Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Japonia 26.03-10.04.2009

Tokio, licytacja tuńczyków

27-03-2009

Już w najbliższy czwartek, tj. 26 marca ruszamy po raz pierwszy do Japonii. Specjalnie wybraliśmy ten termin by móc podziwiać kwitnące wiśnie. Lada chwila spotykamy się na lotnisku w Warszawie skąd lecimy do Tokio. A oto nasz skład osobowy: アンナ, ロベルト, マウゴジャータ,  アンジェイ, レギナ,ゾフィア, ズビシェック, ヴァツアッヴ, アレクサンドラ, テレサ, リザルド, ベルナルド, ブラディスロウ, エステラ.

Spotykamy się na lotnisku wczesnym rankiem. Jest nas 11. Trzy osoby już od poniedziałku są w Tokio i zwiedzają okolicę. Mamy wiadomości, że czeka na nas początek kwitnienia wiśni, trochę słońca, chłodne wieczory. Przed nami póki co długa podróż samolotem. Tym razem lecimy najpierw do Paryża, a potem po zmianie maszyny do Tokio. Znowu przelot dzienny. Wolimy zdecydowanie nocne, choć po, dla większości z nas, nieprzespanej nocy przed wylotem, zmęczenie wreszcie usypia nas także podczas dnia. Ekipa na pokładzie bardzo mieszana, sporo turystów, którzy podobnie jak my zmierzają na kwitnące wiśnie do Japonii. Lądujemy o czasie i od razu udajemy się do kontroli naszych paszportów. Nie kłamie nikt, kto nas zapewniał, że wszystko jest tu przemyślane i bardzo uporządkowane. Jesteśmy kierowani do poszczególnych okienek, to odcisk dwóch palców w specjalnej maszynce, potem jeszcze zdjęcie twarzy. Niektórzy z nas, Ci najprzystojniejsi mają problem, żeby zmieścić się na odpowiedniej wysokości wymierzonej kamery. Jest ustawiona na średni wzrost japoński. Bagaże w komplecie i bez żadnych niespodzianek. Po drugiej stronie bramek czeka na nas nasza japońska przewodniczka: Coco. Jesteśmy zmęczeni, ale musimy wymienić pieniądze. ustawiamy się w kolejce, która idzie bardzo sprawnie. Musimy wypełnić specjalne karteczki. Pan pomaga nam wskazując odpowiednie rubryki. Teraz tylko do autobusu i jedziemy do Tokio. Lotnisko leży aż 80 kilometrów od samego centrum, czyli przed nami chwila na przejazd. W hotelu wielkie lobby i jeszcze większe piętra z pokojami. Czekamy chwilę na klucze, chwytamy za bagaże by szybciej móc się przygotować do wyjścia na popołudniowe zwiedzanie Tokio.

Po chwili spotykamy się już w komplecie w recepcji. Pełen skład: Teresa, Regina, Zosia, Ola, Ania, Małgosia, Władek, Rysio, Wacek, Zbyszek, Robert, Andrzej, Bernard, Estera. Ruszamy do stacji metra. Piątkowe popołudnie tętni życiem, poznajemy podczas przemarszu najbliższe okolice naszego hotelu. Gwarno tu i ciasno. Nasza przewodniczka bardzo sprawnie i szybko prowadzi nas wąskimi uliczkami obsadzonymi licznymi kafejkami, sklepikami, restauracjami do stacji. Rozglądamy się ciekawie łaknąc po raz pierwszy ulicy tokijskiej. Moda inna niż u nas, tłok dużo większy, ponad naszymi głowami wysokie budynki wieżowców, hoteli i biurowców. Mieszkamy w jednej z nowszych dzielnic Tokio. Niedaleko znajduje się największa stacja kolejowa, gdzie codziennie przewija się około 4 milionów pasażerów w ciągu doby. Liczby są przerażające i na razie nie potrafimy tego ogarnąć. Przy wejściu do metra jeszcze większy ruch. Wszystko odbywa się jednak bez najmniejszego przestoju, jakby każdy dokładnie wiedział jak i gdzie przejść by nikomu nie przeszkadzać. Dostajemy nasze karty na przejazdy metrem i zostajemy wtajemniczeni w zasadę ich działania. Pierwszy przejazd przed nami. Nic nie jest takie straszne, powoli rozszyfrujemy wszystkie stacje, znamy już kolejność przejazdu. Wskazówki w angielskim okazują się bardzo pomocne, poza tym Coco nie spuszcza nas z oczu. Przy okazji pobytu w metrze opowiadamy o znanych nam historiach związanych z metrem w Tokio o zakazach i nakazach, to nas na chwilę ożywia. Przesiadka, musimy przejść z jednego budynku do drugiego. I dalsza podróż w stronę rzeki Sumida. W planie mamy rejs po rzece. Liczymy na kwitnące drzewa wiśni, których nad brzegiem jest sporo. Brakuje dosłownie kilku dni by wszystkie drzewa kwitły. Ale znajdujemy kilka gęsto pokrytych już kwieciem. Pierwszy kontakt z Tokio za nami. Zamykają się nam jednak oczy i chętnie byśmy pospali. Osiem godzin różnicy robi swoje. W Polsce dopiero ranek a my tu prawie kończymy dzień. Decydujemy jednak jeszcze wybrać się do światyni buddyjskiej. I znowu metro, idzie nam to już bardzo sprawnie i nic nam niestraszne. Wychodzimy przed samą świątynią. Jest tu sporo ludzi. Okadzamy się dymem unoszącynm się znad kadzielnicy i mającym lecznicze właściwości. Potem w ostatniej chwili udaje się nam wejść do środka. Spacerem zwiedzamy wąską uliczkę wiodącą do świątyni, gdzie panuje jarmarczny klimat. Kusimy się na pierwsze lokalne smakołyki. Specjalnością są tutaj ciasteczka pieczone w specjalnych foremkach z nadzieniem przypominającym czekoladę, ale tak naprawdę zrobionym z przecieranej czerwonej fasoli. Plany zwiedzenia Wieży Telewizyjnej odkładamy na kolejny dzień. Marzy się nam wyborna kolacja i spanie. Wracamy do hotelu i spotykamy się przy suto zastawionym stole. Każdy znajduje tu coś dla siebie, są dania kuchni japońskiej, chińskiej, międzynarodowej, potem desery, owoce. I oczywiście po raz pierwszy sake. Podana w niewielkich buteleczkach jest ładnym i bardzo japońskim zwieńczeniem naszego pierwszego dnia w Tokio. Czas na sen.

Oczywiście niedługi sen. Mamy sobotę i jedyną dla nas okazję by wybrać się na słynny targ z rybami i owocami morza. Proponuję wspólny wyjazd ale bardzo wcześnie, bo zbiórka już o 4.40. Nie zawiodłam się, grupa aż 10 śmiałków spotyka się ze mną w lobby. Na zewnątrz jeszcze ciemno. W hotelu absolutna cisza, jesteśmy jedynymi gośćmi, których głosy drażnią teraz uśpiony gmach. Pełni werwy i zapału ale z mocno czerwonymi oczami ruszamy do metra. Jesteśmy pierwszymi pasażerami pierwszego składu, który rusza z naszej stacji. Mamy za to metro tylko dla siebie. Na pierwszej jednak stacji, gdzie się zatrzymamy dosiadają się kolejne osoby. Odliczamy dzielnie mijane stacje i po dwudziestu minutach docieramy na miejsce. Śpieszy się nam, gdyż największą atrakcją targu jest codzienna licytacja tuńczyków. Bez trudu znajdujemy halę i bardziej intuicyjnie niż z przekonania zmierzamy do wskazanego nam miejsca. Nasza Coco niestety nie może nam towarzyszyć w wycieczce na targ. Ogólnie jest to bardzo zatłoczone miejsce i odradza się turystom odwiedzanie targu. My jednak ani przez chwilę nie wahaliśmy się, że warto tu przyjechać i to zobaczyć. Oprócz nas kilku innych gaijinów (gajdzinów czyli obcokrajowców) przez nas żartobliwie nazywanych gadzinami zmierza podczepiając się do naszej grupy w stronę hali. Zapytani Japończycy o tuna czyli tuńczyki nie wszyscy reagują. Niektórzy nie zauważają nas zagłębieni w swoich zajęciach, inni udają, że nas nie widzą manewrując bardzo pospiesznie wózkami, jeszcze inni wskazują nam drogę i odsyłają do upragnionego miejsca. A tu wielki ruch. Licytacja  już się zaczęła, niewiele widać, bo sala oddzielona jest specjalną roletą. Na szczęście co jakiś czas właśnie kupiony wielki tuńczyk wywożony jest z hali na specjalnym wózku i roleta idzie w górę. Łapczywie robimy zdjęcia. Potem przesuwamy się do kolejnych przejść. Już wiemy na czym to polega, na ziemi poukładane są wielkie sztuki świeżych tuńczyków, każdy z nich oznaczony jest specjalnym numerem. Pan z dzwonkiem pokrzykuje i prowadzi licytację potwierdzając zakup kolejnego tuńczyka. W hali obok sprzedaje się ryby mrożone. Też ciekawy widok. Mimo zakazów zwiedzania tego miejsca oraz próśb o unikanie targu spotykamy tu kilku turystów, którzy podobnie jak my zdecydowali się to zobaczyć na własne oczy. Ciężko się tu robi zdjęcia, bo stale trzeba mieć oczy wokół głowy by nie paść ofiarą wózka, albo nie zostać przestawionym przez pana porządkowego. Jednak mimo całego chaosu udaje się nam zrobić kilka zdjęć, a Zbyszek ze słupka nagrywa nawet atmosferę wewnątrz. Uradowani i dumni z siebie, że wstaliśmy tak wcześnie, poradziliśmy sobie z metrem, dotarliśmy na czas przeprawiamy się przez szereg straganów z owocami morza i pozostałymi rybami. Wiele z nich to zupełenie egzotyczne okazy, które widzimy po raz pierwszy. Zbiórka i powrót na stację metra. Część z nas jedzie na śniadanie do hotelu. Ola, Wacek i ja decydujemy się na lokalne śniadanie wprost na targu. O świeżym sushi tutaj krążą legendy. Wybieramy lokalik, ktory dopiero co otworzył swoje drzwi. Wewnątrz sporo białych, a przy barze ostatnie trzy wolne miejsca. Ryb do wyboru, do koloru. Staramy się podpatrzeć co zamawiają inni i jak to robią. Mamy szczęście, grupie obok towarzyszy ich lokalny przewodnik, który pomaga złożyć zamówienie. Nic tylko korzystamy z jego obecności i zamawiamy dokładnie taki sam zestaw. Najpierw dostajemy kubek herbaty zielonej. Potem obserwujemy bacznie pana, który zabiera się do pracy. Przeciera ladę przed nami, układa na niej zielone wąskie liście, które będa dla nas talerzem i zabiera się za lepienie sushi. Idzie mu bardzo wprawnie. Próbujemy podpatrzeć metodę, ale umiejętnie zakrywa sekret formowania wałeczków z ryżu kciukiem. Nie możemy się doczekać pierwszych kawałków. Dostajemy jako pierwsi sushi. Staramy się rozszyfrować ryby: mamy łososia, tuńczyka, makrelę, wędzonego węgorza (pycha!!!!), krewetki słodkowodne. Do tego oczywiście sos sojowy. Podglądamy czy rzeczywiście należy odwracać sushi by zamaczać w sosie stronę z rybą. Jednak trzeba - ćwiczymy nie jest to aż takie proste zanim wejdzie w krew. Nasi koledzy zbierają się po zjedzeniu swojego zestawu, my nie dajemy za wygraną i mając ściągę z nazwami po japońsku i angielsku decydujemy się dobrać kilka kawałków. Nie żałujemy bo wybór bardzo trafny. Przegrzebki, krewetka słodkowodna i węgorz. Pycha! takiego sushi jeszcze nikt z nas nie jadł. Obawiamy sie, że staniemy się bardzo wymagający i wybredni. Ruszamy w drogę powrotną do hotelu wspominając rozkosze podniebienia z baru sushi. Nie umknęło nam uwadze prawie nic.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: