Oczywiście turystycznej kopalni srebra, gdzie zgarniamy trzy nagordy (Basia, Kasia i Ludwik) a potem krętymi, urokliwymi uliczkami docieramy na plac główny miasteczka wraz z kościołem Św. Pryski. Dziś wyjątkowy dzień w mieście. Sklepikarze dekorują przy nas swoje witryny i wejścia do sklepów czerwonymi bibułami. Kościół obchodzi swoje 250-lecie. Poza tym w dniu dzisiejszym imieniny obchodzi Pryska, patronka kościoła. Na Placu rozstawiają się orkiestry na żywo. Stoją kramy z balonikami, owocami z chilli. Ogólnie panuje duży ruch. My wchodzimy wspólnie do wnętrza przebogatego kościoła, a potem rozchodzimy się w miasto. Zakupy, zakupy, zakupy... Dziś padło na srebro, różnej maści, wielkości. Specjalnie napiszę, bo miałam nie pisać, że Asiunia sprawiła sobie piękną misę w srebrne rybki. Poza tym mamy kolczyki, brochy, naszyjniki, pierścionki. Kolejką linową wjeżdżamy do naszego hotelu. Z zamiarów basenu nici, bo zimne noce nie pozwalają nagrzać się wystarczająco wodzie (nie dla Janusza, który jako jedyny korzysta z kapieli pod gwiazdami). Za to widok z naszych pokoi niezapomniany. Delektujemy się najpierw zachodem słońca, a potem już migoczącymi światełkami w mieście. Czas na kolację, a potem zajęcia w podgrupach.

Wstajemy bardzo wcześnie. Delektujemy się śniadankiem z widokiem na miasto. I do kolejki. Razem z bagażami podręcznymi zjeżdżamy do miasta. Tam czeka na nas autobus. Dzisiaj droga do Puebli. Docieramy na miejsce około 13. Przed wjazdem do właściwego centrum zatrzymujemy się w Cholula. Wszyscy podejmujemy próbę zdobycia najwyższej piramidy w całej Ameryce Łacińskiej. Na szczycie piramidy kościółek i widok na dwa wulkany. Niestety chwilowo zachmurzyło się nam niebo i nie było widać samych szczytów, skąpanych w białym puchu. Pocieszamy się kupując kartki. Po drodze dopadliśmy stragan z najprawdziwszymi konikami polnymi w chilli i cytrynie. Czy były smaczne? Rzecz gustu, ale każdy skusił się choć na jednego. Chrzęściły nam w zębach ich skrzydełka i nóżki, ale skoro to lokalny przysmak, nie mogliśmy z niego zrezygnować. Podjeżdżamy autobusem pod hotel w centrum. Mieszkamy dziś bardzo urokliwie. Stary, bo XVII-wieczny klasztor zaadoptowany na hotel i to luksusowy. Przepiękny korytarz, bardzo przyjemne patio. Pokoje przerobione z zakonnych cel z zachowanymi starymi meblami.  Zdążyliśmy tylko zabrać nasze bagaże do pokojów i biegiem na zdjęcia w hotelu. Ponieważ byliśmy bardzo głodni, a ja w trakcie przejazdu wyglosiłam mini wykład o kuchni meksykańskiej, zwiedzanie Puebli zaczynamy od uczty kulinarnej. Na naszym stole króluje kurczak w sosie czekoladowym, tortille, sos z awokado. Pyszności. W biegu mała kawa i przed nami zwiedzanie, najpierw katedra, potem Kościół Dominikanów, a na sam koniec targ z rękodziełem. Najbardziej spodobała się nam Kaplica Różańcowa. Wieczorem na patio hotelowym uroczysta i jakże elegancka kolacja. Jest nam bardzo zimno, na tyle, że obsługa przynosi nam lampy i nas dogrzewa. Część z nas przenosi się jeszcze do nowicjatu - tak nazywa się kiedyś przyklasztorny a teraz przyhotelowy bar. Bardzo miło przy jazzie na żywo kończymy nasz dzień.

Leniwa niedziela zaczyna się późnym śniadaniem, nie jesteśmy dziś rannymi ptaszkami, a jak się okazuje schodzimy na śniadanie jako jedni z pierwszych. Udało się nam zaaranżować mszę po polsku w najpiękniejszej jak do tej pory Kaplicy. Zachwyceni jej przepychem zasiadamy w kościelnych ławkach. Po mszy czas na niedzielną kawkę i czas na nas. Przejeżdżamy do stanu Oaxaca. Po drodze koniecznie przystanek na zdjęcia z kaktusami, pod kaktusami, obok kaktusów. Sesja zdjęciowa nie ma końca. Popołudniem docieramy na miejsce. Doszliśmy do wprawy w szybkim kwaterowaniu się. Tylko wjeżdżają bagaże, a my już schodzimy na zbiórkę. Przed nami spacer po mieście. Najpierw Dominikanie, potem Zocalo i katedra. Przekąszamy miejscowe smakołyki: orzechy w czekoladzie, jabłka w lukrze. Dalsza droga wiedzie do fabryki najprawdziwszej czekolady, już z daleka pachnie wanilią, cynamonem i orzechami. Kolacja połączona z występami folklorystycznymi. Tylko Zosia H., Renia i obaj Rysie wytrzymują do końca. My wychodzimy po angielsku. Może jesteśmy zmęczeni, a może występy nie są aż tak porywające...


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: