Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kostaryka 20.01-4.02.2009

Wulkan Irazu, rafting

23-01-2009

Muzyka na żywo zaprasza nas do obiadu w szałasie. Same pyszności. Zajadamy się ponownie rybą i delektujemy kostarykańska kuchnią. Na świeżym powietrzu wszystko smakuje wybornie. Po obiedzie mamy ponad godzinę na sjestę i ostatnie zabawy w morzu. A potem czas powrotu. Trochę kombinacji by dotrzeć na łódź. Z naszych planów nurkowych niestety nic nie wyjdzie. Statkiem kołysze jak łupinką od orzecha. Raz na prawo, raz na lewo. Cały przód piszczy kiedy dziób przecina kolejną wysoką falę. Wreszcie docieramy do portu. Zapada zmrok. Jesteśmy niedaleko równika i dzień zaczyna się i kończy zawsze o tej samej porze. Przed nami jeszcze powrót autobusem do stolicy, 120 kilometrów do przejechania. Podsypiamy zmęczeni słońcem i lenistwem.

A dzisiaj mimo zapowiedzi wielu o długim spaniu wszyscy budzimy się przed zamówionym budzeniem telefonicznym. Na śniadaniu pojawiamy się wymiennie, część z nas już po, inni dopiero zaczynają. Marysia i Celina po bardzo wczesnym śniadaniu decydują się na poranny spacer do centrum miasta. Dopiero w trakcie trwania wycieczki przyznają się do tego, że się zgubiły. Weszły do jednego ze sklepów i wyszły z niego zupełnie innym wejściem, znajdującym się po przeciwnej stronie ulicy. I potem już nie wiedziały dokąd iść. Zapytały o drogę ale i tak poszły po swojemu i niestety nie rozpoznawały mijanych przez siebie ulic ani budynków. Na szczęście szybko znalazł się pan taksówkarz, który z niemałym uśmiechem za całego jednego dolara odwiózł nasze panie do hotelu. Ku przestrodze porannych zakupów!

My za to ruszamy na wulkan Irazu. Pogoda nam sprzyja. Jest zdecydowanie bardziej słonecznie niż wczoraj. Nad stolicą błękitne niebo poprzecinane drobnymi i wąskimi chmurkami. Jedziemy najpierw autobusem poza miasta. Po drodze drobne zakupy i po około dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Do końca nie wierzymy przebijając się przez gęste chmury, że dotrzemy na punkt widokowy w pełnym słońcu. A jednak. Wysiadamy na parkingu i szybko cofamy się po kurtki. Irazu to najwyższy wulkan w Kostaryce. Wspięliśmy się na wysokość 3400 metrów i choć w autobusie przez szyby rozpieszczało nas słońce, tu zdecydowanie czuć rześką bryzę. Ubieramy kurtki i maszerujemy na zwiedzanie dwóch kraterów. Po drodze tablica z planem kraterów i mnóstwo zupełnie egzotycznych dla nas roślin. Wśród wielu najbardziej spodobały się nam parasole dla ubogich oraz kolorowe bromelie. Chmury przepędzane przez dość silny na szczycie wiatr na szczęście dla nas omijają krater. Widoczność niesamowita. W dole krateru połyskuje mieniąc się seledynem jeziorko. Sesja zdjęciowa. Obchodzimy krater na tyle ile się da. Postanawiamy wspiąć się na punkt widokowy i tym samym zdobyć najwyższy punkt Irazu. Po drodze znowu niesamowita ilość roślin. Czas na kawę, albo piwo. Zatrzymujemy się w lokalnej restauracji, gdzie ku zdziwieniu dostajemy zarówno piwo jak i kawę, a nawet czekoladę. Przypinamy do zgromadzonych tutaj na ścianach dziesiątek wizytówek kilka naszych i chwilę odpoczywamy. Niewielka wysokość a jednak daje znać o sobie. Kilkoro z nas odczuwa trudności z oddychaniem i ciężko dyszy. Olman ma dla nas niespodziankę. Częstuje nas najbardziej znanym likierem kostarykańskim Cafe Rica. Do prawdziwej małej czarnej jak znalazł, a i z piwem komponuje się dość wakacyjnie. Przeczesujemy półki i regały w restauracji i odnajdujemy pierwszą kawę pochodzącą z rodzimej plantacji. Po zapachu zapowiada się na bardzo smaczną kawę. Wykupujemy prawie cały sklep. Przed nami czas na zwiedzanie katedry w Cartago – pierwszej stolicy Kostaryki. Kościół inny od naszych ale bardzo przytulny, wykładany drewnem. Sporo osób, które na kolanach pokonują ostatni odcinek swojej pielgrzymki. My także przyklękamy przed figurką Negrity – opiekunki Kostaryki i podziwiamy kaplicę z darami złożonymi w podzięce Matce Boskiej za spełnione życzenia i prośby. Wśród wielu srebrnych figurek: maleńkie odlewy narządów wewnętrznych, stopy, nogi, ręce, małe postaci dzieci, domy, samoloty i wiele innych. W specjalnej gablocie dyplomy, medale, puchary, piłki i wiele innych ciekawych rzeczy. Zerkamy jeszcze na tryskające z kamieni święte źródełko, które zostało osobiście poświęcone przez Papieża Polaka.  I ruszamy dalej. Teraz w programie Ogród Botaniczny Lankastera. Największą naszą uwagę przykuwają przebogate zbiory najróżniejszych orchidei. Zaczynają kwitnąć i zachwycają swoimi kolorami, zapachem oraz formą. Sesja zdjęciowa nie ma końca. Czas na przejazd poza miasto do Doliny. Tu niesamowite widoki na kwitnące drzewa parro. Poza tym w dole rzeka i sztuczne jezioro. Mijamy dwa niewielkie wodospady. Pieszo pokonujemy most z widokiem na zaporę. Wszystkim nam chce się już bardzo jeść. Dzisiejsza obiadokolacja będzie w restauracji położonej wewnątrz plantacji kawy nad samym brzegiem jeziora wśród przepięknej i bujnej zieleni. Wokół nas kwitną drzewa i krzewy, wśród zielonych gałązek uwijają się ptaki, a na  stole pojawiają się wreszcie pierwsze dania, które znikają tak samo szybko jak przyszły. Na czarną zupę z fasoli z jajkiem i ryżem decydują się tylko niektórzy panowie. Reszta pozostaje wierna zupie krem z warzyw. Na drugie większy rozrzut, ale królują ryby. Pstrąg bardzo smaczny. A okoń nie pobił ryby, którą jedliśmy pierwszego dnia w typowej małej restauracyjce kostarykańskiej. Jednak pyszny deser kawowy i mała czarna robiona przed naszymi oczami przez skarpetkę zrobiła wrażenie. Oczy się nam zamykają. Do San Jose mamy godzinę drogi. Wokół już ciemno, mamy kilka minut po 18.00 W samym mieście na chwilę przystajemy przed jednym z supermarketów by zrobić zakupy na jutro. Wieczorek zapoznawczy musimy przesunąć  o jeden dzień, bo jutro wczesna pobudka związana z raftingiem.

Wstajemy znowu rano, albo nawet bardzo rano. Dorota, Celina, Maria i Olek jeszcze przed budzeniem telefonicznym urzędują na górze w restauracji przy owocach i kawce. Pozostali wytrwale wyczekują na budzenie w swoich łóżeczkach. Latynoska spontaniczność daje znać o sobie, z budzenia o punkt 6.00 wyszło różnie, na tyle, że Magda, Ania i Tomek zostali obudzeni dopiero na kwadrans przed planowanym odjazdem. I teraz w pośpiechu muszą się pakować. W San Jose zapowiada się piękny i słoneczny dzień. Niebo niebieskie i mimo wczesnej pory dość ciepło. Odbiera nas nasz nowy przewodnik i opowiada po krótce o tym co nas czeka na raftingu, koncentrując się głównie na zasadach bezpieczeństwa i współpracy zespołowej. Miny nam rzedną, kiedy w drodze przez Cartago mgła i chmury są tak nisko i tak gęste że nie widać nic. Kompletnie nic. Na dodatek zaczyna padać i jak zawsze w takich momentach zapada cisza i pewnie każdy sobie wyobraża rafting w strugach deszczu. Ja zerkam kątem oka na urządzenie pokazujące wysokość, pocieszam się,  że cały czas jesteśmy powyżej 1200 metrów i wszystko jest jeszcze możliwe, choć po tym jak nasz opiekun potwierdził, że będzie raczej gorzej niż lepiej, i że ostatnie trzy dni wszyscy pływają po rzece w deszczu i mi chwilowo mina zrzedła. Czas na śniadanie, miejsce urocze o nazwie Piękny widok, dzisiaj akurat mało trafnej, bo z tarasu widać tylko białe rozlane dookoła mleko. Ustawiamy się w kolejce by odebrać swoją porcję śniadaniową. Zaczynamy odróżniać rodzaje i smaki malowanego koguta, do tego pyszne słodkie ananasy i papaja. Gorąca kawa w wielkim kubku i posileni zbieramy się w dalszą drogę. Nadal mży, a za kilka kilometrów zamieni się ten mini deszczyk na porządny deszcz. Przed nami półtorej godziny do przejechania. Nikt nie podsypia, trwają rozmowy. Po tym jak zaniechaliśmy nauki naszego opiekuna kilku słów po polsku, które jak twierdził bardzo mu będą przydatne podczas wydawania komend na raftingu: przód, tył, prawa tył, lewa tył, dół zajął się nim Boguś. I nauka przekleństw oraz brzydkich wyrazów szła mu znacznie lepiej. Wraz z Bogusiem, który zamienił się ze mną miejscami nieśmiało nad maleńką miejscowością w dolinie pokazał się kawałek niebieskiego nieba. Kilka kilometrów dalej nawet kilka promieni słońca. Wysokość maleje, już tylko 700 metrów. Ostatni przystanek na toaletę i za chwilę dojazd do rzeki. Nie pada, od czasu do czasu świeci nawet słońce. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Wysiadamy gotowi na rafting. Nikt za bardzo nie wierzy, że słońca będzie bardzo dużo i co niektórzy zbyt oszczędnie smarują się kremem z filtrem. Skutki będą widoczne potem. Zostajemy podzieleni na trzy grupy. Mamy pierwszy ponton o wdzięcznej nazwie Cracovia: Dorota, Magda, Ania, Olek i Tomek. Idą na pierwszy ogień, popłyną jako pierwsi. Drugi ponton to czwórka: Renata, Beata, Sylwek i Boguś. Nasza najmniejsza załoga, podczas szkolenia będą wersją demonstracyjną. Na sam koniec jeszcze piątka : Celina, Dziunia, Marysia, Wiesiek i Estera. Tak się złożyło, że wszyscy z nas już na raftingach bywali, i to w bardzo różnych miejscach na świecie: Nepal, Zambia, Peru, Chile. Wiosłowanie idzie nam bardzo sprawnie. Delikatnie zanurzamy palce u stóp w wodzie i wydaje się nam dość chłodna, żeby nie powiedzieć zimna. Ale to pewnie pierwsze wrażenie. Przechodzimy dokładne szkolenie i jesteśmy gotowi na przygodę. Przed nami 30 kilometrów, które mamy zamiar pokonać w trzy godziny. Poziom wody w rzece wysoki, wartki nurt i płyniemy. I teraz nastąpi opis pełen ochów i achów. Bo nie sposób pominąć tego wszystkiego, co widzieliśmy podczas raftingu. Zasadnie mówi się o Kostaryce, że to kraj blisko natury. Dookoła nas przepiękna ściana zieleni, z wyraźnie zaznaczonymi piętrami roślinności. Nad nami smukłe pojedyncze drzewa z bardzo rozłożystymi koronami wyróżniające się na tle zbitej masy zieleni poniżej. Liany i pnącza, niektóre z nich schodzące wprost do wody. Mnóstwo kwiatów i palm, które rosnące tuż nad samym brzegiem dodawały jej tylko dodatkowego kolorytu. Wychodzi słońce i rzeka od razu się ożywia. Pojawiają się pierwsze niebieskie motyle Blue Morpho. Każdy z nich wypatrzony przez nas wywołuje dziką radość. Dżungla gra i śpiewa, pokazuje się coraz więcej ptaków, albo to my z czasem uczymy się je zauważać. Wpływamy do długiego na 9 kilometrów kanionu. Ściany wzdłuż rzeki są wysokie, przez to sama droga nam się zwężyła. Coraz więcej wodospadów. I takich wielkich z których mnóstwo wody z łoskotem spływa wprost do rzeki, i takich średnich, które cienką strużką łączą się z rzeką i wreszcie takich tycich, które pojedynczymi kroplami po omszałych kamieniach spadają do Pacuare – tak nazywa się nasza rzeka. Nad nami co jakiś czas wiszące mosty oraz rozpięte liny z małym wózkiem dla miejscowych, którzy chcą przedostać się na drugi brzeg rzeki.  Dzielnie pokonujemy kolejne przełomy. Trudność naszego raftingu to w skali od 1 do 6, większość 3 i kilka 4. Każdy z nich to oczywiście kolejna dawka adrenaliny i emocji. Krzyki, piski, mnóstwo wody i po kilku takich przełomach jesteśmy już całkiem mokrzy. I choć pierwszy chlust wody do pontonu okupiliśmy gęsią skórka, to teraz jest zacznie lepiej, a nawet ciepło. Dynamiczne wiosłowanie nie pozwala nam zmarznąć. Podglądamy dwa pozostałe pontony, pewnie z boku wyglądamy tak samo. Jedni w przód, inni w tył, jedni wiosłem już, inni dopiero za chwilę, ale po kilkunastu minutach idzie nam dużo zgrabniej i nasze pontony podporządkowują się naszej woli. Prawie całkowicie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: