Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 27.02.-18.03.2009

Srebrne miasto Taxco, Puebla, Oaxaci

09-03-2009

Przy wejściu rozsiadamy się w lokalnej mini restauracji, gdzie menu jest bardzo proste ale za to bardzo lokalne. Decydujemy się na zimne piwo i colę, a do tego mamy kilka opcji do wyboru. Decyzją ogółu zostajemy przy quesadilach. Oczywiście wprowadzamy kilka opcji: z ziemniakami, z papryka, z serem, z kurczakiem, z pieczarkami; każdy wybiera swoją opcję i czekamy na jedzenie. Tortille są ciemne, a nadzienie pyszne. Posileni ruszamy naszym pick-upem do najbliższego miasteczka, tam gdzie czeka na nas autobus. Po drodze znowu mnóstwo śmiechu. Co po raz doskakują do nas dzieciaki, które dostają sporo słodyczy, maskotek, zabawek… Ela i Bogdan dokonali przełomowego odkrycia i poczynili poważne badania nad najbardziej popularnymi nazwiskami w Meksyku. Oparli się o książkę telefoniczną dla miasta Meksyk. Na pierwszym miejscu z liczbą ponad 70 000 uplasowali się mieszkańcy o nazwisku Hernandez, potem Garcia i Martinez. Wszystkie dane poparte zostały dokładnymi liczbami wziętymi ze stron książki telefonicznej. Docieramy na miejsce. Przesiadamy się do naszego autobusika i przed nami droga powrotna do Morelii.

Tym razem ze względu na liczbę zakrętów w drodze na motyle zmieniamy trasę na autostradę i choć musimy nadrobić 50 kilometrów, droga jest prawie idealnie prosta i wiele szybciej docieramy na miejsce. Zamówiliśmy kolację na 20, ale docieramy do hotelu zdrowo po czasie. Kuchnia już na nas czeka. Wczoraj na targu ze słodyczami wypatrzyliśmy ekstrakt z wanilii, i wracamy dziś po niego, Niestety kram jest już zamknięty. Korzystamy z dogodnej pory do zdjęć nocnych. Fotografujemy kilka kościołów i katedrę, są pięknie oświetlone. Potem znajdziemy jeszcze czas na patio w hotelu. Czas na spanie. Pewnie wszystkim nam się będą śnić dzisiaj motyle.

Spotykamy się przy śniadaniu. Pełni wrażeń opowiadamy sobie nasze przeżycia z motyli. Okazuje się, że każdy z nas zrobił mnóstwo bardzo udanych zdjęć. Myślimy o prezentacji z samych najlepszych zdjęć motyli monarcha. Ale to dopiero po powrocie, póki co przed nami droga do srebrnego miasta Taxco. Umilamy ją sobie słuchając muzyki i opowiadając o Aztekach. Okrucieństwo rytuałów religijnych budzi w nas wszystkich lęk i odrazę. Zanim zwiedzimy Taxco, po drodze spontanicznie udaje się nam wygospodarować godzinkę i oglądamy jaskinie. Imponujące rozmiary i wysokość poszczególnych pomieszczeń. Przyjemny chłód. Wchodzimy prawie 2 kilometry w głąb. Bardzo się nam tu podoba. Ruszamy jednak dalej. Nasza przewodniczka uraczyła mnie i Monikę magicznymi tabletkami na chorobę lokomocyjną. Lekarstwo bardzo skuteczne, bo nic nam nie dolega, ale obie zataczamy się i śpimy na stojąco, a tu tyle pokus w Taxco.

Najpierw krótka pogadanka o srebrze. Kilka zagadek i mini loteria, której szczęśliwym zwycięzcą zostaje Krzysiek. Potem już tylko Berta na wzmocnienie i ruszamy w stronę kościoła Św. Priski. Po drodze kuszą liczne sklepy z wyrobami ze srebra i pamiątki. Po wspólnym zwiedzaniu czas wolny na spacer po mieście. Kolejne dziesiątki zdjęć, tym razem Taxco o zachodzie słońca. Kolejką wjedziemy do naszego hotelu, położonego na szczycie góry, skąd rozpościera się widok na coraz bardziej rozświetlone miasto w dole. Piękny widok. Kolacja, a potem kontynuujemy urodziny Bogdana nad basenem. Mnóstwo śmiechu i opowieści o podróżach i z podróży.

Kolejny dzień rozpoczynamy od wspólnego śniadania, a potem kolejką ponownie tym razem na dół zjeżdżamy na spotkanie z naszym autobusem. Po drodze punkt widokowy na miasto. I droga do Puebli. Wiesiek jest dzisiaj d’jem i proponuje na zmianę rytmy meksykańskie, niemieckie, międzynarodowe. Po drodze mijamy Cuernavacę – miasto wiecznej wiosny. Potem wypatrujemy wulkanów. Niestety jest bardzo sucho, do tego w powietrzu smog i wypalane są nagminnie trawy, a dym unoszący się w powietrzu powoduje gęstą mgłę, która szczelnie przesłanie wulkany. Ledwo co widać Popo. Staramy się zrobić zdjęcia i nagrać wulkan kamerą, efekt zadawala nas tylko po części. Przerwa na kawę i kierunek na Cholulę. Jest nas mało to i decyzje zapadają bardzo szybko i sprawnie i są jak do tej pory jednogłośne. Po drodze zbaczamy z trasy do Choluli i odwiedzamy kościołek w Atayapec. Już jego fasada zewnętrzna robi wrażenie, cała z kafelków wyróżnia się od wcześniejszych kościołów. Hildzie udaje się zdobyć pozwolenie na wejście do środka. Naszym oczom ukazuje się fenomenalne wnętrze, przepięknie zdobione. Nie możemy się napatrzeć. Przed nami jeszcze jedna atrakcja kolejny kościółek tym razem z wpływami indiańskimi, zaledwie 2 kilometry dalej. Z obawy, że go nam zamkną sprawnie przejeżdżamy z miejsca na miejsce i od razu jesteśmy gotowi do zwiedzania. Akurat wraz z nami na plac przed kościołem wchodzi mały kondukt żałobny. Robimy miejsce i przed rozpoczęciem mszy wchodzimy do wnętrza kościoła. Zgodnie przyznajemy wszyscy, że takiego przepychu jeszcze na naszej trasie nie było. Sklepienie i ściany robią wrażenie jakby były pokryte co do milimetra pięknymi dekoracjami. Dokładnie staramy się objąć wzrokiem wszystkie fragmenty kościoła. Postaci świętych mieszają się tu z bohaterami indiańskimi. Piękna chrzcielnica za drewnianymi drzwiami zdobionymi aniołami. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tego miejsca. Jeszcze kilka kilometrów i docieramy do Piramidy w Cholula i do stojącego na jej szczycie kościoła Matki Boskiej od Uzdrowień. Nas bardziej ekscytują i ciekawią sprzedawane przed kościołem chiapulinas czyli pasikoniki. Udaje się nam wtajemniczyć w ich kolory oraz smaki. Rozochocona naszym zainteresowaniem sprzedawczyni wsypuje nam do woreczków po sporej miarce robaczków. My jednak zachowawczo decydujemy się na sprzedaż detaliczną. Próbujemy najpierw chiapulinas w chilli wraz z limonką. Smakują całkiem dobrze i bardzo się nie krzywimy. Rozochoceni szaleństwem kulinarnym sięgamy do drugiego pojemniczka, gdzie są małe larwy motyli. I te są zdecydowanie bardziej kruche. Stajemy się znawcami – odróżniamy już nawet smaki. Jednak nikt nie zapalił się do pomysłu większych zakupów tych chrząszczy,,,

Czas na miasto. Dzisiaj nocleg w Puebli. Po tak świętym dniu nie może być inaczej – śpimy w starym klasztorze przerobionym na bardzo ekskluzywny hotel.

Najpierw kwaterujemy się w hotelu. Zajmujemy nasze pokoje, które niegdyś były celami mnichów. Mamy chwilę czasu zanim wybierzemy się do miasta na spacer połączony ze zwiedzaniem. Korzystamy z uprzejmości naszej Hildy i razem z Moniką podmawiamy się o lokalne jedzenie. Niedaleko naszego hotelu jest bardzo znana ze swojej wiejskiej kuchni restauracja. Docieramy tam dość szybko, ponieważ nie mamy zbyt wiele czasu a i bardzo głodne nie jesteśmy decydujemy się na przekąski i obowiązkowo słodki sos czekoladowy – specjalność z Puebli. Jedzenie smakuje wybornie, chyba jednak byłyśmy bardziej głodne niż myślałyśmy. Teraz czas na zwiedzanie. Niedaleko naszego hotelu jest główny plac w mieście – Zocalo- od niego zaczynamy nasz spacer. Po wielu kościołach, które dzisiaj widzieliśmy ogromna katedra nie robi na nas specjalnego wrażenia. Bardziej fascynuje nas sama Puebla, tętni życiem. Mamy piątek i to popołudnie. Na deptaku aż roi się od dzieci, baloników, grup śpiewających i tańczących. I tak docieramy do Kościoła Dominikanów, gdzie podziwiamy chlubę i dumę Puebli – Kaplicę Różańcową. Myśleliśmy, że po przedpołudniowej dawce świętości nic już nas nie zaskoczy – a tu jednak niespodzianka. Kaplica jest naprawdę wyjątkowa. Kontynuujemy nasz spacer do domu z Waty Cukrowej i chwilę czasu poświęcamy na lokalny targ. Znajdujemy ekstrakt z wanilii, trochę figurek z ceramiki. Oglądamy pozostałe rzeczy których tu jest ogromna ilość. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze kościół Jezuitów. Tu została pochowana słynna China Poblana. Opowiadamy historię o Chince i ruszamy na Zocalo. Do kolacji mamy jeszcze chwilę, sporo kilometrów w nogach dlatego decydujemy się na wspólne piwo lub kawę w mieście. Rozstawiamy sobie stoliki, i kiedy jesteśmy gotowi do złożenia zamówienia okazuje się, że zajęliśmy miejsca dla kawoszy a nie dla piwoszy. Musimy się przenieść. Za to rozszerzamy nasze zamówienie o drinki: tequila sunrise dla Moni i pyszna margerita dla Marysi, Uli i Krzysia. Reszta pije piwo. Ja przemycam od sąsiadów wielką kawę z bitą śmietaną. Tak to można zwiedzać.

Czas na kolację. Jemy w patio naszego hotelu. Najpierw koktajl na powitanie – ponownie margerita. Czekamy chwilę na Hildę, ale widać Jej żołądek w przeciwieństwie do nas nie zniósł zbyt dobrze chiapulinas czyli pasikoników i niestety musi odmówić naszą wspólną kolację. Za to my już zgłodnieliśmy na tyle, że wyczekujemy na przystawkę. Na patio towarzyszy nam muzyka na żywo- bardzo przyjemny jazz w wykonaniu pana na saksofonie. Po przystawce czas na danie główne, a potem deser. Opowiadamy niesamowite historie z naszych wcześniejszych wypraw i podsumowujemy dzisiejszy dzień. By mieć więcej czasu na zwiedzanie Puebli jutro planujemy późniejszą pobudkę. Marysia i Mariusz wybierają się jeszcze na wieczorny spacer. My siedzimy trochę dłużej na patio. Wreszcie wraz z zapadnięciem czarnej nocy zapadamy w głęboki sen. Obawiamy się, że znowu co kilkanaście minut budzić nas będą dzwony, bo z niepokojem zauważyliśmy, że nasz hotel graniczy z kościołem. Obok następny, i przez ulicę kolejny. Tu jednak w przeciwieństwie do Morelii dzwony rozdzwaniają się dopiero od siódmej rano. Nie marnujemy czasu na spanie. Najpierw delektujemy się bardzo obfitym i urozmaiconym śniadaniem, a potem większość z nas chociaż na chwilę wyrusza do miasta. Ostatnie zakupy i zdjęcia w Puebli. Miasto zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie.

Zapakowani ruszamy w dalszą drogę – tym razem jeszcze bardziej na wschód do Oaxaci. Towarzyszą nam widoki na wulkany. Niestety widoczność nie poprawiła się jakoś znacznie od wczoraj i La Malinche wulkan leżący po przeciwnej stronie miasta jest dość słabo widoczny. Jednak szczęście nie opuszcza nas całkowicie bo w oddali nad chmurami ukazuje się nam najwyższy ośnieżony szczyt Meksyku . Na środku autostrady robimy przystanek. Nasz kierowca ma pewnie pewne wątpliwości co do słuszności naszego pomysłu ale nie potrafi nam odmówić. Poza tym wypatrzyliśmy na niebie zjawisko hello – równomierny otok wokół słońca. Niestety wróży to deszcz i zmianę pogody. Potwierdzają to Hilde i Wiesiek – my mamy jednak nadzieję, że uciekniemy przed deszczem. Póki co w prażącym słońcu kontynuujemy naszą podróż. Nasz D’j Wiesiek dba o urozmaicone utwory. Dzisiaj wracamy do klasyki i mariachi. Po drodze chwila na rozprostowanie nóg. Nie przekonuje nas miejscowa kawa, za to odkrywamy smak suszonych platanów, które wraz z chilli smakują całkiem dobrze. Zmienia się krajobraz. Coraz więcej tu kaktusów. Robimy przystanek, by sfotografować te największe. Przechadzamy się przyglądając im z bliska. Odkrywamy nawet dziurę w płocie i wchodzimy na pole, gdzie rośnie bardzo dużo różnorodnych kaktusów. Sesja zdjęciowa jak się patrzy. I znowu autobus. Podsypiamy trochę. Zanim dotrzemy do naszego hotelu zwiedzamy stanowisko archeologiczne Monte Alban – niegdyś zamieszkane przez Zapoteków. Jest bardzo przyjemnie. Słońce chyli się powoli ku zachodowi, w mieście nie ma już turystów, jesteśmy jedną z ostatnich grup, tym samym ruiny są prawie tylko dla nas. Wchodzimy na platformę północną, potem południową.  W hotelu mamy tylko tyle czasu, by się zakwaterować i wspólnie decydujemy się na spacer do miasta. Piątkowy wieczór do tego ciepły skupia na głównym placu mnóstwo ludzi. Na scenie występy lokalnej grupy mariachi. Zewsząd dobiegają nas różne zapachy. Monia, Ula, Krzyś i Ja decydujemy się na  jabłka na patyku w czerwonym lukrze. Oczywiście barwimy się cali na czerwono. Kusza nas jeszcze kolby kukurydzy w maśle i majonezie oraz frytki, albo lepiej powiedziawszy jedna wielka frytka z całego ziemniaka, nasze plany jednak przekąszenia czegoś jeszcze odkładamy na jutro. Za katedrą odkrywamy niewielką scenę i nasza uwagę przykuwają najpierw plakaty z podobiznami Stalina, Lenina, Marksa i Engelsa. Zaraz potem słyszymy płomienną mowę jednego z lokalnych działaczy partii komunistycznej, zachęcającego nowych członków do zgłębiania tajników manifestów. Uśmiechamy się, robimy zdjęcia i  nie do końca wierzymy, że Lenin wiecznie żywy. Powoli wracamy do hotelu. Podświetlony kościół Dominikanów wygląda bardzo ciekawie. Na ulicy mnóstwo sprzedawców oferujących różne pamiątki, od masek poprzez ubrania do kolorowych szkiełek i wyrobów tkanych. Zostawiamy sobie zakupy na jutro. Przy kolacji znowu sporo śmiechu. Powoli wyłazi z nas jednak zmęczenie. Aby zakończyć tak udany dzień wspólnie spotykamy się nad basenem. Ula i Krzyś zakupili w jednym z lokalnych sklepów mezcal i to jego wersję limitowaną, znakowaną ręcznie. Mamy różne zdania co do walorów smakowych i zapachowych tego trunku, dlatego część z nas bojkotuje mezcal, i zostaje przy argentyńskim winie. Krótko przed północą rozchodzimy się do pokoi.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: