Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 13-29.09.2008

Safari w Parku Hluhluwe, St. Lucia, Durban

23-09-2008

W zielonych pelerynkach wyglądaliśmy przezabawnie, ale nie zrezygnowaliśmy z przyjemności safari. Park Hluhluwe słynie z nosorożców. Żyje tu ponad 1700 sztuk nosorożców białych i około 400 sztuk rzadkich nosorożców czarnych. Poza tym nadal brakuje nam lamparta w Wielkiej Piątce. Ruszamy. Już za bramą wypatrujemy pierwsze zwierzaki:  niale, gnu, zebry, żyrafy. Są oczywiście tez nosorożce, wprawdzie nie czarne ale białe też nas w pełni satysfakcjonują. Park robi na nas wrażenie dużo bardziej zielonego niż Park Krugera. Ma też inne ukształtowanie terenu, podoba się nam zdecydowanie bardziej. Niestety z zamiarów pięknego zachodzącego słońca nici. Szybko robi się ciemno. Przy autobusie spotykamy się z naszymi Panami. Im także udało się zobaczyć podobną ilość zwierzaków co nam. Na sam koniec objazdu dostaliśmy jeszcze informację o samotnym lwie zmierzającym w stronę rzeki. Niestety dotarliśmy na miejsce zbyt późno, bo nie udało się nam go wypatrzeć w gęstwinie brązowej trawy. A może było zbyt ciemno i jego ciało zlało się z kolorem sawanny.

W autobusie rozgrzewaliśmy się dobrym winem. W lodży o dziwo sucho, nawet jeszcze nie padało, ale znowu niespodzianka prawie równo z godziną kolacji pierwsze drobniutkie krople deszczu. Niewzruszeni dzielnie zasiadamy przy stołach i delektujemy się pysznym jedzeniem. Dzisiaj do kolacji wino fundują nasi Nowożeńcy: Kasia i Tomek. Humory już kolejny dzień z rzędu wyborne. Wprowadzamy nawet za opowieścią Gosi nowe kody lingwistyczne. Od tej pory witać się będziemy słowem pasztetowa a żegnać słowem salceson. I to działa!

Kolejny dzień chcemy rozpocząć dość wcześnie aby wybrać się na powtórne safari do Parku Hluhluwe. Budzę się jako pierwsza. Po słabo przespanej nocy, bo deszcz walił o blaszany dach niestety świat za oknem nie wygląda zbyt zachęcająco. Wierząc, że czas może wszystko przekładam pobudkę na dwie godziny do przodu. Okazuje się, że większość osób jest już spakowanych i gotowych do drogi. Jednak dwie godziny dodatkowego snu wszystkim nam robią dobrze. O 8.00 pada tak samo jak o 6.00. Nie do wiary! W telewizji i na wszystkich portalach pogodowych informacje o zimnym froncie, który niespodziewanie zaskoczył Afrykę, temperatury na tyle niskie, że w Górach Smoczych, gdzie to dopiero przed trzema dniami podziwialiśmy widoki spadł śnieg. To samo odnotowano na Górze Stołowej w Kapsztadzie. To dla mieszkańców niesamowite wydarzenie, bo ostatni śnieg spadł tutaj przed sześcioma laty, dla nas to jednak żadne pocieszenie.

Śniadanie i narada wojenna co robić dalej. Kolejnym celem miała być St. Lucia, miejscowość wciśnięta pomiędzy ocean i estuarium z hipopotami i krokodylami położona zaledwie o półtorej godziny drogi stąd. Małe szanse na gwałtowną zmianę pogody. Nie braknie nam jednak optymizmu i nadziei na zmiany. Decydujemy się wybrać ponownie na safari i do parku. Deszcz zacina chwilowo jeszcze bardziej niż dnia poprzedniego. Siadamy do znajomych nam już jeepów i zaczynamy safari. Dzisiaj Kurnik i Gospoda jadą w dwóch różnych kierunkach. Mieliśmy być godzinę, zostajemy w parku na safari ponad dwie godziny. Na rozgrzewkę dostaliśmy małe co nieco i od razu nam się polepszyło. Panowie wytropili kolejne nosorożce, ogromne stado żyraf, koziołki wodne, gnu. My za to mianowałyśmy nas dzień dniem niali – tych antylop było dzisiaj najwięcej na naszej trasie. Humory wyborne, to i mniej zimno.

Autobusem pokonujemy ostatnie kilometry do St. Luci. Po drodze robimy przystanek na ananasy. W tej okolicy uprawia się mnóstwo ananasów. Są małe ale pyszne i nader soczyste. Kupujemy całe wielkie wiadro. Nie możemy się powstrzymać i nie doczekamy z ich rozkrojeniem do lodży. W autobusie Asiunia chwyta za scyzoryk Antka i rozkrawa bardzo wprawnie kolejne owoce. Są pyszne! Drugie śniadanie za nami. A za oknem najprawdziwsza pora deszczowa. Deszcz leje się strumieniami.

Lodża i pokoje gotowe. Powitanie z wielkimi parasolami. Miało być safari wodne, zamieniamy jednak nasze plany i decydujemy się odpocząć. Pogoda iście barowa. O 18 kolacja. Dzisiaj owoce morza. I nawet Hania do tej pory sceptyczna względem różnych stworzonek kusi się na rybkę i kałamarnice.

I znowu w wybornych humorach rozchodzimy się do pokoi. Mimo deszczu dzień bardzo udany. Ale jutro każdy z nas czeka na afrykańskie słońce.

W nocy kilkukrotnie budzę się i sprawdzam jaka pogoda za oknem. Niestety stale pada i ani na chwilę nie ustaje. Zaplanowaliśmy dwie opcje na rano: Ci, którzy bez względu na pogodę zdecydują się na safari wodne powinni o 6.00 być już w recepcji. Pozostali odpoczywają aż do naszego powrotu i śniadania. O 6.00 cudem niebo przeciera się odrobinę odchylając nawet kawałek błękitu. Stawiamy się prawie w komplecie. Ubrani na cebulkę we wszystkie nasze ciepłe rzeczy z parasolami wybieramy się do portu. Łódka jest już gotowa. Naszym celem są hipopotamy i tych spotkamy kilka rodzin, krokodyle, niestety przy takim wietrze i niskich temperaturach udaje się nam szczęśliwie wypatrzeć tylko jednego. Za to widzimy sporo ptaków, w tym także rzadkie gatunki zimorodków. Najpierw płynęliśmy wraz z błękitnym niebem, ale po 5 kilometrach musieliśmy nawrócić by o czasie stanąć w porcie. Wjechaliśmy dwukrotnie w całkiem ciemne chmury i niestety strugi deszczu. Zamiast obserwować krajobraz i wypatrywać zwierząt ustawiliśmy się w gromadzie by nam było cieplej i otoczyliśmy się szpalerem z parasolek.

Żartobliwie podsumowano te zdjęcia jako reklamujące wyprawy polarne z ESTĄ. Na szczęście przy śniadaniu udało się nam nieco ogrzać. Wyjeżdżamy z St. Luci. Dzwonimy do Shakalandu, gdzie mamy na dzisiaj zaplanowane zwiedzanie wioski Zulusów. Póki co chłodno ale nie pada. Pędzimy i jesteśmy nawet przed czasem. Po dwóch dniach deszczu pierwsze promienie słonka są dla nas wielką radością. Zwiedzamy najpierw wioskę poznając tajniki zuluskich zwyczajów. Witamy się z wodzem i zaglądamy do poszczególnych chatek. Na koniec wielu sesji zdjęciowych pokaz tańców zuluskich. Przed wyjazdem zdążymy jeszcze zjeść lunch i zrobić drobne zakupy. Asiunia kusi się na piękną maskę, ja na lamparta z brązu (na pocieszenie), Dana i Hania zaopatrują się w drobne suweniry, Maciuś i Marta wyszukują małe pamiątki. A Panowie siedzą przed sklepem i czekają.

Przejazd do Durbanu przypomina przysłowiowy kwiecień, raz jedziemy w pełnym słońcu, potem znowu wjeżdżamy w ciemne chmury i znowu leje. Na szczęście ocean widać, jego niesamowite fale i głuchy dźwięk rozbijających się fal. Kwaterujemy się w hotelu i szykujemy na kolację. Aby jednak nie obyło się bez niespodzianek, tuż przed zbiórką Mirek zgłasza brak swojego bagażu. Szukamy najpierw we trójkę. Potem w poszukiwania angażuje się pozostała część grupy gotowa już do wyjścia na kolację. Bezskutecznie. Przepytujemy krok po kroku naszych bagażowych. Wypierają się absolutnie wszystkiego. Postanawiam wjechać pod pokój Mirka. Nic. W pokoju pusto. U sąsiadów torby nie ma. Wreszcie sprawdzając cały korytarz znajdujemy torbę pod nieprawidłowym numerem. Na szczęście wszystko w środku jest i nic nie zginęło.

Dzisiejsza kolacja dedykowana jest Kasi i Tomkowi. Świętujemy Ich zaślubiny. Zabieram grupę do restauracji – akwarium z pływającymi za szybą rekinami i innymi rybkami. Mamy stoliki tuż przy szybie – niesamowity klimat. Wykwintne menu, do tego dobre wino. Prezenty dla Nowożeńców, „gorzko, gorzko”, toasty, tort… Ledwo się ruszamy po kolacji jesteśmy tak objedzeni. Ale dorada, kalmary, jagnięcina, pannacotta były pyszne.

Salceson czyli dobranoc!

W nagrodę budzi nas wschodzące pięknie słońce. Wszystkie nasze okna wychodzą w kierunku oceanu i na wschód, po dwóch deszczowych dniach takie słońce jest lekiem na całe zło. Zaraz po śniadaniu wybieramy się na spacer po plaży w Durbanie. Obserwujemy z molo wielkie fale i dzielnie zmagających się z nimi surfingowców. W zabawie z falami na brzegu mnóstwo pisku i radości. Leniwa Danuta uciekając przed falami jak długa wywraca się i leży śmiejąc się na piachu. Wdzięczny motyw do zdjęć. Na zwieńczenie pobytu w Durbanie jeszcze raz jedziemy na waterfront do akwarium. Podziwiamy piękne akwaria wraz z najdziwniejszymi rybami, o 10 zasiadamy na show z delfinami. Błękitna woda i szkolone delfiny zachwycają swoimi umiejętnościami. Udajemy się na lotnisko.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: