Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Japonia 26.03-10.04.2009

Kolacja w yukatach, przejazd shinkansenem do Nagoya i Takayama

02-04-2009

Kolacja to kolejna atrakcja dzisiejszego dnia. Będzie oczywiście bardzo tradycyjna. Póki co jednak spotykamy się wszyscy w yukatach w recepcji. Wyglądamy bardzo urokliwie. Oczywiście sesji nie ma końca. Szkoły są różne, niektórzy zrezygnowali nawet z bielizny, inni zostawili sobie majtki, jeszcze inni majtki i koszulki, tyle samo różnych opcji dotyczy skarpetek i ewentualnych narzutek. Skąd to wszystko wiem? Otóż każdy dzielił się swoimi wrażeniami podczas przebierania. Panowie nawet zaskoczeni opowiadali o śmiałości pani, która przymierzała rozmiar yukaty w ich pokojach. A pani w onsenie podglądała Andrzeja i Wacka. Przechodzimy na pierwsze piętro. Tutaj jemy. Duża sala, cała wyłożona matami tatami. Pierwsi z nas zapominając z zakazie wchodzenia na maty boso wpadają w kapciach, tak samo szybko się wycofują. Dla każdego z  nas przygotowany specjalny stolik, oczywiście niski do siedzenia na kolanach. A na nim same japońskie smakołyki. Coco posłużyła się nawet małym rysunkiem, który naprędce miał nam podać wszelkie nazwy oraz smaki ułożonych na tacy bardzo artystycznie potraw. Jako aperitif wino śliwkowe z prawdziwymi kwiatkami wiśni w kolorze pink. Obok wiele różnych fikuśnych talerzyków, miseczek, podłużnych tacek. A na nich roladki ze smażonego sera tofu w sosie z zielonego groszku. Obok kiełki imbiru w temperze. Ryba w cieście, narybek węgorza marynowany, ser tofu mielony z przyprawami, galaretka z glonów, sashimi z kilku gatunków ryb, sos sojowy, wreszcie kawałki wołowiny z makaronem udon i warzywami. Mamy jeszcze miseczkę do mieszania wszystkich składników, w małej miseczce obok jajko sadzone w wodzie. To nie koniec. Zanim przystąpimy do jedzenia zamawiamy sake na ciepło i zimno, wino śliwkowe, piwo. Potem Coco informuje nas, że wołowina będzie na ciepło i musimy chwilę zaczekać, zjeść najpierw przystawki a potem pani kelnerka podpali nam podgrzewacze pod wołowiną. Dostajemy w małych miseczkach pudding jajeczny, jak się okazuje nie na słono tylko na słodko,  z warzywami i owocami morza. Potem w małych czarkach czas na zieloną herbatę. Wołowina już się gotuje. Na sam koniec miseczka ryżu. A na deser owoce.

Każdy z nas przekłada nogi. Siedzenie na kolanach z podgiętymi stopami jest nie tylko trudne ale i dość niewygodne. Robert i Władek znajdują dla siebie niskie krzesła. W yukatach i po japońsku mamy dzisiaj naprawdę bardzo tradycyjną kolację. Niestety obok Oli i Wacka, którzy rozsmakowali się już na dobre w kuchni japońskiej i smakują wszystkich dań mamy i takich którym niestety nie smakuje zupełnie nic. Szkoda, bo kuchnia jest naprawdę różnorodna i bardzo wiele w niej innych smaków niż u nas. Po kolacji długiej i bardzo sympatycznej idziemy do recepcji z nadzieją na kontynuowanie naszego wieczoru. Bar jednak zamknięty i nie możemy tu posiedzieć. Zostaniemy odesłani do baru karaoke. Jesteśmy jednak jedynymi gośćmi i też rezygnujemy. Idziemy na górę do naszych pokoi. Demokratyczną decyzją grupy wybrano mój pokój na wieczorne spotkanie. Gościmy się oczywiście na matach tatami. Organizujemy szybko krzesełka, poduchy, każdy przynosi swoje czarki. na pseudo imieninową whisky zaprasza Rysio, a Ania która podłącza się pod imieniny zaprasza nas na … keksa. Przywiozła go z Polski. Własnoręczny domowy keks smakuje wybornie. Zbyszek, niejadek japońskich specjałów odżywa.

Oczywiście integrujemy się na całego. Śmiesznie i pogodnie. Nawiązujemy do naszego japońskiego kalendarza.  W autobusie dzisiaj z Coco rozszyfrowałyśmy kto jest kim zgodnie z datami urodzenia. I tak mamy w naszej grupie dwa niedźwiedzie, trzy węże, jednego smoka, dwie myszy, dwa konie, dwa koguty, dwie owce, jednego wołu. Każdy z nas usłyszał najpierw opis typowych cech i zachowań dla danego zwierzęcia i miał się odnaleźć, bardzo wielu z nas trafiło bezbłędnie. Oczywiście yukaty służą tematom rozmów i znowu wracamy do bielizny, jej kolorów, itd… Nie wszystko nadaje się do opisu na stronie. Muszę milczeć. A podczas naszego pobytu na kolacji każdemu w pokoju rozłożono futon. To kolejna specjalność japońska. Na matach układa się materac, na nim pościel i poduszkę z kulkami w środku. Nie wszyscy byli przekonani do tradycyjnego spania na podłodze w trakcie opowiadania co nas czeka, a jednak następnego ranka okazało się, że wielu z nas przekonało się do jednego noclegu na ziemi i spało na futonie. Ci którzy na pewno się wyspali to Ola, Gosia, Ania, Andrzej, Zbyszek, Wacek, Coco, Estera. Reszta się albo nie przyznała albo na podłodze nie spała. Coraz głębiej wchodzimy w kulturę japońską.

Spotykamy się następnego dnia na śniadaniu. Okazuje się, że Gosia, Wacek i Ola chcieliby móc zostać tutaj jeszcze przynajmniej jedną noc. Na zewnątrz kwitną wiśnie, szmerze strumyk, zieleń, małe wodospady. Jest rzeczywiście cicho i spokojnie, a do tego ciepło. Po raz pierwszy od naszego przyjazdu do Japonii odczuwamy ciepło. Niestety nasz program nie przewiduje przestoju mimo tego iż dzisiaj Prima Aprilis ruszamy dalej. Nasze bagaże zostaną przewiezione oddzielnym autobusem w piątek do Osaki, a my tylko z małymi bagażami i najpotrzebniejszymi rzeczami na dwa następne dni jedziemy autobusem do miejscowości Odawara, gdzie przesiądziemy się na pociąg. Dzisiaj po raz pierwszy spotkamy się z shinkansenem. Słynny pociąg pocisk, a właściwie nowa kolej zabierze nas do Nagoya a potem do Tokayama. Idziemy na dworzec. Przed nim długa jak wąż kolejka miejscowych oczekujących na swoją kolej przy wsiadaniu do taksówki. My idziemy na peron. A tu niczym rakiety śmigają shinkanseny. Ustawiamy się żeby zrobić im zdjęcia lub je nagrać co nie jest takie proste. Dopiero za którymś razem udaje się nam wycelować trafnie w pociąg.   

To nasza pierwsza podróż shinkansenem, emocjonujemy się, jak tylko zajmiemy miejsca sesja zdjęciowa. Czas mija bardzo szybko. W Nagoya musimy przesiąść się do pociągu ekspresowego, pogoda cudna: prawdziwa wiosna, świeci słońce a na niebie ani jednej chmurki. Na peronie, skąd odjeżdża nasz pociąg spotykamy pana z wózkiem, a na nim w dwóch opisanych wyraźnie pudełkach nasz lunch – bento.

Specjalnie dla nas małe pudełeczko zostało podzielone na dwie części: tą bardziej europejską i tą japońską. W samo południe mała przekąska. Nie tylko my zajadamy się w pociągu. Obok nas prawie wszyscy Japończycy mają takie same pudełka, mniejsze lub większe, z warzywami, sushi, małymi kawałkami mięsa. Z każdym kolejnym kilometrem niebo staje się coraz bardziej zachmurzone, wjeżdżamy w góry, ale nie bardzo wysokie. Podsypiamy, a kiedy przychodzi czas na Takayamę wysiadamy. To niewielka miejscowość, która do dnia dzisiejszego zachowała klimat i oryginalne budynki japońskie sprzed 300 lat. Najpierw jednak idziemy do naszego hotelu, zajmujemy pokoje i umawiamy się na spacer. Coco sprawdzała pogodę i w trakcie zwiedzania delikatnie przemyca informację, że w nocy może nawet spaść śnieg. Póki co jest dość chłodno i pada deszcz. Zabieramy po hotelowym parasolu i wybieramy się w miasto. Wzdłuż rzeki docieramy do świątyni, obok w muzeum jest na stałe przygotowana ekspozycja wielkich kaplic, które dwa razy do roku wyjeżdżają do miasta, by świętować nadejście wiosny oraz dziękować za pomyślne zbiory jesienią. W drugim pomieszczeniu Nikko w miniaturze, wszystkie budynki, które oglądaliśmy na żywo teraz jeszcze raz przed nami. Maleńkimi uliczkami docieramy do sklepu i gorzelni, oczywiście sake. Krótki proces produkcji z małymi kieliszkami rozsiadamy się wokół ogniska i grzejemy dłonie oraz stopy. Zwiedzanie jednego z domów – teraz muzeum przekładamy na następny ranek. Przez inny most wracamy do hotelu. Czas na kąpiel. W naszym hotelu tym razem aż na 9 piętrze mamy gorące źródła, naturalnie panują tu takie same japońskie zasady jak w ryokanie, choć hotel dopiero co został otwarty, a źródła to dwa piękne duże i przestronne pomieszczenia wyposażone w baseny z ciepłą wodą, wyłożone mozaiką układającą się na kształt leżaków. Ola i Ja sprawdzamy źródła jako pierwsze, korzystamy ze wszystkich możliwych basenów, z niemałymi obawami wychodzimy na zewnątrz, nie będąc pewnymi, czy drzwi się otworzą, robimy test i okazuje się, że wystarczy nacisnąć na klamkę… Tu deszcz nam nie przeszkadza, zanurzamy się w bosko ciepłej wodzie i może padać bez końca. Po kolacji w źródłach Ania i Gosia, a o północy Coco. U Panów na pewno Wacek. Jest nam już bardzo ciepło i przyjemnie i czas na kolację. Region ten słynie z wołowiny. Wybieramy się do restauracji wraz z Coco, która chcąc pogodzić nasze różnorodne gusty i oczekiwania wobec jedzenia zabiera nas do restauracji z grillem wmontowanym w stół. Teresa, Władek i Rysiu zamawiają wołowinę, a Renia kurczaka. Podane dania nijak się mają do naszych wyobrażeń o prawdziwym steku czy kotlecie, ale dzielnie smakujemy wersji japońskiej. Tym bardziej, że jesteśmy obsługiwani przez samą właścicielkę, która wraz z całą rodziną od lat zajmuje się tą restauracją. Ola, Coco, Wacek i ja zamawiamy półmisek z różnościami: mięsko, warzywa, owoce morza. Pani przed nami grilluje i instruuje jak i co należy jeść. 


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: