Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 13-29.09.2008

Port Elizabeth, park Addo, Ksyna, Oudtshoorn

25-09-2008

Przed nami lot do Port Elizabeth. W ten sposób zaoszczędzimy sobie długich godzin, które musielibyśmy spędzić w autobusie. A tak w niespełna półtorej godziny docieramy na miejsce. Pogoda jak na zamówienie.

Przed lotniskiem czeka na nas nowy autobus i nowy kierowca. Ruszamy do parku Addo. Nasz wcześniej zamówiony hotel spłonął, właściwie to spaliła się część instalacji elektrycznej i dlatego zmuszeni jesteśmy zmienić nasze wcześniejsze miejsce noclegu tuż przy bramie wjazdowej do parku na małą miejscowość słynącą z uprawy cytrusów. A dzisiaj dodatkowo pięknie pachnącą kwieciem pomarańczowym. Pełni sceptycyzmu i obaw podjeżdżamy pod nowy Guesthouse. Nie wiedząc czego możemy się spodziewać wchodzimy do recepcji, przy welcom drinku dostajemy klucze. Zajmujemy pokoje. I następuje istne szaleństwo. Biegamy niczym po muzeum od pokoju do pokoju przechwalając się wyposażeniem pokoi, wspaniałością łazienek i niesamowitymi pomysłami na urządzenie poszczególnych pokoi. Odwiedzamy naszych Nowożeńców w pokoju z wielkim łożem i baldachimem. Zosia i Rysio mają styl chiński, Ciocia i Marta śpią w zieleni, Asiunia i ja w ciężkich stylowych meblach. Do łazienek wchodzi się przez szafę. I tak jak na początku myśleliśmy o tym, aby zająć sobie kilka ostatnich minut dzisiejszego dnia, tak teraz rozsiadamy się nad basenem, popijamy wiśniówkę i delektujemy się ciszą oraz luksusem. Kolacja równie wspaniała, do wyboru całe bardzo przepastne i urozmaicone menu. Długo myślimy co wybrać. Dzisiaj wino do kolacji stawiają Leniwa Danuta i Antoni. Zanim jednak nadejdzie czas na wino, pijemy szampana za zdrowie i pomyślność Syna Tomaszka.

Na stole pojawiają się startery i sałatki, królem wśród przekąsek okazuje się carpaccio z kudu. Antoni zje aż trzy porcje, w tym  jedną na deser. Na drugie danie podają nam steki, krewetki, kałamarnice, itd… Prawdziwa rozpusta. A nasze Panie: Ciocia, Hania i Leniwa Danuta kuszą się nawet na lody z amarulą. Toczymy się do naszych pokoi na nocleg.

Budzi nas słońce i pełen zapał. Przed nami ostatnie na trasie safari. Tym razem debiutujemy z ESTĄ w parku Addo. To jeden z parków, który wyspecjalizował się w ochronie jednego konkretnego gatunku zwierząt. Tu specjalną troską otoczono słonie i to one dostarczą nam dzisiaj najwięcej radości. Pogoda jak na zamówienie, po drodze mijamy na wyciągnięcie ręki guźce oraz kudu. Nasz ranger jednak przekonuje, że najciekawsze dopiero przed nami. I absolutnie ma rację. Dojeżdżamy do wodopoju. Chwilowo widzimy tylko jedno oddalające się w stronę buszu stado słoni. Jakże mylne wnioski. W kilka minut potem zbliża się do wodopoju kolejna rodzina, i kolejna i jeszcze jedna. Jesteśmy świadkami wspaniałego spektaklu, i duzi i mali gromadzą się wspólnie przy wodzie. Są przepychanki, poszturchiwania, spacery, kąpiele błotne, pryskanie się wodą, pomrukiwanie, ślinienie się na widok wody. Niektóre ze słoni mijając nasze auto o mało co nie ocierają się o samochód. Niesamowity widok i ogromna frajda. Moglibyśmy tak stać i przyglądać się bez końca. Czas jednak nakazuje powrót do bramy. Po chwili na zakupy ruszamy w dalszą drogę. W planach kolejny park, tym razem z roślinami i krajobrazami. Po długiej podróży wreszcie docieramy na miejsce. Park bardzo się nam podoba, mimo dość chłodnego wiatru wybieramy się na spacer po klifie. Mnóstwo zdjęć i na koniec zasłużona kawa lub piwo.

Mirek buszuje po raz kolejny w krzakach a potem nad wodą oznacza kolejnych kilka gatunków ptaków. W drodze na nocleg zatrzymamy się w lesie by zobaczyć tzw. Yellowwood. Potem już tylko zakwaterowanie w leśniczówce, tak nazwaliśmy nasza lodżę, bo domki wyglądają jak małe niezależne leśne chatki. Kolacja przy kominku. Wino tym razem to darowizna Hani i Jacka. Tego jeszcze nie było, abym przyjmowała zapisy na kolejny sponsoring każdego wieczora. Niektórzy z nas wydłużają sobie miły wieczór przed kominkiem i zasiadamy przy amaruli wspominając nasze poprzednie trasy, opowiadając co śmieśniejsze przygody. Robi się północ.

W nocy znowu niestety pada. Niesłychane. Gwarancja pogody nie spełnia się tym razem. Na szczęście rano jest już sucho i nawet niebo staje się coraz bardziej niebieskie. Śniadanie i ruszamy w drogę.

Kilkoro z nas od wczoraj wieczora rozważa skok na najwyższym bungee. W RPA skoczyć można z mostu o wysokości 216 metrów. Wśród myślących nad skokiem są Asiunia, Ciocia, Antek i Tomek. Wieje jednak mocny wiatr, przed nami nikt jeszcze dzisiaj nie skakał i ostatecznie nikt nie podejmuje decyzji na tak. Ale już po kilku kilometrach od mostu są pierwsze westchnienia i jednak żałujemy, że zabrakło krzty odwagi a może stanowczości.

W Knysna robimy postój na ostrygi i szampana. Miejscowość ta zauroczy nas swoim położeniem oraz mnóstwem dobrych sklepików i kramów. Najpierw jednak wznosimy toast za Martę, która dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Wszyscy z nas próbują ostryg, niektórzy z nas zakochają się w nich na zawsze, inni niestety stwierdzą, że nie jest to ich ulubione danie.

Po Knysnie czas na przejazd do pierzastej stolicy świata Oudtshoorn. Tu najpierw zwiedzimy jaskinię Cango. Nasz przewodnik, prócz tego, że świetnie opowiada to jeszcze śpiewa. My wykorzystamy sposobność i wyjątkowe miejsce i odśpiewamy gromkie sto lat dla naszej Marty. Potem krótka przerwa na lunch i farma strusi. Michael najpierw opowie nam bardzo szczegółowo o strusiach, ich życiu, zwyczajach i całej historii ich hodowli w tym miejscu. Potem mamy okazję, by je obejrzeć z bliska. Mamy możliwość by je pokarmić z ręki. A nawet jeździmy na strusiu. Jako pierwsza siada w siodle Kasia, potem Hania, Ciocia, Zosia i wszystkim udaje się utrzymać na strusiu bardzo długo. Niestety żaden z naszych panów nie przeszedł testu wagowego i nie dostąpił zaszczytu przejażdżki na strusiu, za to odbili sobie nasi Panowie wysiadując jajka. Sesja zdjęciowa. O zachodzie słońca ruszamy na wybrzeże. Nocujemy w Wildernesss. Zapowiada się na piękny i kolorowy zachód słońca. Niestety przekraczając góry toniemy w gęstych i wilgotnych chmurach, a w Wilderness kropi i to zdecydowanie. Z zachodu niestety nici. Mamy nadzieję na powtórkę kolorów jutro.

Kolacja urodzinowa, po raz kolejny wznosimy toast za Martę. Bawimy się jak zwykle wybornie. Jutro wielki dzień: wieloryby.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: