Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Park Narodowy Crater Lake, Redwood Park, Crescent City

13-08-2009

Budzi nas szum przejeżdżających samochodów. Wybiła 8.00. Trzeba wstawać. Chmury i ciemne niebo. Do tego leniwy ranek. Zmiana przy kierownicy, teraz moja kolej. Nie ma co liczyć, ani na śniadanie, ani na prysznic, jedziemy przez zupełne odludzia. Mało to przypomina wakacje i odpoczynek. Maciej dosypia a ja jadę. Mile wleką się niemiłosiernie, z autostrady zjechaliśmy na wąskie drogi. Zaczyna padać, po kilku milach, znowu słońce. Taki nasz kwiecień plecień. Wybija południe. Pojawiają się znaki prowadzące do Parku Narodowego Crater Lake. I znowu zmiana przy kierownicy. Musimy coś zjeść. Maciej pogryziony i to od szyi aż do stóp. Moje pluskwy przy jego ilości i wielkości ukąszeń to naprawdę nic. Tylko gdzie i przez co? Fotel kierowcy? Niemożliwe, bo jeździmy na zmianę. Śpiwór- raczej wykluczamy, bo śpimy w nich wymiennie. Może jednak meszki albo komary podczas biegu? Zabieramy się za leczenie ran. Park wspaniały. Woda błękitno-granatowa. Jest to jedno z najgłębszych jezior na świecie. Zimno tu i wieje ale widoki warte tej długiej drogi. Objeżdżamy jezioro wokół korzystając z licznych punktów widokowych. Piękny i mało znany park – a na pewno inny niż dotychczasowe. Czas na dalszą drogę. Jazda samochodem weszła nam w krew. Ja mam marzenie: nocleg z widokiem na ocean. Udaje się nam spełnić to marzenie. Docieramy przez Redwood Park do małego miasteczka Crescent City nad samym oceanem na północy od San Francisco. Pytamy przypadkowych miejscowych o hotel z widokiem a ci bardzo grzecznie proszę, aby jechać za nimi i tak docieramy do skrzyżowania z dwoma hostelami. Wybieramy ładniejszy z nich i rzeczywiście z pokoju widać Ocean. Wreszcie hotel!! Najpierw kąpiel. Potem leczenie ukąszeń , musimy nabyć w miejscowym sklepie dodatkowe wapno i inne cuda. Na kolację wymyci i chwilę odpoczęci wybieramy się do portu. Aż się prosi, żeby podawano tu wspaniałe owoce morza, wielkie krewetki, kalmary, mule, itd. A tu szukamy jakiejkolwiek otwartej jeszcze restauracji. Wszystko świeci pustkami i jest pozamykane. A mamy dopiero 21.00. Nie do wiary. Takie miejsce, takie ryby i nic. Wreszcie znajdujemy małą restauracyjkę i jesteśmy w niej przedostatnimi gośćmi, ale pan kelner nie odmawia przyjęcia nas i zasiadamy do stołu. Karta prezentuje się obiecująco. Wybieramy chowder z mulami - gęstą zupę. Do tego łosoś i oczywiście krewetki – cudem udaje mi się wyprosić pana aby były grillowane z czosnkiem a nie w panierce. Kuchnia amerykańska będzie mnie prześladowała jeszcze długo… Na szczęście tym razem jedzonko jest bardzo smaczne. Ale my padamy z nóg. Trzeba nam dużo snu i żadnych namiotów oraz noclegów w samochodzie przez kilka dni. Zamykam oczy i nadal jadę.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: