Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Meksyk 27.02.-18.03.2009

Tuxla, kanion, Palenque

12-03-2009

Niestety przed nami długa kolejka, jak na złość okazuje się, że w pierwszej kolejności do odprawy proszeni są pasażerowie z lotu przed nami, nas ustawiają na boku. Ale wreszcie i na nas nadchodzi kolej. Nikt kto by nas teraz zobaczył nie uwierzyłby, że jesteśmy Meksyku. Marzniemy i ubieramy skarpetki. Monika ma dwa polary i marzy o kurtce. Ja póki co z gołymi stopami, ale czuję jak powoli kostnieją mi palce. Ula ucieka z przeciągu i też szuka skarpet w plecaku. To niesamowite jak różne mogą być temperatury w ciągu dnia i nocy. Idziemy wreszcie z kartami pokładowymi do odprawy. Tutaj najpierw pan znajduje moją klamrę do włosów. Muszę wyjąć ją z włosów. Nie znajduje akceptacji i pan twierdzi, że w żaden sposób nie wejdę z nią na pokład. I nieważne że klamra przeleciała ze mną prawie już cały świat, wewnętrzne linie meksykańskie mówią  jej nie.  Zostawiam moje rzeczy pod okiem koleżeństwa i wracam do odprawy. Klamrę dorzucam do walizki Eli i Bogdana.  Ale to nie koniec niespodzianek. Tym razem przy przechodzeniu przez bramkę muszę oddać mojego małego jeża. I nieistotne, że dopiero co wpuszczono mnie na pokład samolotu z kolcami dużego jeża, których było co najmniej pięć razy więcej, teraz kolce małego jeża zagrażają naszemu bezpieczeństwu. Cudów ciąg dalszy. Mały smutny jeżyk czeka teraz na mnie aby go odebrać w drodze do Europy. Co ciekawsze wpuszczono nas z naszymi butelkami pełnymi wody, napojami gazowanymi, pilniczkami… Ale klamra i jeżyk są w niełasce…

Wreszcie lecimy. Samolot mały ale mający bardzo dużo miejsca na nogi. Nie możemy przelecieć bezpośrednio do Tuxli więc lecimy przez stolicę. Tam musimy zmienić maszynę. Niestety po wylądowaniu w Tuxli okazuje się, że nie zdążono przełożyć naszych bagaży. Co za grupa i co za profesjonalizm. Wszyscy wzruszają tylko ramionami, ja spisuję reklamację i jedziemy podziwiać Kanion Sumidero. Tym razem czeka na nas nowy wielki autobus, na każdego z nas przypada po 5,1 miejsca. Nasz nowy kierowca wydaje się od samego początku być o wiele milszym niż jego poprzednik ze stolicy. Hilda czeka przed wejściem. Jest zmęczona, nie leciała z nami. Całą tą odległość pokonała autobusem rejsowym, co zajęło Jej aż 12 godzin. Wracając do temperatur, teraz jest nam bardzo gorąco. Już prawie 40 stopni.

Kanion przed nami i zaplanowana przejażdżka łódką. Polary i kurtki które zapobiegliwie prosiłam zabrać ze sobą tym razem w ogóle się nam nie przydadzą. Za to szczególną naszą uwagę przykuwa krokodyl, którego nasz pan kapitan znajduje po drodze. Postanawiamy sprawdzić czy jest prawdziwy. Leży i ani drgnie. Widzimy sporo ptaków i kolorowe kwitnące drzewa. Po godzinie jesteśmy z powrotem. Mała przerwa na coś do picia i jedzonko. Większość z nas polubiła na tyle quesadille, że zmieniamy tylko ich nadzienie. Dzisiaj królują na stole placki z krewetkami. Pycha. Czas na nas. Droga do San Cristobal zajmuje nam kolejną godzinę. Miasto już z daleka wygląda obiecująco. Kwaterujemy się w naszym hotelu. Na wejściu spotykamy się z panem, który dopytuje się o grupę. Przywiózł nasze bagaże. Hurra!

Tylko chwila na oddech i decydujemy się zgodnie wyjść do miasta. Muszę wspomnieć po raz kolejny o Dniu Kobiet. Czekałyśmy długo na inicjatywę ze strony naszych Panów, ale o 15 nie miałyśmy już cierpliwości i zaprosiłyśmy się na dobrą kawę lub Margaritę. Udawałyśmy, że nie słyszymy komentarzy o komunistycznym święcie albo zabobonnych zwyczajach. Ważne, że jednak honorowo zaproszenie na kawę zostało uwzględnione w naszych popołudniowych planach. Rozbawiła nas opowieść naszej przewodniczki o jej przyszłym zięciu, który z okazji Dnia Kobiet kupił aż dwa grillowane kurczaki, by Jego przyszła żona nie musiała w tym dniu gotować… Viva Mexico!

Spacer zaczynamy od katedry na Zocalo. Potem deptak, a po drodze Muzeum Jadeitu i dalej aż do Kościoła Dominikanów. Rozglądamy się po drodze i znajdujemy sporo ciekawych miejsc z pamiątkami. Robimy sobie zdjęcia  z najprawdziwszym władcą Majów. Potem wreszcie zasiadamy w jednej z kawiarni przy placu głównym i szukamy czegoś świątecznego do picia. Pan kelner poleca nam Ofiarę Majów – drink składający się z tequili, likieru pomarańczowego i kawowego przyrządzanego przy gościach. Ku naszemu zaskoczeniu najpierw kelner przynosi dziesięć szklanek do połowy wypełnionych czymś przezroczystym. Za chwilę tyle samo szklanek z napojem w kolorze brązowym. Teraz zapalniczką podpala napój brązowy, kiedy w szklance się już pali mały płomień, posypuje tę szklankę zmielonym cynamonem, jak się okaże wraz z grubo mielonym cukrem, co daje niesamowity efekt wielkiego płomienia, po czym miesza oba napoje w jednej szklance. Oczywiście to nam się podoba, tym bardziej, że cała procedura powtórzona zostanie aż dziesięciokrotnie. Na zdrowie!

Jak się okazuje to był tylko wstęp, ponieważ po kolacji przenosimy się na patio naszego hotelu gdzie przy winie kontynuujemy Dzień Kobiet. Marysia i Mariusz wkupują się do grupy i zapraszają wszystkich na tequilę. I tak przy zabawnych opowieściach obchodzimy Dzień Kobiet w wydaniu meksykańskim.

Dzisiejszy dzień zaczynamy od wczesnej pobudki i dla chętnych spacer na lokalny targ w San Cristobal. Jest jeszcze chłodno, a niebo zasnute chmurami zapowiada deszcz. Ubrani ruszamy przez miasto w stronę targu. Na ulicach mały ruch, miasteczko jeszcze śpi. Ale im bliżej targu tym odczuwalnie większy tłok. Na samym wejściu widzimy panie trzymające przewieszone przez ręce koguty, których skrępowane nogi uniemożliwiają im jakiekolwiek ruchy. Robimy zdjęcia i już na wejściu wiemy, że nie będzie łatwo, bo panie jakby miały oczy z tyłu głowy zakrywają dłonią twarze i nie pozwalają się fotografować. Wchodzimy w wąski szereg ławeczek i stoisk z owocami i warzywami. Zachwyca nas ilość kukurydzy, pachnie mango. Odkrywamy dla nas całkiem nowy owoc  mamej. Dwie takie brązowe kulki zabieramy ze sobą do hotelu na kolację, by spróbować jak smakują. Okaże się że najbliżej im do awokado, tyle że na słodko.

Targ jest wielki. Wydaje się nie mieć końca, obok prostych stoisk odkrywamy teren, gdzie pojedyncze osoby maja rozłożony wprost na ziemi kawał materiały i swoje owoce lub warzywa. Oni szczególnie nie chcą być fotografowani. W dużej hali pośrodku targu wyłożone jest mięso i suszone ryby. Wszystko oglądamy dokładnie. Na targu właśnie przerwa na śniadanie, wszędzie pachnie świeżo parzoną kawą. Dzieci dostają pieczone placki, a ich rodzice jakąś papkę. Mimo obaw brzydkiego zapachu, pachnie tu świeżymi owocami i warzywami. Docieramy do ostatniej części, gdzie handluje się kwiatami. Maluchy układają ołtarzyki z kwiatów. Czas wracać na śniadanie. Przy bułkach wymieniamy się wrażeniami, które wraz z nami wróciły z targu. Szkoda, że nie mogliśmy zrobić zdjęć, ale co widzieliśmy to nasze. Ruszamy dziś do wiosek indiańskich nieopodal San Cristobal. W pierwszej kolejności docieramy do Zinacantan – typowa mała miejscowość o tej porze dnia prawie całkowicie pusta, przy domach tylko kobiety i małe dzieci. Naszym celem jest kościół San Lorenzo. Tutaj także nie możemy robić zdjęć. Kościół inny niż wszystkie, które do tej pory widzieliśmy. Nie mu tu wielkiego ruchu. Wewnątrz tylko turyści, miejscowych brak. Po wczorajszej niedzieli czuć jeszcze zapach świec i przy ołtarzach widać świeże rumianki. W drodze do autobusu mijamy szkołę, w której akurat jest przerwa. Nasza przewodniczka pyta jednego z nauczycieli o zgodę i wchodzimy na boisko. Dzieciaki na stojąco przy murku zajadają się tortillami z fasolą i popijają to czekoladą rozpuszczoną w wodzie. Okazuje się, że raz w tygodniu dzieciaki mają obiad sponsorowany przez rząd i akurat teraz trafiliśmy na taki posiłek. Zadziwia nas, że większość małych dziewczynek wzorem swoich mam i babć chodzi do szkoły ubrana w tradycyjne haftowane bluzki oraz długie ciepłe i grube spódnice. Najpierw maluchy onieśmielone naszą obecnością chowają się za murkiem i niechętnie pozują do zdjęć. Za chwilę, kiedy poczęstujemy je lizakami i obdarujemy przyborami szkolnymi oraz zabawkami relacje znacznie się ocieplają. Pełne zachwytu maluchy otaczają Monikę, Krzysia i Bogdana, którzy na wyświetlaczu swoich aparatów pokazują dopiero co zrobione zdjęcia. Piski i chichoty dzieciaków towarzyszą nam już do końca naszej spontanicznej wizyty. W domu, przy którym zaparkował nasz autobus czeka na nas kolejna niespodzianka . Hilde zaprasza na środek Monikę, Krzysia to będzie młoda para a jako świadków mamy Czesię  i Bogdana, panie przynoszą tradycyjne stroje oraz nakrycia głowy. Niesamowicie wyglądają nasi koledzy. Monia ma jak na pannę młodą przystało białą sukienkę. Zapewne winna sięgać do kostek, ale u Moni kończy się ledwo za kolankiem. Do tego narzuta na ramiona i najciekawszy jest kapelusz. Monia podobnie jak my myśli, kiedy miejscowa kobieta kładzie Jej na głowę kawał złożonego na czworo materiału, że zapomniała go z  głowy zdjąć, sama zabiera go z głowy. Nasza gospodyni jednak cierpliwie ponownie wkłada ten kawał grubego materiału na głowę Moniki, teraz już wiemy, że to nieodłączny element stroju ślubnego.  Krzyś dostaje kolorową haftowaną bluzę z frędzlami a do tego kapelusz z długimi wstążkami. Obok Czesia w pięknej spódnicy i równie zdobnie haftowanej bluzce. A po stronie Mon Iki Bogdan w czarnym wdzianku z grubej wełny i kolorowym kapeluszu. Najpierw nasze towarzystwo weselne ma zdjęcie solo, potem z nami, potem z miejscowymi. Wreszcie rozdane zostaną kielichy z mezcalem. Jak wesele to wesele. Na koniec też coś do jedzenia. Mamy kolejną sposobność by spróbować quesadilli. W kuchni na małym piecu pieką się tortille. Jemy je jeszcze ciepłe , trochę inaczej niż dotychczas. Najpierw trochę fasoli. Potem kruszony ser wiejski, kapka sosu paprykowego i gotowe. Zanim pożegnamy się z naszymi indiańskimi gospodarzami kusimy się na kilka makatek i obrusów. A teraz czas na nas. Zaledwie kilka kilometrów od pierwszej wioski docieramy do San Juan Chomula. To miejsce od razu rozpoznajemy, to właśnie kościółek z tego miejsca jest w kalendarzu ESTY na 2009 rok. Mamy tutaj kolejnego bardzo profesjonalnego przewodnika. Carlos zabiera nas w cień by potem bardzo wyraźnie i dokładnie opowiedzieć nam historię wioski i kościoła. Ma około 10 lat, chociaż podejrzewamy, że ma trochę więcej. Zaskakuje nas kiedy zapytany o papieża potwierdza, że o nim słyszał, wie, gdzie leży Polska i dodaje że teraz na tronie papieskim zasiada Benedykt. Za swoją pracę zostanie przez nas hojnie wynagrodzony, co go zresztą bardzo ucieszy. Jesteśmy jedyną grupa gringo w kościele. Zostawiamy nasze aparaty i kamery przed wejściem i powoli wnikamy do środka. Ciemno tu. Na podłodze mnóstwo igliwia, gęsty zapach kolek wymieszany wraz z zapachem świec unosi się w kościele. Na podłodze małymi grupkami, gdzie igliwie zostało rozgarnięte siedzą miejscowi Indianie i się modlą. Sporo dzisiaj ludzi, część z nich gromadzi się przed samym ołtarzem. Inni wybierają sobie boczne kapliczki z wizerunkiem jednego ze świętych. Obok świec, które ułożone na wzór własnego ołtarza płoną w kościele są tu też napoje gazowane, jajka, żywe kury. Dokładnie wiemy na czym to polega. Z prośbami do kościoła przychodzą młodzi i starzy. W zależności od tego o co proszą wystarczą albo jajka, którymi wykonując ruchy dookoła osoby chorej modlą się o jej zdrowie, trzy jajka wyrzucają a trzy kolejne zjadają. Wcześniej spryskują swój własny ołtarzyk coca colą albo fantą. Mają w małych plastikowych butelkach borsz – miejscowy alkohol pachnący jak podły bimber. Tu obserwujemy różne techniki. Część z modlących się najpierw kilkoma kroplami moczy ołtarzyk, inni polewają sobie do kieliszków i piją wraz z bóstwami. Wyczekujemy aż któraś z grupek użyje do swych modłów kiur. Niestety jesteśmy albo za późno albo za wcześnie, część z kur leży i ani tchnie, maja już ukręcone głowy. Inne jeszcze dziobią kolki i żywiołowo poruszają głowami wystającymi z worków i toreb. Nie możemy wprost uwierzyć, że takie miejsce jeszcze istnieje. Nie do wiary. Magiczna atmosfera i autentyczne zaangażowanie wiernych w swe modły. Zostajemy jeszcze przez chwilę wewnątrz by pooglądać  w samotności rozgrywające się tu sceny. Wreszcie mamy okazję by na żywo posłuchać jak brzmi jeden z dialektów Majów. Po kościele czas na cmentarz także indiański, za  miastem leży mały kościół, który został opuszczony a nieopodal całe mnóstwo zatkniętych w ziemi krzyży. Różnią je kolory i wielkość. Robimy zdjęcia z górki i wracamy do miasta. W autobusie wymieniamy się wrażeniami na temat miejsca oraz niesamowitej atmosfery wewnątrz kościółka. Dopytujemy Hildę o tradycje i ich kontynuowanie przez młodsze pokolenie. W San Cristobal dla porównania też zajrzymy na cmentarz, tym razem już meksykański, i mamy okazję by opowiedzieć o obchodach tutejszego Święta Zmarłych. Docieramy do hotelu. Do kolacji czas wolny. Idziemy do miasta. Chcemy zobaczyć jeszcze dwa kościoły, czas na mały obiad, ostatnie zakupy w San Cristobal. Wieczorem spotykamy się przy kolacji, a jutro rano czas w drogę i tym razem jedziemy do Palenque. Ruszamy dość wcześnie, bo przed nami kawał drogi do przejechania. Oczywiście umilimy sobie drogę serwując trochę rozrywki. Na pierwszy ogień Frida. Jakże inaczej ogląda się ten film będąc w Meksyku, a do tego po wizycie w Mieście Meksyk, gdzie widzieliśmy Palacio National z muralami Rivery, potem podobnie jak Frida i Diego pływaliśmy po kanałach w Xochimilco. Już wiemy co to są tortille, jakie chorągiewki wiszą pod sufitem w wielu miejscach Meksyku. Do tego muzyka, Teotihuacan i piramidy… Robi się bardzo meksykańsko. Krótki postój na kawę i coś małego do przekąszenia. Kolejnym naszym celem będą wodospady Aguas Azul. Już dojeżdżając wiemy, że i tym razem czeka na nas piękna błękitna woda. Najpierw pytamy o menu i zamawiamy miejscowe specjały. A potem czas na spacer wzdłuż wodospadów. Woda przecudna. Co krok przystajemy na zdjęcia, najpierw solo potem grupowe. Robimy kilka kroków i znowu foto-stop. Zachwycające widoki, niebo niebieskie, naprawdę super. Po godzinnym spacerze marzy się nam tylko kąpiel. W autobusie zarządzamy najpierw przebieralnie tylko dla Pań, potem tylko dla Panów. Gotowi do kąpieli trochę łamiemy miejscowe zakazy i korzystamy z kąpieliska bardzo blisko naszej restauracji. Woda ciepła i cudnie niebieska. Jesteśmy  już w jednym z basenów. Walczymy z prądem przelewającej się wody i ruszamy po rantach z wapnia do kolejnych basenów. Wszędzie woda równie wyborna. Wiesiek jak zwykle skacze do wody, my pływamy. Az żal wychodzić. Ale pachnie zamówioną przez nas rybą… Zarówno ryba rzeczna w całości przygotowana na głębokim tłuszczu jak i krewetki na maśle z czosnkiem obejmują prowadzenie na naszej kulinarnej liście smakołyków. Leniwie się nam robi. Mam pewien pomysł, niedaleko stąd jest wodospad, a przy nim małe jeziorko w którym też można popływać. Nie trzeba pytać dwa razy. Decyzja zapada natychmiast. Jedziemy. I dobrze. Woda w słońcu migocze tęczami. Najpierw idziemy na spacer wokół wodospadu. Potem wchodzimy do wody. Dzielnie walczymy ze spadającą z wysokości 40 metrów wodą. Jest bardzo przyjemnie. Słońce powoli zachodzi a my jedziemy do hotelu. Tu akurat dość czasu na kąpiel i przygotowania do kolacji Śpimy  w małych domkach krytych strzechą jak za czasów Majów. Oczywiście opowieści przy kolacji o wężach wpełzających pod drzwiami, gekonach i żabach wpływają na rozbudzenie wyobraźni. Monika w środku nocy słyszy plask, plask, plask i podejrzewa że coś nam weszło do domku. Ela tropi w swoim pokoju gekona, zaglądając pod łóżka, za drzwi, aż wreszcie dochodzi do tego, że to nie gekon tak piszczy ale kurki od wody. Pukanie do drzwi budzi nas jeszcze po ciemku, Dziś chcemy dotrzeć do ruin Majów położonych przy granicy z Gwatemalą nad rzeką Usumacintą. Jest kawał drogi do przejechania. Najpierw autobus, potem przesiadamy się do łódki. Docieramy do Yaxchilan jako pierwsza grupa. Mamy całe ruiny tylko dla siebie. Inaczej tu niż w dotychczasowych miejscach archeologicznych. Jesteśmy nad rzeką, w prawdziwej dżungli. Nad nami korony świętych drzew Majów – ceiby. Wokół gąszcz zielonej plątaniny lianów, drzew oraz krzewów. To wpływa na ciekawy nastrój, do tego opowieści o mieście Majów, ich władcy. Oglądamy charakterystyczne dla tego miejsca nadproża. Wspinamy się nawet do Małego i Dużego Akropolis. A potem w ogromnym upale ruszamy w drogę powrotną. W połowie trasy przejeżdżamy na drugi brzeg rzeki by własną nogą stanąć w Gwatemali. Robimy zdjęcia. W porcie czas na mały posiłek i coś chłodnego do picia. Zrobiło się już bardzo gorąco. Niedaleko stad mamy do obejrzenia jeszcze jedne ruiny. W autobusie zasypiamy prawie wszyscy, Bogdan pełni nad nami wartę. Przesiadamy się do minivana i docieramy na miejsce. Ten kompleks Bonampak różni się od wcześniej oglądanych. Naszą uwagę dzisiaj wyjątkowo przykuwają zwierzęta, W Yaxchilan mieliśmy okazję z bliska obejrzeć wyjce, które przeskakiwały z gałęzi jednego drzewa na konary innego, a teraz przed nami w swoich gniazdach i niedaleko nich prezentują się wikłacze. My jednak zaglądamy do największej atrakcji tego obiektu do Pałacu Malowideł. Kopie widzieliśmy już w Muzeum Antropologii, ale teraz przypominamy sobie dzieło w oryginale. W drodze powrotnej do Palenque znowu kino, tym razem Apocalipcto. Szczególnie teraz po wizycie w prawdziwej dżungli i mnóstwie informacji o Majach mamy niebywałą okazję by porównać pewne fakty. Krew spływa nam po ekranie telewizora w autobusie, film oglądamy w języku majów z napisami po angielsku, a i tak wszyscy śledzimy kolej losów z zapartym tchem. Na tyle jesteśmy zafascynowani filmem, że po dojechaniu na stację benzynową po zakupy  nikt nie rusza się z miejsca. Wszyscy oglądamy film do końca. Zrobił na nas ogromne wrażenie. Po kolacji postanawiamy jeszcze złożyć ofiarę Majom i spotykamy się w domku u Eli i Bogdana. A dzisiaj od rana zwiedzamy Palenque. Jeszcze inne miejsce. Jedno z najlepiej zbadanych a co za tym idzie mnóstwo tu detali i informacji o Królu Pakalu. Bardzo się nam podoba. Robimy zdjęcia miasta zatopionego w dżungli. Popołudniem mamy w planie zwiedzanie Becan ruin typowych dla stylu Rio Bec. Przed nami jednak 5 godzin drogi. Zrobimy przystanek na jedzenie i świeży sok pomarańczowy, potem obejrzymy Desperado, ale i tak 5 godzin w autobusie to trochę dużo. 


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: