Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Kanion Zion

05-08-2009

Rano budzi nas słońce, wstajemy wcześnie, bo już o 8 musimy być przy wejściu do kolejnego kanionu szczelinowego. A że mieszkamy poza miastem musimy doliczyć czas na dojazd. W maleńkiej budce u kowboja zamawiamy wielkie cappuccino i wielką herbatę oraz quesadillę na śniadanie, pani jest bardzo zaskoczona, że ktoś pija kawę bez cukru. My też, jak można wypić litr lurowatej kawy na śniadanie? Jakoś się nam jednak udaje. Docieramy na miejsce nawet przed właścicielami, czekamy na otwarcie bramy. Prócz nas kilka samochodów. Ten kanion także należy do prywatnych właścicieli. Gdyby nie ciekawość i chęć smakowania świata na pewno bym zrezygnowała ze zwiedzania patrząc na leniwą i bardzo niesympatyczną obsługę, ale dzielnie zaciskam zęby i poddaję się dyrygowaniu nami przez młodocianych niby-Indian. Znowu kasują nas za wjazd na teren rezerwatu i dodatkowo bilet. Już wiemy czemu oba kaniony i ich drużyny się wzajemnie nie polecają – są dla siebie konkurencją. Tym razem obywa się bez dojazdu ciężarówką do wejścia. Wystarczy tylko pospacerować. Ten kanion choć mniej znany robi na nas chyba nawet większe wrażenie niż wczorajszy. Jest wąski, wysoki i wewnątrz do obejrzenia wspaniałe formacje skalne, układające się niczym szarfy materiału w delikatne fale. Znowu szalejemy fotograficznie. Mamy bardzo dobre oświetlenie. Bawi nas fotografowanie zabawnych kształtów oraz efekt jakby okrągłego zdjęcia. Wracamy. Zakupy w miejscowym markecie. Wreszcie Starbuck’s – moja ulubiona kawa w USA, ale niestety tylko w wersji butelkowanej z lodówki. Na bezrybiu i rak ryba… W jednym z niemieckich przewodników wyczytałam o wspaniałych i mało znanych kanionach szczelinowych oraz o specjalnych kanionach, których formy tworzą unikatowe figury i formacje skalne. Lokalizujemy je na mapie, jedziemy nawet do punktu skąd można rozpocząć wędrówkę, niestety nie ma tu szczegółowych map, za to stoi mnóstwo tabliczek ostrzegających przed wężami. A nie od dziś wiadomo, że boję się ich najbardziej na świecie, więc mój zapał nagle spada do prawie zerowego. Jednak zaglądamy po drodze do centrum informacji, gdzie miły pan opowiada nam o tutejszych atrakcjach rozwiewając jednak nasze marzenia, by dotrzeć do tych kanionów jeszcze dzisiaj. Miejsca są limitowane, czemu – tego nie potrafi nam wyjaśnić – i codziennie sprzedawanych jest zaledwie 20 biletów, z czego część to bilety zakupione z wyprzedzeniem 4-miesięcznym przez internet, a drugie 10 to codzienne losowanie w centrum informacji o 9 rano. Co za cuda! Cóż, nie tym razem, poddajemy się i jedziemy w stronę Kanionu Zion. Po drodze zanosi się na deszcz. I nie tylko ciemne chmury, ale za chwilę na szybę spadają pierwsze wielkie krople. Dookoła ciemno i deszczowo, a dopiero co nad Antylopami świeciło piękne słońce. Po drodze zauważamy znak Park Różowych Wydm. Pamiętając pierwsze nasze doświadczenia z wydmami i ich poszukiwaniem wahamy się tylko przez moment i jednak zbaczamy z prostej drogo do Zion. Kilka mil i dojeżdżamy do wspaniałych naprawdę różowo-pomarańczowych wydm. Deszcz, który w międzyczasie przestał padać zrobił im tylko dobrze. Kolor jest o ton bardziej intensywny. Na boso przemierzamy po bardzo miękkim i przyjemnym piaseczku i robimy kolejnych set zdjęć. Do parku docieramy popołudniową porą, i dobrze, bo trasa do centrum informacji jest teraz pięknie oświetlona. Zatrzymujemy się kilkukrotnie na zdjęcia. Jest na co popatrzeć. W centrum przesiadamy się do busików, i nimi docieramy do samego końca, skąd wiedzie kilkukilometrowy szlak pieszy. Zion jest całkiem inny niż Grand Canyon. Ściany wysokich skał tworzą szpaler wewnątrz którego można pospacerować, powspinać się. Właśnie ze wspinaczek wysokogórskich słynie ten kanion. Nie brakuje tu śmiałków z całego świata, którzy podejmują wyzwanie i wspinają się po bardzo wysokich i całkiem prostych ścianach kanionu. Po Grand Canyonie Zion nie robi na mnie już tak wielkiego wrażenia. Ale przyznaję skały i widoki są tu imponujące. Czas na nas. Nie mamy zbyt wiele czasu ale jednak udaje się nam dotrzeć dosłownie na ostatnią chwilę do Parku Narodowego Bryce. Łapiemy ostatnie gasnące już promyki słońca nad kanionem. Zapowiedziany zachwyt formacjami w kształcie pojedynczych poszarpanych iglic jest rzeczywiście zasadny. Kanion prezentuje się wspaniale. Jest jeszcze inny od dwóch poprzedników. Czas na znalezienie miejsca noclegowego – dzisiaj namiot. Mamy tym razem więcej szczęścia, znajdujemy miejsce na polu w samym parku. Szybko rozkładamy nasz namiot i kolacyjka pod gołym niebem. Jest ciepło, nie ma owadów i piękne niebo nad nami. Pole zasypia bardzo szybko, ale jeszcze szybciej się budzi.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: