Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kostaryka 20.01-4.02.2009

Canopy tour, park Selvatura

30-01-2009

Nie mamy planów na wieczór jeszcze. Bo właśnie w tym momencie dowiadujemy się, że nasi opiekunowie przygotowali na dzisiaj niespodziankę i specjalnie dla nas grilla w domu jednego z nich. Mamy chwile żeby się przebrać i trochę umyć. Nasze brudne rzeczy wysyłamy do pralni, a sami w 15 minut wystrojeni jesteśmy gotowi na proszoną kolację. Jest jednak jedno ale – parasol Magdy został w pokoju i po dwóch minutach drogi od hotelu spada rzęsisty deszcz. I jak tu nie wierzyć w czary-mary? Deszcz leje a my i tak jedziemy na grilla. Gospodarze mieszkają w małym nowym domku na wzgórzu, skąd mają przepiękny widok. Niebo na szczęście po deszczu jest bardzo czyste  i prócz gwiazd widać także w oddali światełka. Częstujemy się najpierw przebogatą kolekcją różnych alkoholi a potem mamy grillowaną wołowinkę i mnóstwo sałatek. Rewelacyjne okazują się grillowane platany, które pod grubą czarną skórką mają słodki i bardzo aromatyczny miąższ.

Zajadamy się nimi i atmosfera jest naprawdę bardzo domowa. Kostarykańczycy są bardzo gościnni i uczynni.

Upomniana przez pilnych czytelników pośród uczestników naszej wycieczki muszę uzupełnić dwa zdarzenia. Pominęłam jakże istotny fakt dotyczący obuwia wizytowego, w którym podczas wycieczki po błocie do Rio Celeste wystąpił Wiesiu. Zresztą z Wiesiem i Czesią jest jeszcze inna historia, dnia pewnego wspominając nasze wcześniejsze wspólne eskapady wspomniałam przy grupie, że zazwyczaj myli się i miesza imiona Obojga, i tak raz Czesia jest Wiesią a Wiesio Czesiem i czasem na odwrót. Do tej opowieści panował u nas w grupie ład w imionach, ale jak widać moja opowieść podziałała na podświadomość naszych uczestników, bo od tej pory Czesia myli się z Wiesiem, a Wiesia z Czesiem.  Mamy jeszcze dwa imiona, które też są przekręcane wewnątrz grupy: Boguś okresowa zamienia się w Bogdana, a Celina w Lucynę. Nie wspomnę o moim Kontrahencie, który regularnie z Estery przerabia mnie na Teresę. Zawsze coś nowego.

Druga ominięta przeze mnie historia, dotyczy grubej kasy, która wraz ze mną i moimi spodniami wpadła do rzeki Rio Celeste. Oczywiście plik pieniążków przemókł do cna. Nie starczyło przełożyć je chusteczkami. Olman wpadł na świetny pomysł i poszedł z plikiem do pieca suszyć je na gorącej blasze. Efekt zachwycający: banknoty jak nowe, no może z wyjątkiem lekko „drewnianego” zapachu.

To tyle w kwestii uzupełnień, a wracając do naszej opowieści znowu wczesna pobudka, ale mamy cel: canopy tour. Jesteśmy punktualnie na śniadaniu, potem zerkamy na pogodę. Podjęliśmy słuszną decyzję rezygnując z canopy tour przed dwoma dniami w strugach deszczu. Teraz dojeżdżamy na miejsce i pogoda jak na zamówienie. Wulkanu oczywiście nie widać, jak się okazało wczorajsze dwadzieścia minut i to przed szóstą rano były jedyną okazją zobaczenia tego cuda w pełnej krasie. Najpierw słów kilka o canopy: to wielka duma Kostaryki i tutejsza specjalność. Zabawa polega na zjeździe po metalowych linach zawieszonych nad koronami drzew lasu deszczowego na wysokości stu kilku metrów od ziemi w specjalnej uprzęży. Odcinków będzie 8, z czego dwa krótkie testowe liczące zaledwie po 30 i 4o metrów. Ale potem zabawa rozpocznie się na dobre. Najdłuższy odcinek mierzy aż 750 metrów, a prędkość na najszybszym z nich ma dojść nawet do 80 km na godzinę. Zobaczymy. Po kolei ubieramy się, albo precyzyjniej damy się ubrać w uprzęż. Potem kaski i do ręki dostajemy opatentowany zamek. Ustawiamy się do wspólnych zdjęć czekając na naszą kolejkę. Tramwaj podjeżdża. W gondolach niczym na stokach płyniemy nad lasem deszczowym. Póki co widoki piękne, widać kawał jeziora Arenal i mnóstwo zieleni. Do naszej grupy dołączyła dwójka Kanadyjczyków i jeden Węgier. Jesteśmy gotowi. Jeszcze jedna kontrola naszego sprzętu i wysiadamy na platformie, skąd rozpościera się widok na odcinki testowe, te nie robią na nas żadnego wrażenia, ale widać także pierwszy poważny już odcinek canopy. Ten w przeciwieństwie do tych krótkich nie pozostawia złudzeń, że czeka nas ciekawa przygoda.

Do testu nie trzeba nas przekonywać, grzecznie ustawiamy się w kolejce i po kolei zjeżdżamy z jednej platformy na drugą. Wydaje się, że dokładnie opanowaliśmy tajniki odpowiedniej pozycji. Czas na wielką przygodę. Pierwsi stają na specjalnym trapie i już zjeżdżają pierwsze osoby. Pcham się do przodu, by złapać tych, którzy przyjadą za mną i zrobić im zdjęcia. Niestety wielka torba przeszkadza mi w zjeździe i podziwianiu widoków i niestety wyhamowuje mnie na tyle daleko od trapu, że muszę się podciągać na rękach do mety. Nic nie szkodzi, ważne, że wiem jak to zrobić, bo krótkie szkolenie przewidywało także pomoc w takiej sytuacji. Za mną suną kolejne osoby. Niektóre podobnie jak ja lądują ciut bliżej, inne jak Olek lądują hen daleko za trapem. Wszyscy zadowoleni, naprawdę super zabawa. Kolejka do kolejnego zjazdu już się zmniejsza i suniemy dalej. Teraz mamy rozwinąć największą prędkość. Ja tym razem w tandemie z tutejszym tarzanem, rzeczywiście masa robi swoje i mimo wielkiej torby z aparatem jesteśmy jak rozpędzona kula ognia. Wpadamy na miejsce z podwójną prędkością. Czyham na kolejne osoby, zdjęć jest już całe mnóstwo. Poza tym będą także filmy, bo Sylwek i Wiesiek mają tu swoje kamery. Wymieniamy się wrażeniami. Nie bardzo udaje się nam podziwiać podczas zjazdów piękne widoki, bo uzgadniamy, że kręcenie głową znacznie spowalnia nasze tempo zjazdu. Podciąganie też już nikogo nie przeraża. Prawie każdy z nas musiał się podciągać. Nadal Olek ląduje zawsze najdalej. Wśród pań bardzo daleko ląduje Czesia.

Cała przygoda jest świetnie przygotowana i bardzo ekscytująca. Nie podoba się nam jedynie czasem dość długie czekanie na swoją kolej, szczególnie w miejscach gdzie odcinki są dość długie. Ale czasu nie marnujemy, grupa zintegrowała się już na dobre. Śmiejemy się wzajemnie ze swoich iście już umorusanych spodni i kurtek oraz nakrapianych smarem twarzy. Wszyscy wyglądamy bardzo podobnie.

Nie wiadomo kiedy mijają dwie godziny i ostatni odcinek przed nami. Oczywiście negocjujemy z Olmanem kwadrans na kawę lub piwo i potem opuszczamy teren przy Wulkanie Arenal i zmierzamy autobusem do jeziora o tej samej nazwie. Tu okrętujemy się na łódkę i po jeziorze przepływamy na skróty na drugi brzeg. Widoki piękne. Sesja zdjęciowa. Na drugim brzegu czekają na nas mini busiki, które zabierająnas podzielonych na dwie grupy do Monteverde. Nie wiem co było głównym tematem przejazdu na trasie w autobusie sąsiadów, my za to spędziliśmy ten czas bardzo kulinarnie. Omówiliśmy dania w Syrii i wielu innych krajach. Wszyscy zgłodnieliśmy. Kwaterujemy się w drewnianych domkach na terenie Monteverde. Wokół zieleń i szalejące na drzewach wiewiórki.  

Wybieramy się do parku Selvatura. Tutaj mamy najpierw obiad a potem do wyboru kilka opcji zwiedzania. Część z nas decyduje się na kolibry. Mamy mnóstwo frajdy obserwując te mini ptaszki przy pojemnikach z nektarem w pełnym słońcu, możemy odwiedzić także motylarnię z pięknymi aż 17 gatunkami różnych kostarykańskich motyli, ciekawy okazuje się także zbiór insektów z całego świata. Szybko robi się ciemno.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: