Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie 8-24.11.2008

Fort Amber, poranne safari

12-11-2008

Wstaliśmy o świcie, po kawie z ciastkiem wskoczyliśmy do autobusu, żeby ustawić się w kolejce do słoni. Udało się - byliśmy drugą grupą! Za nami kolejka turystów pęczniała z każdą chwilą.

Wjechaliśmy do Fortu Amber na słoniach w pierwszych promieniach słońca. Zobaczyliśmy, czy maharadża miał klawe życie z 12 żonami. Rozpętały się na ten temat dyskusje. Z fortu rozpościera się piękny widok. Zeszliśmy na parking, i pojechaliśmy do hotelu na śniadanie.

Potem zwiedzanie pałacu maharadży w mieście, podziwiamy stare zdjęcia i filmy, szaty i broń. Przy broni przydają się nasi eksperci - myśliwi. W ogromnym obserwatorium sprawdzamy, czy zegary słoneczne dobrze chodzą. Po upale chwila odpoczynku i przekąska w pracowni dywanów, zachwycamy się wyrobami z jedwabiu i paszminy.

Postanawiamy zostać w mieście. I to dla większości najmocniejsze dotychczasowe doświadczenie. Samo przejście przez ulicę to nie lada wyzwanie! Poruszanie się wśród sklepów i nagabujących sprzedawców też okazało się niełatwe. Z ulgą powitaliśmy nasz autobus. Po drodze przymusowy postój - policja zatrzymała naszego kierowcę. Ponoć przejechał na czerwonym, ale nikt z nas tego nie zauważył!

Po kolacji wlaściciel hotelu, z rodziny maharadżów, opowiedział o dłuuuugiej historii swojej rodziny, pokazał swoje zdjęcia z młodości. Był przystojnym graczem w polo, a jego ojciec zapalonym myśliwym. Historia rodu wszystkim zaimponowała.

Ranek w rezydencji maharadży spędziliśmy iście po królewsku, śniadanie, potem odpoczynek na fotelach na trawie... Wyruszyliśmy w pozornie krótką, bo tylko 180 kilometrową drogę. Po drodze zapoznaliśmy się z geografią Indii - nasz opiekun Harish, przygotowany na wszystko, miał pod ręką mapę. Wypytywaliśmy o kwestię własności, edukacji, służby zdrowia. Jadąc po wyboistej drodze, chłonęliśmy lokalne obrazki. Nie wszyscy chcieli się zgodzić z tym, co widać gołym okiem - że panowie Hindusi zajmują się głównie odpoczywaniem ;) Dużo emocji dostacza ruch drogowy - barwnie przystrojone ciężarówki, jak choinki na Boże Narodzenie, z wstążkami, łańcuchami, skutery, rowery, krowy, piesi... Przy wyprzedzaniu zaczęły się zakłady - czy i tym razem zdążymy? 

Po drodze zatrzymaliśmy się w zajeździe, który nagle wyrósł wśród szczerych pól. Pod eternitowym dachem, ale elegancko. Zjedliśmy pakore - czyli warzywa w cieście, smażone, bardzo smaczne, z chlebkiem z czosnkiem, niektórzy wybrali kurczaka lub ser w sosie. Pyszne i bardzo sycące! Czuliśmy się jak maharadżowie jadący na polowanie ;)

Narzekaliśmy na dziury i wyboje w drodze przed postojem, ale po sytuacja się zmieniła. Na zdecydowanie gorszą! Część drogi była w przebudowie, czy wręcz w budowie. Zaczęliśmy z rozrzewnieniem wspominać swojskie polskie drogi, na które zazwyczaj narzekamy! Nawet zdrzemnąć się nie dało! Mówić też trudno, żeby nie przygryźć sobie języka. Obrazki lokalne: kobiety z wielkimi ładunkami na głowie, chude kozy, małe dzieci bawiące się same przy drodze.

Wreszcie dojechaliśmy do miłego, kameralnego hoteliku, zwanego dumnie Tiger Villa. Po raz kolejny dostajemy na powitanie wieńce z aksamitek. Jest basen - i jest woda! Niektórzy szybko dają nurka. Szykujemy się na poranne safari.

Kiedy wstajemy jest jeszcze ciemno. W ciszy zbieramy się na trawie w ogrodzie przed wejściem do hotelu na poranną kawę i herbatę.  Zajeżdża odkryty samochód. Obsługa hotelu troskliwie daje nam grube koce, żebyśmy nie zmarzli. Rzeczywiście przydają się - jak tylko ruszamy, robi się bardzo zimno. Otulamy się ciepłymi kocykami.

Spotykamy coraz więcej aut z turystami, zdążającymi na spotkanie z tygrysem. Nie do końca wierzymy w taką możliwość, raczej większość podchodzi sceptycznie. Podziwiamy fort na wysokiej skale, wjazd do Parku Narodowego. To dawny teren polowań maharadżów, gościła też tu królowa brytyjska Elżbieta i książę Edynburga.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: