Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 8-22.02.2008

Johannesburg, Lesedi, Gold Reef City, wodospady Lizbona i Berlin

11-02-2008

I po raz kolejny ruszamy w drogę. Tym razem celem naszej podróży jest Republika Południowej Afryki. Spotykamy się na Okęciu o 13.00. Od rana śledzimy informacje podawane przez radio i telewizję donoszące o strajku personelu pokładowego i odwołanych lotach. Na miejscu okazuje się, że nie taki diabeł straszny. O 13.00 jest już po strajku i odprawa przebiega w ustalonym porządku. Najpierw jednak zapoznajemy się wewnątrz grupy. Tym razem mamy zaledwie 12 osób: Krzysia, Juliusz, Ania, Marek, Teresa, Kasia, Władek, Małgosia, Wacek, Grażyna, Oskar i Estera. Lecimy przez Londyn. Linie afrykańskie od początku wprowadzają nas w klimat, jakiego należy spodziewać się na miejscu. O ustalonej porze do odprawy stawiamy się na miejscu. Cały tłum pasażerów oczekuje na otwarcie bramki, a tu obsługa oświadcza, iż załoga całego samolotu utknęła w korkach na ulicach Londynu i odlot opóźni się ok. godzinę. I rzeczywiście po 12 godzinach lotu lądujemy szczęśliwie w Johannesburgu. Czeka na nas nasz miejscowy przewodnik – Polak. Andrzej od 25 lat jest mieszkańcem RPA i od wielu lat pracuje w turystyce. Zanim jednak wyjdziemy z lotniska czeka na nas całe mnóstwo formalności i długa kolejka do odprawy. Wreszcie zostaje tylko wymiana pieniędzy. I niespodzianka, kilka kantorów z rzędu nie ma wystarczającej ilości gotówki.

W drodze do hotelu przejeżdżamy przez administracyjną stolicę kraju Pretorię. Zachwycają nas szerokie autostrady i ruch uliczny. Korzystamy z tego, że jest sobota i nie ma korków. Zwiedzanie dzisiaj po długim locie jest dla nas obowiązkiem. Ale jutro jak się wyśpimy będzie na pewno lepiej. W wiosce Lesedi, gdzie spędzimy dzisiaj naszą pierwszą noc w RPA kwaterujemy się w barwnych domkach gościnnych. Zostajemy zaproszeni do zwiedzania kilku wiosek żyjących na terenie RPA plemion. Jest film, prezentacja mieszkańców w ich tradycyjnych strojach, opowieści o ich zwyczajach. Największą maskotką stają się dwa Maluchy, które na dobre dołączają do naszej grupy. Cała prezentacja kończy się kolacją z daniami afrykańskimi przy dźwiękach muzyki afrykańskiej i obecnością samego wodza wioski. Jest 20.00 a my tylko marzymy o jednym: spać, spać, spać.

Na okazję pierwszego dnia pobytu w RPA Kasia ułożyła wierszyk:

Przyjechała do Lesedi Dwunastka,

Z kraju nad Wisłą i niejednego miasta.

To czego w szkole się o nim uczyli

Na własne oczy dziś zobaczyli.

Bo tu naprawdę Bambo mieszka

I ma taką skórę ten nasz Koleżka.

Oczy ma czarne – to perły tej ziemi, nas się nie boi i nie ucieka.

A czy napije się dziś mleka – nie wiem.

Ale jak się dowiem, to Wam wszystko to opowiem.

Zaczynamy dzisiejszy dzień delektowaniem się pysznym śniadaniem w lokalnej restauracji. Niektórzy z nas nie  mogli dospać do końca, Ania i Marek oraz Teresa i Władek byli jako pierwsi. Następni dołączyli trochę później. Świeże truskawki, pyszne melony, papaja, marakuja… Ruszamy naszym busem najpierw do nowego hotelu. Zostawiamy nasze bagaże i ruszamy dalej. Pierwszą atrakcją będzie Gold Reef City. To park tematyczny, gdzie najpierw oglądamy film poświęcony pierwszym kopalniom złota w Johannesburgu. Potem zjeżdżamy 250 metrów pod ziemię, by obejrzeć  kolejne kroki  wydobywania złota. Ostatnim etapem jest pokaz wytapiania złota. Na samym końcu każdy z nas nie tylko ma okazję zrobić sobie zdjęcie z najprawdziwszą sztabką złota, ale nawet jej dotknąć i pogłaskać. Teraz czas na odwiedziny w jednym z domów – muzeum,  jednego z potentatów złota sprzed stu laty. A w czasie wolnym szaleństwa. Niektórzy decydują się na kawę i małą przekąskę, a potem karuzelę. Gosia, Oskar i ja dzielnie kroczymy w stronę najbardziej niebezpiecznych i zakręconych zjeżdżalni. Pierwsza z nich to żółte cudo, zasiadamy z Gosią w pierwszym wagoniku i wstrzymujemy oddech. Niezła zabawa. Kolejna próba którą podejmujemy ja z Gosią to kolejka, gdzie rzuca nami na prawo, na lewo, głową w górę, głową w dół. Super. Na sam koniec dołączają do nas Oskar, Wacek i Grażyna i decydujemy się na łódki. Biegiem do wyjścia. Drugą częścią dzisiejszego dnia jest wizyta w SOWETO – czarnej dzielnicy Johannesburga. Wjeżdżamy w miasto, zza okien autobusu podziwiamy ruch uliczny, chaos na ulicach, mieszankę wśród ludności. Nie uświadczy się tu ani jednego białego. Docieramy do domu, gdzie niegdyś mieszkał Nelson Mandela. Najpierw nikt nas nie chce wpuścić na zwiedzanie do środka. Po krótkich negocjacjach udaje się nam wyprosić pozwolenie na wejście do środka. Oglądamy dokumenty z życia Mandeli.

Wracamy na nocleg do hotelu. Zabieramy bagaże, odpoczywamy. Dzisiejsza kolacja w restauracji Carnivore. Prócz ciepłego chleba, wielorakich sosów wreszcie na stół wjeżdżają różnorakie mięsiwa. Zaczyna się od kurczaka, wątróbek na ostro, żeberka wieprzowe, zebra, impala, antylopy, struś, wołowina, baranina. Palce lizać. To wszystko polane sosami: miętowym, czosnkowym, żurawinowym, koperkowym, chilli. Do tego na stole króluje południowoafrykańskie czerwone wino. Kończymy ten dzień na wesoło.  Jutro wstajemy bardzo wcześnie. Przed nami jutro droga na północ RPA. Trasa panoramiczna. Jutro  zmieniamy naszego przewodnika, Andrzej zostaje u siebie w Johannesburgu, a odbiera nas Artur – przewodnik pochodzący z Kapsztadu. W opowieściach o tradycjach czarnych mieszkańców RPA Andrzej opowiada o posagu jaki płaci tutejszy mężczyzna za kobietę. Zostaję mimowolnie wyceniona: zaledwie jedna krowa i jedna koza. Nie rokuje to zbyt dobrze. Zobaczymy co powie jutro Artur.

Życie nasze to czas,

Pobyt w Misty Hills to chwila.

Życzę Wam, by każdy z Was

Przeżył tę chwilę w swym życiu choć raz.

Ten nocny chichot żab, poranny ptaków śpiew, a my wstajemy o 5.30 radośni i wypoczęci,

By gonić przygodę naszego życia za dnia – bo cudowny to czas.

Trzeci dzień naszego pobytu w RPA. Nie protestujemy, kiedy okazuje się, że musimy wstać o 5.30 rano. Przed nami dzisiaj kawał drogi, ponad 550 kilometrów. Zaczynamy jednak od  śniadania. Po drodze do restauracji budzimy poranne ptaki. Niektóre z nich od dawna urzędowały już w gałęziach przy naszych domkach. Zasiadamy w autobusie, pierwsza część trasy dość monotonna i nudna. Krajobrazy płaskie. Dosypiamy noc. Wreszcie od Neilspruit zapowiada się na nagłą zmianę widoków. Jest o wiele bardziej ciekawie. Zaczynamy wjeżdżać w góry, widoki zapowiadają obiecującą Trasę Panoramiczną, na którą właśnie wjechaliśmy. Zaczyna dokuczać nam głód. W drodze kompromisu wybieramy przystanek na obiad i kawę razem zanim jednak zasiądziemy nad lunchem, zaglądamy do Pilgrim’s Rest – miejsca, gdzie niegdyś wypłukiwano złoto z rzeki, a do dnia dzisiejszego miasteczko zachowało wygląd z przełomu wieku. Robimy sobie spacer zerkając na wyłożone na straganach pamiątki. Wreszcie czas na jedzenie. Kusimy się na najlepsze w RPA naleśniki. Decydujemy się na wersje na słono: z boczkiem i serem, suszonym mięsem, wątróbkami na ostro. Ale niektórzy z nas wybierają wersje na słodko: z wiśniami, bananami, czekoladą i lodami. Wszystkim nam jedzenie smakuje wybornie. Teraz odżywamy i jesteśmy gotowi na największe wrażenia dzisiejszego dnia – Trasę Panoramiczną. Najpierw Palec Boży, wielki głaz wyrastający wprost z dna rzeki i zapowiedź pięknych widoków w oddali. Zaczęliśmy sesję zdjęciową. Nadrabiamy przedpołudnie, które właściwie w całości spędziliśmy w autobusie. Kolejny przystanek to Okno Boga, i widok, który zapiera nam dech w piersiach. Na szczęście mamy dziś fantastyczną widoczność. Niski i Wysoki Weld widziane z góry robią na nas wrażenie. Jedziemy dalej, czas depcze nam po piętach, a przy każdym postoju kuszą stragany z pamiątkami. Wygrywa jednak rozsądek i za kilka minut jesteśmy przy Wodospadzie Lizbona. Sesja zdjęciowa, następnie Wodospad Berlin. I znowu kolejne zdjęcia. Zostały nam jeszcze tajemnicze kotły erozyjne, nie bardzo możemy sobie wyobrazić co się kryje pod tą nazwą. Na dodatek podjeżdżamy do bramy, a szlaban zamknięty. Artur negocjuje i udaje się nam za Colę wjechać na teren kotłów. Tu dopiero jest pięknie. Nie możemy nacieszyć oczu. Kolejne kliknięcia i następne setki zdjęć. Na sam koniec, kiedy słońce chyli się powoli ku zachodowi przejeżdżamy do Trzech Chat. Już z drogi prezentują się bardzo okazale. I znowu czeka na nas opuszczony szlaban. Pan Wartownik tym razem wybiera mnie do negocjacji, spoglądamy sobie głęboko w oczy, wymieniamy kilka obietnic i tym razem też udaje się nam wjechać na teren punktu widokowego. Nie jesteśmy tu jedynymi zwiedzającymi, mimo późnej pory. W koszu na śmieci baraszkuje cała rodzina pawianów, spoglądają na nas z daleka obserwując przez chwilę a potem znikają. Przepiękne zwieńczenie naszej długiej podróży. Widok wart tej trasy. Zachodzące ciepłe, pomarańczowe promienie słońca.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: