Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie 14-30.10.2008

Świątynia Wisznu, Fort Jaigarh, Fort Amber

19-08-2008

Wyruszamy rano. Zanim jednak nasi Panowie zapakują bagaże, co dzisiaj sprawia im szczególną trudność idziemy pieszo do Świątyni Wiszny. Tutaj podglądamy modlących się wiernych. Ruszamy w drogę i choć kilometry nie zapowiadają długiego przejazdu, to już po pierwszej godzinie wiemy, że droga przed nami długa. Przy bramkach wjazdowych na autostradę korki, potem zator na drodze. Nie wiadomo z jakiej przyczyny wszystko stoi. I my też. Dziwne, bo brakuje tu kierującego ruchem. Samochody stoją najpierw na dwóch pasach, potem zjeżdżają z jednego i suną na oślep pod prąd, potem zmieniają pas i znowu jadą zgodnie z przyjętym kierunkiem jazdy. Do tego każdy na każdego trąbi, czy ma powód czy nie. Obserwujemy całą sytuację licząc, że wreszcie natrafimy na powód całego zamieszania. Jednak czekamy nadaremnie. Nie ma właściwie nic i korek nagle znika, a ciężarówki, motocykle i samochody osobowe wracają na swój tor ruchu. Po mniej więcej połowie odbytej drogi decydujemy się na pierwszy postój. Prócz toalety kusimy się na coś do picia i małą przekąskę. Tym razem wybieramy samosy –smażone na głębokim tłuszczu pierożki z nadzieniem z kurczaka lub warzywnym. Kolejny przysmak kuchni indyjskiej jest nam znany. Smakuje wszystkim bez wyjątku. Czas na drugą część naszej trasy. Trochę podsypiamy, trochę czytamy na głos o Indiach. Trwają dyskusje na temat tutejszego życia. Około 16 wjeżdżamy w granice miasta. Pierwszymi napotkanymi zwierzakami na drodze są tym razem wyjątkowo nie święte krowy tylko słonie. Po zakończonym dniu pracy wracają z Fortu Amber. Nasz przewodnik czeka w umówionym miejscu. Zmierzamy do Fortu Jaigarh. Niestety nie mamy zbyt dobrej widoczności. Niebo jest zasnute chmurami i według nas zanosi się na deszcz. I będziemy mieli rację, bo spadną całe trzy krople. Fort Jaigarh po całym dniu w autobusie sprawia nam mnóstwo frajdy. Po dotarciu do miasta zaglądamy do kamieni szlachetnych i diamentów. Najbardziej podoba się nam tu poczęstunek: rum z colą, samosy, chipsy…Ale nie tylko to nam utkwiło w pamięci. Prócz pouczającego mini wykładu o kamieniach i ich pozyskiwaniu przyglądamy się wielu wspaniałym wyrobom a niektórzy z nas popełniają pierwsze zakupy. Wreszcie docieramy do hotelu. Zanim jednak dojedziemy na nasz parking musimy przedrzeć się przez cały Jaipur w tym przez Stare Miasto, które o tej porze jest już pięknie podświetlone i panuje tu wielki ruch i harmider. Przed hotelem rozlega się głośna muzyka i na spotkanie wylegają nam muzycy oraz radżastański lajkonik. Dostajemy na dzień dobry znowu wieńce z aksamitek. Przy drinku powitalnym rozdzielamy klucze do pokojów. Zaraz kolacja. Bogdan bardzo przekonywująco zgłasza imieniny swojej Żony Eli. Mamy kolejną uroczystość. Jak się okaże nie tak do końca –miał to być tylko żart pod przykrywką którego miała kryć się chęć postawienia całej grupie whisky. Ja jednak zadziałałam szybko, może nawet za szybko i Ela została obdarowana na konto swoich listopadowych imienin kwiatami oraz małym prezentem. Po kolacji zasiadamy na tarasie przed hotelem. Prócz niespodziewanych imienin mamy jeszcze występy lokalnych artystów. Najpierw są tańce radżastańskie, potem pokaz lalek. Na sam koniec swoimi umiejętnościami przed nami popisuje się lokalny mag. Mamy mnóstwo radości i śmiechu. Siedzimy jeszcze trochę na zewnątrz. Potem rozchodzimy się na nocleg. Jutro wcześnie wstajemy.

Bardzo wczesna pobudka nie przeraziła nikogo z nas. I tak większość z nas budzona była przy każdorazowo przejeżdżającym pociągu, który akurat naprzeciwko naszego hotelu zbliżając się do przejazdu kolejowego głośno gwizdał, sapał, trąbił. Jednym słowem stawiał cały hotel na równe nogi. Do Fortu Amber, od którego chcemy zacząć dzisiejsze zwiedzanie chcemy wjechać na słoniach. Żeby zająć kolejkę musimy pojawić się przed bramą jeszcze przed otwarciem bramy do fortu. Udaje się nam misja wspaniale. Jesteśmy pierwszym autobusem, który ustawia się na platformie w oczekiwaniu na słonie. Część z nas korzystając z okazji wybiera się pieszo do fortu. Jest pięknie. Pierwsze promienie słońca na dzisiaj bezchmurnym niebie oświetlają koronkowe zdobienia przy oknach oraz drzwiach. Spacer w samotności, o tej porze nie ma tu jeszcze absolutnie żadnych turystów. Zbiegamy pospiesznie do platformy widząc, że część z naszych siedzi już na grzebiecie pierwszych słoni. Dobiegamy w sam czas. Widoki ze słonia niesamowite. Nastrój i atmosfera jak za czasów najprawdziwszych maharadżów. Zwiedzanie fortu zajmie nam chwilę. Bardzo podoba się nam opowieść naszego przewodnika o czasach jego świetności. Wystarczyłoby zamknąć oczy, żeby słuchając opowieści móc sobie wyobrazić wspaniałości sprzed lat.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: