Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie 8-24.11.2008

Zwiedzanie Bombaju, Goa

21-11-2008

Po Mumbaju będzie oprowadzać nas pani przewodniczka, po raz pierwszy na naszej trasie! Podziwiamy wiktoriańską architekturę, dworzec, który wygląda jak pałac, katedrę - wygląda jak w podrzędnym brytyjskim miasteczku, imponujący uniwersytet, promenadę, i jedziemy do świątyni Mahalaxmi. Trzeba zdjąć buty, długie podejście, kontrola bezpieczeństwa, tłumy wiernych (dziś czwartek, dzień bogini Laxmi), kupują ofiary - kwiaty lotosu, słodycze. Osobne wejścia dla Pan i Panów! Trochei paniki i konsternacji, ale wszyscy spotykamy się przed ołtarzem, Ale tylko panie dostają po kwiecie lotosu - z odzysku, juz ofiarowanego!

Z tylu świątyni jest ściana, do której trzeba przykleić pieniążek. Ja się utrzyma, bogini dobrobytu przyniesie nam bogactwo! Juz wiemy, ze Irek biedy nie zazna, a Paweł musi trzymać się zony - jemu pieniążek odpadł, jej nie!

Następny przystanek to pracze. Niesamowite, co piorą ręcznie w kamiennych "baliach"! Z tego, co się suszy, widzimy ze hotelowe ręczniki i pościel jak najbardziej, ale i ubrania. Sami faceci - nikt z panów juz nam nie wmówi, ze nie nadaje się do przepierek!

Jedziemy na lotnisko, jeszcze odprawa się jest otwarta. Dla odmiany lecimy liniami Spice Jet. Jaka nazwa! Trochę czekamy, odprawiamy, potem idziemy na dobra kawę. A nasz lot... znika z tablicy odlotów. Co się stało? Nic, po prostu ktoś zapomniał, w Indiach to normalne, poza tym w porządku...

Lecimy na Goa! Wilgotne ciepło bucha, jak tylko wysiadamy z samolotu. Wsiadamy do autobusiku, i jedziemy godzinkę, podziwiając usiane palmami wybrzeże, portugalskie kościółki - ogromne ilości!- I domki.

Docieramy do naszego hotelu Lemon Tree. Nowoczesny, ale stylowy, z klimatem, pięknym basenem, cichy, nie za duży, do plaży blisko - idealny! Jedzenie tez dobre, mamy trzy posiłki dziennie, i mozna by jeść prawie cały dzien., z małymi przerwami. Obsługa krząta się bez przerwy. Jest wspaniale!

Następnego ranka wybieramy się zwiedzać Stare Goa. Rusza tylko siedmioro wspaniałych, reszta wybrała lenistwo. A ciekawe architektonicznie, wybudowane przez Portugalczyków kościoły Starego Goa, zanurzone w zieleni, to nieco podniszczone, ale perełki! Nasz opiekun wciąż mówi ze zwiedzamy dwa kościoły, a my zwiedzamy cztery, dochodzimy nad rzekę, a potem każemy kierowcy wieźć się do dalszych. A kierowca mówi, ze innych nie ma! Na szczęście mam mapkę, i wręcz pilotuje lokalnego kierowcę, mówiąc mu, gdzie ma skręcić w prawo, a gdzie w lewo. Kuriozalne! Kierowca i opiekun próbowali jeszcze wmówić nam, ze kościoły są zamknięte - co tez okazało się nieprawda! Podniszczone, obrośnięte roślinkami nawet na fasadzie, ale z klimatem, modlącymi się zakonnicami, a jeden na górce z pięknymi widokami na rzekę. Opłaca się czasem nie słuchać miejscowych!

Wracamy do leniwego odpoczynku w naszym Drzewku Cytrynowym. Spacery po plaży, pływanie w basenie, pławienie się w wodach oceanu - niektórzy odnieśli nawet rany w nierównym boju z falami, Paweł obtarł bok, a Hania kolano.

Chwalimy sobie wygodny hotel z atmosferą, kameralny, czysty, a obsługa wręcz nadskakuje. Przy kolacji przyszedł manager restauracji hotelowej, przejęty, młody chłopak, pytając czy nam smakuje, czy jesteśmy zadowoleni, czy niczego nie brakuje. Generalnie tak, ale Janusz z Markiem uznali, że na deser oprócz sałatki owocowej i "mamałygi" przydałoby się jakieś ciasto. Jakie? - pyta stropiony manager. Na przykład czekoladowe! - A dla ilu osób? - manager konkretyzuje zamówienie. W górę podnoszą się trzy ręce. Nie ma sprawy, zaraz przyniosę! - wyszeptał i pobiegł na zaplecze. Po kilku minutach rzeczywiście na stół wjeżdżają talerze ze sporymi kawałkami czekoladowego ciasta, ozdobione bitą śmietaną! Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem, aż pozostali goście odwrócili się od stolików. Byliśmy pełni podziwu, jeszcze nigdzie aż tak nas nie dopieszczali! 

Jeszcze jeden dzień lenistwa, spacerów po plaży, zalegiwania pod palmą, ostatnie zakupy w pobliskich sklepikach. Wieczorem - impreza pożegnalna, każdy niezależnie pomyślał, żeby mieć jakiś wkład, więc pełnych buteleczek mieliśmy aż nadto...

Rano - ostatnie kąpiele i łapanie promieni słońca, wracamy zaraz do późno listopadowej polskiej rzeczywistości. W samo południe wyruszamy w drogę na lotnisko. W autokarze jeszcze rum z colą na "rozchodniaczka".

Na lotnisku nawet wysiąść z autokaru jest trudno. Tłok, masę aut, wszyscy trąbią. A w środku hali jeszcze gorzej - ogromny tłum, przepychający się we wszystkie strony, hałas, zgiełk. I gorąco! Spoceni docieramy do właściwej maszyny do prześwietlania bagażu głównego (każda linia lotnicza ma swoją). Potem - ciągniemy walizki do odprawy. Chcieliśmy sprawdzić ich wagę, ale niestety, odprawiają nas grupowo i wrzucają wszystkie razem na wagę. Bardzo długo czekamy na boardingi, wachlując się intensywnie paszportami. Wreszcie - są! A wtedy... możemy się ustawić do wijącej się przez całą halę kolejki do kontroli bezpieczeństwa. Wszystko wydaje się trwać godzinami! Po kontroli - czekamy dalej. Nie ma żadnych tablic z informacjami, gate jest jeden, i od czasu do czasu wołają pasażerów jakiegoś lotu. Nasz jest spóźniony, o ile? Tego nie wie nikt. Każda linia lotnicza ma swoje autobusiki, i po nich możemy poznać, czy to nasz lot jest odprawiany. Nasza linia, Spice Jet, ma czerwone logo z żółtymi i pomarańczowymi kropeczkami...  Do odprawy stoi kolejka, więc nie  podchodzimy. Okazuje się, że to pasażerowie kolejnego lotu, a nas już szukają! Oczywiście pracownicy lotniska nie wiedzą, ile osób weszło do właściwego samolotu, żadnych maszyn skanujących boardingi tu nie widzieli!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: