Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Las Vegas

02-08-2009

Wczesna pobudka i tak nie możemy dospać, przestawiamy się na nowy czas. Śniadanie – oczywiście w stylu amerykańskim. Pancakes z podwójną porcją syropu klonowego, wielka herbata, choć nie bardzo popularna tutaj, w naszej restauracji dostępna. Maciej wybiera omleta z sutym nadzieniem i ziemniaczkami. To i tak niewiele w porównaniu do naszych sąsiadów, którzy zamawiają a potem pochłaniają gigantyczne porcje. Niedzielne śniadanie: frytki, stek, jajecznica, placki, itd. I to tylko śniadanie. Pogoda bardzo ładna. Mamy ok. 35 stopni i niebieskie idealnie gładkie niebo. Już po drodze do parku pierwsza przerwa na zdjęcia, wypatrzyliśmy na tabliczce informującej o nazwie ulicy napis HESS Blv. Nie mogliśmy ominąć takiej okazji. Do pierwszego parku zaledwie kilka mil. Panie przy wjeździe informują nas o najatrakcyjniejszych punktach parku. Ruszamy. Drzewa Jozuego występujące tylko tutaj pięknie ozdabiają tutejszy krajobraz. Podjeżdżamy do kilku punktów widokowych. Jest na co popatrzeć. Stąd już tylko dalej do Las Vegas. Miały być po drodze śpiewające wydmy, więc wybieramy dłuższą trasę. Jak się później (niestety za późno) okaże wydmy są i śpiewające ale w parku, który właśnie ominęliśmy i nie mamy już możliwości by tam zawrócić. Cóż, nasza strata. Do Vegas wjeżdżamy około 16.00. Od razu kierujemy się na Strip – główną ulicę miasta, przy której usytuowane są wszystkie najważniejsze hotele i kasyna. Jedno z niewielu miast w USA, gdzie na chodnikach panuje wielki ruch. Pogoda nadal dopisuje do tego niedzielne popołudnie. Przejeżdżamy cały Strip wzdłuż by obejrzeć hotele. Rozpoznajemy słynny Venetian z miniaturkami Placu Św. Marka, obok Paris Paris, i wieża Eiflla, naprzeciwko New York, New York. Jest i słynny Bellagio. Nastawiamy się na nocne zwiedzanie głównej ulicy. Tymczasem musimy znaleźć gdzieś miejsce noclegowe. Wybieramy Hotel Circus, Circus. Mamy szczęście, ustawiamy się w długiej kolejce do check-in i dostaje się nam mini suit. Mini odnosi się do parametrów amerykańskich. Pokój składa się z wielkiego salonu, małego przedpokoju, pomieszczenia pośredniego i dużej łazienki. Cóż – Las Vegas. Krótki odpoczynek i przygotowania do szalonego wieczoru w Vegas. Około 21 całe miasto jest już krzycząco – oświetlone. Na ulicach jeszcze więcej ludzi, są nawet korki. A to dlatego, że poszczególne hotele reklamują swoje atrakcje, tu show akrobatyczne, gdzie indziej pokaz magii, tu rewia, musicale, występy z udziałem umięśnionych panów dla pań, i zgrabnych dziewcząt dla panów. Koncerty muzyki pop – dzisiejszego wieczoru na żywo Beyonce. Nikt nie jest w stanie się nudzić. Wyspa Skarbów to hotel, przed którym utworzył się gigantyczny korek. Dopiero co skończyła się walka statków, łącznie z zatapianiem jednego z nich. Sztuczne ognie, muzyka, wystrzały. Mali i Duzi rozchodzą się teraz tworząc zastój na chodnikach. Największy problem mają maluchy w wózkach, których nie jest tu wcale mało. Ale ich rodzice nie wydają się być przejęci tą sytuacją. Dzielnie pchają wózki przed siebie przejeżdżając po wielu stopach. My jednak idziemy wraz z tłumem kawałek dalej przed Hotel Bellagio, który codziennie oczarowuje swoich gości pokazem tańczących fontann. Nie mogąc oderwać oczu zostajemy na trzy kolejne pokazy, każdy inny, każdy do innego utworu. Wszystkie bardzo ciekawe. Wreszcie czas na kasyno. Zaznaczam: pierwsze kasyno. New York, New York. Zaczynamy od automatów na 1 USD. Za szybko jednak kończą się nam kredyty. Nie wrzuca się teraz już żetonów, tylko banknoty lub specjalne vouchery. Musimy rozeznać się jak to działa. Przenosimy się do automatów po 50 centów, potem jeszcze 25 centów. Bardzo się nam podoba, szczególnie, że można dłużej się pobawić. Czas na następne kasyno. Teraz słynny hotel w kształcie piramidy Luxor. Z przerażeniem stwierdzam, że przed wejściem jest obelisk jak żywy, wielki sfinks, Aleja Sfinksów, i piramida niczym żywa. Mój ulubiony Egipt tutaj. Wnętrza dopasowane do tematyki Starożytnego Egiptu. Zasiadamy do maszyn niczym stali bywalcy. Zaczynamy od najniższych nominałów. Bawi nas to bardzo. Chyba się wciągam w mini hazard. My oczywiście bawimy się obserwując ukradkiem ludzi wokół nas. Nie wiadomo kiedy wybiła północ, a przy automatach pełno. Bawią nas starsze eleganckie panie, które wkładają raz po raz swoje na pewno czarne albo złote karty kredytowe i przegrywają kolejne pieniądze. One jednak nie wybierają automatów z małymi nominałami, tu gra się o naprawdę wielkie pieniądze. Cały czas słychać w tle liczniki i zegary maszyn oznajmiające kolejne wygrane. Nikt nie liczy przegranych pieniędzy. Rozsądek wyrzuca nas z Luksoru. Czas na małe co nieco. Nieważne że dochodzi 1 w nocy, przecież w Polsce mamy 10.00. Znajdujemy jeszcze miejsce z kanapkami, w Vegas wydaje się, że wszystko dopasowane jest do nietypowych godzin życia miasta. Zanim jednak do baru to kusimy się na kasyno w Excalibur – bajkowym hotelu przypominającym trochę Disneyland. Na sam koniec przechodzimy przez MGM Grand – największy hotel na świecie z 5000 pokoi. Teraz tylko długi spacer do naszego hotelu. Z naprzeciwka ciągną tłumy zmęczonej wieczorem młodzieży. Większość dziewcząt z butami na szpilkach w ręce. Zbaczamy jeszcze na chwilę by zobaczyć Wenecję nocą. Tu do pokoi dopływa się najprawdziwszymi gondolami. A gondolierzy jak na Włochów przystało w słomkowych kapeluszach i pasiastych koszulach. Cały świat w jednym miejscu. Jakie szczęście, że wiemy jak te miejsca wyglądają naprawdę… Docieramy do hotelu przed 4.00. Nie możemy oprzeć się pokusie by nie przysiąść raz jeszcze w kasynie. Zresztą nie sposób dotrzeć do pokoju by nie przejść przez kasyno. Mimo późnej pory wiele automatów zajętych. Wybieramy maszynę z kredytami o wartości 1 centa. Inwestujemy po 5 USD każdy, co przekłada się na 5000 kredytów i zaczynamy zabawę. I nagle u Macieja zaczyna tykać zegar oznajmiający wygraną. Cyferki nabijają się bez końca. Zazdrośni sąsiedzi zerkają mu przez plecy chcąc dowiedzieć się o wysokości wygranej, rośnie zainteresowanie, a zegar stale bije. Wreszcie ostatnie uderzenie zegara – jest wygrana całe 30 USD. Cóż trzeba było grać o większe stawki… Maciej nie może odżałować, że nie zagrał o maksymalny zakład. Tym bardziej, że główną wygraną był żółciutki Mustang Cabrio… Dobranoc Las Vegas!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: